maja 30, 2015

#czterdzieści. nienawidzę cudów.


Obudziło ją piekące kłucie w klatce piersiowej. Zakrztusiła się, próbując wziąć głębszy haust powietrza, co spowodowało jeszcze potężniejszy, paraliżujący ból. Niesamowitym wysiłkiem okazała się nawet tak prozaiczna czynność, jaką było uchylenie powiek. Gdy tylko ruszyła nieznacznie ręką, kolejna fala cierpienia rozlała się po jej obolałym ciele. Po chwili zorientowała się, że ograniczające jej ruchy kabelki to podłączone do nosa rurki doprowadzające tlen, aby mogła swobodniej oddychać. Dodatkowo odkryła, że coś ciężkiego wciąż spoczywało na ręce i nie była to wyłącznie podłączona kroplówka. Bardzo nieporadnie zadarła głowę, dostrzegając tuż obok jasną czuprynę. Wysiłek włożony w tę czynność okazał się jednak zbyt wyczerpujący, bo dość szybko opadła ponownie na poduszkę, gdy zaczęła się dusić.
- Co się dzieje?! Ariel?! Wszystko w porządku? Co się stało?!
Chłopak zerwał się gwałtownie, zaspanym wzrokiem rozglądając się po sali. Nerwowo przeczesał dłonią włosy, ocierając zmęczoną twarz. Dziewczyna spojrzała na niego i kącik jej ust delikatnie uniósł się ku górze. Z trudem poruszyła ręką, dotykając ciepły, zaczerwieniony policzek blondyna.
- Cześć – mruknęła słabo, gdy ścisnął mocno jej rękę, całując zachłannie.
- Boże, Ariel, nigdy więcej mi tego nie rób! – rzucił z udawaną złością, pochylając się nad nią.
- Frankie – wychrypiała, siląc się na stanowczy ton. Nie miała jednak siły, by z nim walczyć.
- Tak bardzo cię przepraszam, siostrzyczko! To nigdy nie powinno się wydarzyć. Nie chciałem widzieć tego wszystkiego, wmawiałem sobie, że to nieprawda, skupiłem się na swoim życiu, a przecież …
- Frank! – szepnęła zdecydowanie głośniej niż dotychczas, wciąż jednak z trudem panując nad roztrzęsionym głosem. – To nie jest twoja wina.
- Jestem twoim bratem! Powinienem cię bronić przed nią, zwłaszcza teraz, kiedy … - zamilkł, nie potrafiąc wymówić tego, co miał na myśli w tamtej chwili.
- Kiedy umieram? – dokończyła za niego, niespokojnie przełykając ślinę. Wciąż odczuwała ogromny ból przy każdym oddechu. Chłopak niechętnie przytaknął, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że nie chciał do siebie dopuszczać tego faktu.
- Nie mogę stracić mojej kolejnej siostry! Musi dać się jeszcze coś zrobić! Ariel, nie rób mi tego, błagam cię! – zaprzeczał ciągle, ściskając jej dłoń. Uśmiechnęła się do niego słabo. – Znajdziemy to cholerne serce! Musi być jeszcze jakaś szansa, jakaś nadzieja! No musi!
- Będzie dobrze – zapewniła go, sama będąc zaskoczona stanowczością tego wyznania. Frank znowu na nią spojrzał, zaciekle walcząc z tym, aby się przed nią nie rozkleić. Wiedziała, że miał własną rodzinę, o którą musiał dbać, dlatego nigdy nie miała mu za złe tego wszystkiego. Chciała oszczędzić mu kolejnych zmartwień, pozwoliła mu uwierzyć, że nie działo się nic złego.
- Będzie dobrze – powtórzył za nią, chcąc samego siebie przekonać do prawdziwości tych słów. Posłała mu krótki uśmiech, sunąc palcami po nieogolonym policzku. - A wiesz, że ten twój piękniś wciąż czeka na zewnątrz i strasznie się o ciebie martwi – zażartował, chcąc na chwilę rozluźnić tę napiętą atmosferę.
- Hemmings? – wyrwało jej się zupełnie niezamierzenie. Sama nie była w stanie wyjaśnić, dlaczego właśnie o nim pomyślała w tamtej chwili. Frank wydawał się być szczerze zaskoczony.
- Jaki Hemmings? Kim jest Hemmings? – zapytał, marszcząc czoło w geście niezrozumienia.  – Calum od rana siedzi na korytarzu, bo lekarze nie pozwalają nikomu spoza rodziny tutaj wejść – wyjaśnił, jakby to była najbardziej oczywista odpowiedź, ignorując jej wcześniejszą wpadkę. Skinęła odruchowo głową, nie mogąc jednak zrozumieć, dlaczego pierwszą osobą, jaka przyszła jej na myśl był właśnie Luke. Poczuła ogromne zażenowanie i niewytłumaczalne w tamtej chwili rozczarowanie, choć próbowała to skutecznie ukryć.
- Powiedz mu, żeby wracał do domu. Nie chcę, żeby mnie teraz oglądał – odparła cicho, wbijając puste spojrzenie w sufit. – Ty też już idź. Na pewno w domu potrzebują cię bardziej. Ja sobie poradzę – wyznała, pragnąc aby drżący głos zabrzmiał przekonująco. Chłopak zaczął gładzić dłonią jej włosy.
- Posiedzę tu jeszcze z tobą.

#

W sali panował półmrok i tylko słaba smuga światła z korytarza wpadła do środka. Była wykończona, ale wyjątkowo intensywny ból w klatce piersiowej sprawiał, że wciąż nie potrafiła zasnąć. Męczyła się od kilku godzin, a każda próba kończyła się niepowodzeniem. Nagle ktoś wszedł do pomieszczenie. Była przekonana, że to lekarz, który przyszedł sprawdzić jej stan, dlatego przymknęła oczy, udając że śpi.
- Hej, śpisz? – Nad jej uchem rozległ się cichy szept, a ciepły oddech owiał jej szyję. Zadrżała, momentalnie otwierając oczy ze zdziwienia. Zbyt dobrze znała ten głos.
- Hemmings? – syknęła, ale on przyłożył tylko palec do ust, starając się ją uciszyć. Zsunął z twarzy maseczkę i wtedy była już pewna.
- Ochrona w tym szpitalu to jakieś nieporozumienie! – uniósł się z oburzeniem, zdejmując się siebie biały, lekarskich fartuch. – Zupełnie nikt nie zauważył mojej obecność! Nikt, rozumiesz to? A jakbym był jakimś zamachowcem?
- Co ty tu robisz? – jęknęła cicho, wpatrując się w niego z niedowierzeniem. Przez moment wydawało jej się nawet, że to tylko jakiś koszmarny sen. On jednak przysiadł się na niewysokim stołku, który stał obok jej łóżka.
- Siedzę?
- Nie mam ochoty na twoje durne żarty teraz – odpowiedziała, odwracając się na drugi bok. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, była jego obecność. Nienawidziła, kiedy ktoś patrzył na nią z litością. Nie chciała tego. – Idź już sobie, ok?
- Liczyłem bardziej na coś w stylu: dziękuję mój kochany za uratowanie życia, dziękuję że tyle zaryzykowałeś, żeby zobaczyć co u mnie, ale jak na ciebie to i tak już sporo. Nie powinienem oczekiwać zbyt wiele.
- Idź – powtórzyła, oddychając coraz ciężej. Kłucie w klatce piersiowej znowu się nasiliło, sprawiając, że kolejny raz zrobiło jej się duszno. Wstrzymała na moment powietrze, ale to tylko spotęgowało bolesne pulsowanie w okolicy skroni, a ona słyszała dokładnie każde potężne uderzenie swojego serca, które doprowadzało ją do szaleństwa. Odruchowo zatkała dłońmi uszy, starając się osłabić to nieprzyjemne wrażenie, jakby wszystko wokoło wirowało, ale na niewiele się to zdało. Nudności stały się bardziej odczuwalne, a ból głowy był nie do zniesienia.
- Keller, wszystko dobrze? – zapytał z przerażeniem, dotykając dłonią jej ramienia. Przeszył ją dreszcz, więc instynktownie skuliła się jeszcze bardziej, chcąc zagłuszyć cierpienie. Poczuła spływającą po policzku łzę, dlatego też mocniej wcisnęła twarz w poduszkę, skupiając się wyłącznie na ignorowaniu bólu. Gdy Luke przesunął troskliwie palcami wzdłuż pleców, znowu zadrżała, a ciche dotąd łkanie przerodziło się w prawdziwą rozpacz. Nie miała pojęcia, co było powodem tego wybuchu, ale nie potrafiła już dłużej tego kontrolować. Przestała panować nad sobą, całkowicie odsłaniając przed nim wszystkie swoje słabości. Trzęsła się z bólu i płaczu, a każda próba powstrzymanie tego kończyła się kolejnymi atakami duszności.
- Nie – wychrypiała, znajdując w sobie na tyle odwagi, by ponownie zerknąć w jego stronę. Nie odnalazła jednak w jego oczach litości, której tak bardzo się obawiała. On był po prostu smutny, zmęczony i przerażony tym wszystkim. Kolejny raz poczuła bolesne ukłucie, zaciskając mocno powieki, spod których wypłynęły gorzkie łzy. – Zaczęło się.
- Co się zaczęło? – spytał zdezorientowany, wciąż uważnie się jej przyglądając.
- Koniec – wyznała tak cicho, że nie była pewna, czy ją usłyszał. Przez krótką chwilę nie odzywał się, wpatrując się w nią w kompletnej ciszy. Nim się zorientowała, chłopak bez żadnego ostrzeżenia wcisnął się na skrawek wolnego miejsca na jej łóżku i nie pytając o pozwolenie, otulił ją silnymi ramionami. Zaczął delikatnie gładzić jej plecy, kołysząc delikatnie, jakby za wszelką cenę próbował ją uspokoić. Ona jednak nadal zanosiła się spazmatycznymi atakami płaczu, coraz ufniej wtulając się w niego.
- Musisz się opanować, Keller, rozumiesz? – szeptał cicho do ucha. – Będzie coraz gorzej, jak się nie uspokoisz. Oddychaj.
- Nie mogę … nie umiem … nie chcę – wyznała, z trudem wypowiadając każde słowo. Dotknął jej policzka i zmusił do tego, by na niego spojrzała. Nie była w stanie dłużej z nim walczyć, bezgłośnie poddała się, osuwając bezsilnie głowę na jego ramię. Przygarnął ją jeszcze bliżej, szczelnie zacieśniając ręce wokół jej bezwładnego ciała.
- Nie, Keller! – zaoponował momentalnie. – Nie poddasz się, rozumiesz? Nie możesz!
- Nie mam siły – wyjęczała smutno, gdy jego ciepłe usta dotknęły jej czoła. Przez ten ułamek sekundy poczuła dziwną ulgę, a ból na chwilę ustał.
- Zamknij się już! – rzucił niespodziewanie, z nutką złości w głosie, ale wciąż czule ją obejmował, ani na moment nie zaprzestając gładzić pleców. Musiał zauważyć, że przynosiło jej to ukojenie. Każdy kolejny dotyk, każdy delikatny pocałunek, każde wyszeptane słowo sprawiało, że bardzo powoli zaczynała spokojniej oddychać. Płacz ustał, gdy nadal kołysał ją w swoich ramionach. Wymowna cisza przerywana była brzęczeniem maszyn, do których ją podłączyli. Każde uderzenie słabnącego serca sprawiało, że oboje wstrzymywali na moment oddech w obawie przed najgorszym.
- Nienawidzę cię … - zaczęła niepewnie, już zdecydowanie łagodniejszym tonem, który tak bardzo kontrastował ze znaczeniem tego wyznania.
- Tylko nie to! Nie zaczynaj znowu – westchnął zrezygnowany. Zadarła głowę, by na niego spojrzeć. Zaczerwienione, lekko zapuchnięte oczy przyglądały mu się z uwagą, gdy sunął opuszkami palców po ciepłym policzku.
- Nienawidzę cię, bo … - kontynuowała mimo jego wyraźnego sprzeciwu, całkowicie ignorując tę uwagę. – Bo jakimś niezrozumiałym dla mnie przypadkiem pojawiłeś się w najmniej odpowiednim momencie. Pojawiłeś się w chwili, kiedy miałam wszystko ułożone, przygotowane, zaplanowane. Pogodziłam się z tym wszystkim i po prostu zamierzałam poczekać na koniec, bo przecież i tak już wszystko zostało mi odebrane. I właśnie wtedy zjawiłeś się w tym moim beznadziejnym życiu i uczyniłeś je jeszcze bardziej popapranym. Tak bardzo się starałam, żebyś był tylko przelotnym wspomnieniem, punkcikiem na liście, zamglonym obrazkiem z przeszłości, ale nic z tego nie wyszło. Nie wiem, jak do tego doszło, ale … - zatrzymała się, by wziąć oddech. Westchnęła bezradnie, uzmysławiając sobie to wszystko. Ciężko było jej wypowiadać kolejne słowa, ale czuła, że to była ostatnia chwila, kiedy mogła to zrobić. Kiedy musiała to zrobić. – Ale przewróciłeś wszystko do góry nogami. Pozwoliłeś, aby wróciła nadzieja. Sprawiłeś, że przestałam być gotowa, że … - zamilkła, opuszczając zawstydzona głowę. Nie była już w stanie nic więcej powiedzieć. Gdy serce znowu zabiło nieco mocniej, a jej ciałem wstrząsnął kolejny dreszcz, zacisnęła mocniej usta, nie chcąc ponownie stracić nad sobą panowania.
Długo po tym, jak zakończyła swój monolog Luke wpatrywał się w nią wciąż bez słowa, a jego twarz zdawała się nie wyrażać żadnych emocji. Po prostu patrzył na nią, a ona nie wiedziała, co powinna zrobić. Nie była pewna, czego mogła się po nim spodziewać.
- I dlatego cię nienawidzę – odezwała się ponownie, przerywając uciążliwą ciszę. W tym samym momencie ujął jej podbródek i nie licząc się z żadnymi konsekwencjami pochylił się nad nią i pocałował. Najpierw bardzo delikatnie, jakby w obawie, aby nie zrobić jej większej krzywdy. Jednak z każdą chwilą zaczął napierać na nią coraz mocniej, coraz bardziej zachłannie, do utraty tchu. Gdy oparł czoło o jej czoło, starając się wyrównać szaleńczy oddech, dostrzegł rumieńce na jej policzkach i zarys uśmiech na rozchylonych ustach, które łapczywie chwytały powietrze.
- Może to nie był przypadek? – spytał cicho, nie chcąc zepsuć tego momentu. Gdy tylko posłała mu pełne niezrozumienia spojrzenie, uśmiechnął się słabo. – No to nasze nieszczęsne spotkanie – wyjaśnił pospiesznie, odgarniając z jej twarzy kosmyk włosów. Wywróciła oczami, co rozbawiło go jeszcze bardziej. Jej jednak nie było do śmiechu. Popatrzyła na niego wymownie, próbując to wszystko jakoś poukładać.
- Dlaczego ja? – westchnęła smutno, ale nie oczekiwała od niego odpowiedzi. Chciała tylko, aby ją mocno przytulił i nigdy więcej nie puścił. Jego ramiona stały się nagle najbardziej bezpiecznym miejscem na ziemi. Ku ogromnemu zdziwieniu, Luke podsunął się bliżej, zacieśniając wokół niej obie ręce. Mogła usłyszeć każde pojedyncze uderzenie jego serca. – Nie chcę … - zaczęła, ale w tej samej chwili znowu zamilkła, nie potrafiąc wypowiedzieć kolejnych słów. Spojrzał na nią z troską malującą się w jasnych oczach i musnął wargami rozpalone czoło. Przymknęła z ulgą powieki, gdy cichy jęk wydobył się z ust.
- Znajdziemy jakieś inne rozwiązanie – powiedział z pewnością w głosie.
- Nie, Hemmings – zaprzeczyła pospiesznie. – Nie ma innego rozwiązania. Mój organizm wszystko odrzuca. Nowe zastawki, leki, terapie, wszystko. Jestem daleko na liście, są ludzie, którzy bardziej potrzebują tego serca niż ja.
- Ale …
- Albo wydarzy się cud, albo wszystko się skończy i to już niedługo – weszła mu w słowo, wpatrując się w ich złączone ręce. Poczuła ukojenie, na kilka krótkich sekund cały ból ulotnił się, zupełnie tak jakby nigdy nie istniał. Przez niedługi moment miała wrażenie, że cały ten koszmar był tylko złym snem, że tak naprawdę jej życie nie było jedynie pasmem porażek. Przez chwilę naiwnie uwierzyła, że miała szansę. Jednak gdy maszyna monitorująca pracę jej serca złowrogo zapikała, szybko wróciła do smutnej rzeczywistości.
- Cuda się zdarzają – szepnął, choć chyba sam nie wierzył w sens tych słów.
- Mnie cuda omijają.