#czterdzieścipięć. nienawidzę, gdy zaczyna zależeć.


Obudził go ostry zapach spalenizny. Z trudem uniósł powieki, odczuwając niesamowicie silny ból głowy, który sprawił, że zrobiło mu się niedobrze. Resztkami sił zapanował nad nasilającymi się nudnościami. Wszystko zdawało się być takie niewyraźne i zamglone, a jedyne na czym potrafił się w tamtej chwili skupić to otępiające pulsowanie skroni. Świat zdawał się niebezpiecznie wirować, a on nie umiał kompletnie sobie z tym poradzić.
- O! – Lekko piskliwy, ironiczny ton głosu rozległ się gdzieś nieopodal, powodując kolejną falę cierpienia rozlewającą się po jego ciele. Przekręcił się na drugi bok, spoglądając nieprzytomnie na stojącą w progu dziewczynę. – Księżniczka się obudziła.
Zdołał jedynie wyjęczeć parę niezidentyfikowanych słów, zakrywając twarz poduszką.
- Co tak śmierdzi?
- No cóż – zaczęła się tłumaczyć. – Chyba nie jestem mistrzem kuchni. Nawet jajecznica to wyzwanie ponad moje siły.
Posłał jej pełne bólu i cierpienia spojrzenie, a jej wyjątkowo dobry humor powodował, że czuł się jeszcze gorzej. Gorzki posmak w ustach sprawiał, że nie potrafił skupić się na niczym innym, myśląc jedynie o tym, by przestało mu być tak niedobrze.
- Umieram. Naprawdę umieram. Dłużej tego nie zniosę.
- Z całym szacunkiem, ale w naszym duecie ta rola przypada tylko mi – poprawiła go, wzruszając obojętnie ramionami, kiedy tylko zdołał ponownie na nią spojrzeć. Był jednak daleki od tego, by wdawać się z nią w tamtej chwili w kolejne dyskusje. Postanowił ją zignorować.
- Co ja tu robię? – wysapał z bólem, zerkając na nią spod poduszki. Przedzierające się przez firanę słońce sprawiało, że jego głowę rozrywało przeraźliwe pulsowanie. Ariel zaśmiała się gorzko i z triumfalnym uśmieszkiem podeszła do niego, siadając na brzegu kanapy. Postawiła na podłodze kubek z parującą jeszcze mocną kawą. Z daleka widać było jak wielką satysfakcję czerpała z jego słabości i wcale nie zamierzała się z tym ukrywać. Podkurczyła kolana i wcisnęła się głębiej, cały czas zerkając na zmarnowanego chłopaka.
- Naprawdę nie wiem co brałeś i od jak dawna to bierzesz, ale w takim stanie to cię jeszcze nie widziałam – wyjaśniła krótko, a on cały czas z uwagą przyglądał się jej. Nic nie pamiętał, a to sprawiało, że czuł się jeszcze gorzej. Przerażająca pustka sprawiała, że wyrzuty sumienia z każdą chwilą stawały się jeszcze większe. – Od drzwi to praktycznie się już czołgałeś do tego łóżka – dodała, siląc się na powstrzymanie śmiechu, ale chyba nie do końca jej się to udało. Luke jęknął kolejny raz, uciskając skronie.
- Ale dlaczego trafiłem akurat tutaj?
- Boże, Hemmings – sapnęła bezradnie. – Od kiedy tylko wpadłeś na ten szalony pomysł, aby o trzeciej nad ranem pukać do moich drzwi nieustannie zadaję sobie to pytanie. I żadnej racjonalnej odpowiedzi jeszcze nie udało mi się znaleźć.
- Nie mam pojęcia, co działo się przez ostatnie dwa dni – westchnął ciężko, po omacku sięgając po przygotowaną przez dziewczynę kawę. Sam zapach sprawił, że na nowo zaczął odczuwać nudności, więc pospiesznie odstawił kubek, opadając bezwładnie na poduszkę.
- Mamrotałeś coś o uroczej koleżance poznanej w klubie, z którą robiłeś rzecz, o których ja wolę nie pamiętać, bo to wspomnienie wżera mi się w mózg i sprawia, że mam ochotę razem z tobą zwymiotować – objaśniła, nie szczędząc sobie przy tym nutki sarkazmu w głosie i wyjątkowo teatralnego gestykulowania. Luke popatrzył na nią z niedowierzaniem, ale nie był w stanie jednoznacznie zaprzeczyć, bądź potwierdzić jej słów. Miał jedynie jakieś pojedyncze przebłyski w pamięci, ale nie układy się one w żadną logiczną całość.
- Nigdy więcej …
- Taaaa – bąknęła z ironią. – Każdy tak mówi.
- Chyba mi niedobrze – mruknął, przesłaniając dłonią usta, ale nim Ariel zdążyła jakkolwiek zareagować, on już zrywał się z łóżka, biegnąc w stronę łazienki.
Upewniła się, że przez najbliższą chwilę nie zamierzał opuszczać toalety i pospiesznie sięgnęła po jego telefon. Poczuła dreszcz odrazy, przeszukując skrzynkę odbiorczą, przepełnioną wulgarnymi wiadomościami od jego nowej znajomej, aż wreszcie natrafiła na swojego smsa, którego w napływie dziwnych uczuć wysłała do niego poprzedniej nocy. Bez zastanowienia wykasowała wszystko, nie pozostawiając żadnego śladu swojej chwilowej słabości. Odłożyła komórkę, kiedy tylko usłyszała jak drzwi łazienki zaczęły się otwierać. Nerwowo poprawiła się, spoglądając na bladą twarz i przekrwione spojrzenie Luke’a. Wysiliła się jedynie na cierpki uśmiech.
- Karma jednak wraca – podsumowała złośliwie, a on tylko wywrócił z cierpieniem oczami, bezsilnie opadając na fotel.

#

Zgasiła papierosa, zamknęła notes i odłożyła na bok długopis, kiedy tylko dostrzegła w drzwiach opierającego się o framugę Luke’a. Rzuciła mu krótkie spojrzenie, gdy poczuła jego wnikliwy wzrok na sobie. Wyglądał już zdecydowanie lepiej niż nad ranem, ale wciąż z jego oczu biło zmęczenie i cierpienie.
- Mam wrażenie, że palenie raczej nie jest najmądrzejszym rozwiązaniem w twoim przypadku …
- Mam wrażenie, że jesteś ostatnią osobą, która ma prawo do wygłaszania umoralniających przemówień na temat szkodliwości wszelkiego rodzaju używek – zironizowała, stawiając dzielny opór jego stanowczemu spojrzeniu. Dostrzegła jak w typowy dla siebie sposób wykrzywił usta, nie mając chyba ochoty na dalszą dyskusję. Doskonale wiedział, że miała rację i nie miał żadnych argumentów, by z nią walczyć. Z opuszczonymi w geście bezradności ramionami ruszył niepewnie w jej stronę i przysiadł się na kanapie tuż obok niej. Przypatrywała się mu przez chwilę, gdy z pochyloną głową i wspartymi na kolanach łokciami zaczął przecierać dłońmi zmęczoną twarz. W końcu jednak odwrócił się i zerknął na nią ze smutkiem.
- Przegraliśmy – wyznał z poczuciem winy, szybko odwracając wzrok.
- No wiem – odparła ozięble, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Cała szkoła o niczym innym nie mówi. Twój chybiony rzut udostępniono już chyba na wszystkich możliwych portalach. I ten aktorski pad na kolana. To było coś. Wielka legenda Hemmingsa odeszła w niepamięć.
Dostrzegła, jak pokręcił bez przekonania głową, wsuwając palce w wilgotne, nieuczesane włosy.
- Wszystko spieprzyłem.
- No nie da się ukryć – przytaknęła, co spotkało się z jego sugestywnym spojrzeniem. – No co? Przecież mówię tylko, jak jest. Rzucałeś do tego cholernego kosza kilkanaście lat tylko po to, aby w najmniej odpowiednim momencie spudłować. Spieprzyłeś i tyle.
- Liczyłem mimo wszystko na jakieś słowo wsparcia – przyznał bezsilnie, a ona zaśmiała się głośno, spoglądając na niego litościwie. Było w jego cierpieniu coś, co sprawiało jej pewnego rodzaju satysfakcję, choć czyniło ją złym człowiekiem. Podążyła za nim wzrokiem, kiedy wyprostował się, zapadając w oparciu kanapy. Patrzyła na niego z góry, gdy beznamiętnie przewracał między palcami srebrny łańcuszek z niewielką zawieszką w kształcie klocka lego. Wreszcie sama sięgnęła po leżący na stoliku wielki tom historii, którą usilnie próbowała dokończyć, ale ciągle coś jej przeszkadzało.
- Jestem skończonym idiotą – stwierdził nagle. Ariel obdarzyła go niepewnym spojrzeniem znad książki, na której próbowała się skupić. 
- Nie będę się spierać w kwestiach tak oczywistych.
- Jestem beznadziejny.
- Niezaprzeczalnie – przytaknęła, pogrążona w kolejnych zdaniach czytanej powieści.
- To wszystko moja wina.
- Bez wątpienia.
- Przeze mnie przegrali.
- Niepodważalnie.
- Zniszczyłem wszystko, na co tak długo pracowałem.
- Bezsprzecznie.
- To była ostatnia szansa, a ja ją zaprzepaściłem.
- Ewidentnie.
- Wszystko poszło się jebać.
- Bezdyskusyjnie.
- Żegnaj wielka kariero.
- Niewątpliwie.
- Dlatego nie mogę cię stracić.
- Bez … - zaczęła, ale w połowie słowa zamilkła i z przerażeniem spojrzała na niego. Książka wysunęła się jej z dłoni. Zapadła niezręczna cisza, w czasie której wpatrywali się w siebie przenikliwie, nie do końca  wiedząc, co powinni zrobić. Ariel poczuła, jak jej oddech zaczął niebezpiecznie robić się coraz płytszy, a każdy haust powietrza stawał się trudniejszy. Dodatkowo nie umiała sobie poradzić z świdrującym spojrzeniem, które powodowało dreszcz na jej ciele. Nagle Luke parsknął śmiech, pierwszy przerywając tę utrzymującą się trochę zbyt długo ciszę.
- Czy to nie jest jakiś kiepski żart losu, że ze wszystkich możliwych rozwiązań, to właśnie ty zostałaś ostatnią rzeczą w moim życiu, która ma jeszcze jakikolwiek sens? – zapytał z goryczą w głosie, śmiejąc się pogardliwie.
- Nie …
- Nic nie mów – przerwał jej momentalnie. – Nic nie mów, proszę.
Nawet nie zauważyła, kiedy podsunął się bliżej i delikatnie przyciągnął do siebie. Bez ostrzeżenia dotknął lekko spoconą dłonią jej policzek i przesunął kciukiem po chłodnej skórze. Zadrżała, w dalszym ciągu z ogromnym niepokojem przyglądając mu się. Chciała coś powiedzieć, ale w tej samej chwili pochylił się i zamknął jej usta pocałunkiem.
- Nic nie mów – powtórzył, gdy na nowo uchyliła powieki, lekko oszołomiona tym wszystkim. Złapał ją za rękę, otulając delikatnym dotykiem. Gdy pocałował ją kolejny raz, przestała się opierać. Na chwilę pozwoliła mu przejąć całkowita kontrolę, oddając się w jego władanie. Zapomniała o wszystkim, skupiając się wyłącznie na tym, co działo się w tym jednym momencie. Zachłysnęła się powietrzem, gdy poczuła, jak jego ręka bardzo powoli sunęła wzdłuż jej pleców. Przysunęła się jeszcze bliżej, zacieśniając dłonie wokół jego szyi.
- To nie ma sensu – zaprzeczyła, cicho szepcząc. Patrzyła nieprzytomnie na jego zmartwione oblicze. Zrozumiała, że mimo tak wielu pozornych różnic, byli do siebie w pewnym stopniu podobnie. Tak samo sponiewierani przez życie, próbujący odnaleźć cel tego wszystkiego.
- Może właśnie nie miało mieć sensu. Może właśnie po to tu jesteśmy – odpowiedział, troskliwie gładząc jej włosy. Miał w tym obojętnym, zmęczonym spojrzeniu coś niepokojącego.
- Ale przecież ja cię nienawidzę.
Luke uśmiechnął się, a w policzku pojawił się niewielki dołeczek. Dziewczyna westchnęła przeciągle. Czasami to jego beztroskie podejście do pewnych sytuacji niesamowicie ją drażniło.
- To nawet dobrze się składa, bo ja ciebie w zasadzie też nienawidzę.
- Świetnie – burknęła nieuprzejmie. Kąciki jego ust znowu się uniosły. Przez chwilę milczał, obserwując ją uważnie. Celowo się z nią droczył.
- Świetnie – potwierdził w końcu i ujmując w dłonie jej twarz, złożył krótki pocałunek na drżących ustach.
- To nie skończy się dobrze.
- Szczęśliwe zakończenia są przereklamowane i nikt ich nie lubi, więc co za różnica? – odparł, wzruszając od niechcenia ramionami. Dziewczyna rzuciła mu krzywe spojrzenie, ale dokładnie w tym samym momencie chwycił ją za rękę i przyciągnął gwałtownie do siebie tylko po to, by znowu skraść kolejny, pełen namiętności pocałunek.
- Ale ktoś będzie cierpiał i …
- A jednak! – wszedł jej w słowo i wesoło się zaśmiał, klaszcząc w dłonie. Ariel uniosła brew w geście totalnego niezrozumienia. – Przejmujesz się tym, że będę cierpiał. Obawiasz się, że zostawisz mnie tu samego i że sobie nie poradzę z tym, a to oznacza tylko jedno. Zależy ci, a cała ta twoja obojętność to tylko wygodna poza.
- Nieprawda!
- Oj Keller, nie musisz już udawać.
- Ulży ci, jeśli przyznam, że możesz mieć rację? – zapytała w pewnej chwili, wbijając w niego zaniepokojone spojrzenie. Zaczęło brakować jej tchu. Tak długo broniła się przed tym momentem, aż wreszcie poddała się.
- Nie, nie ulży – zaprzeczył nieco zaskoczony jej reakcją, chowając małą dłoń w objęciu swoich rąk. Chwycił ją za podbródek i zmusił do tego, by na niego spojrzała. I choć czyniła to bardzo niechętnie, wreszcie odważyła się unieść wzrok.  – Ale to fajne uczcie, kiedy wiesz, że dla kogoś jesteś ważny.
Wpatrywali się uporczywie w siebie, wymieniając lekko zawstydzonymi, jakby przerażonymi spojrzeniami, oboje mając świadomość tego, jak niewiele im zostało. Gdy znowu dotknął opuszkami palców jej policzka, przymknęła na niedługi moment oczy, sycąc się chwilową bliskością. Cicho mruknęła, gdy musnął jej usta.
- Spróbujmy – powiedział niespodziewanie, sprawiając że raptownie na niego spojrzała.
Cień uśmiechu przemknął przez jej twarz.



#czterdzieścicztery. nienawidzę przegrywać.


- Nie wierzę, po prostu nie wierzę! Czy ciebie do reszty popieprzyło?! – Ariel wpadła na salę treningową, od samego progu podnosząc zdenerwowany głos. Zbliżał się jeden z ważniejszych meczów w tym roku dla Luke’a, więc było to jedyne pewne miejsce, w którym mogła go znaleźć. Wciąż lekko zdyszana, zatrzymała się na środku, przypatrując się z wściekłością jego zaskoczonej minie.
- Ummm … - zaczął niepewnie, drapiąc się o głowie. Zawadiacki uśmiech błąkał się na jego zmęczonej treningiem twarzy. Przetarł dłonią spocone czoło i z nieco uniesioną w zdumieniu brwią spojrzał na rozzłoszczoną dziewczynę. – Nie bardzo rozumiem, o co ci znowu chodzi – odparł z typowym dla siebie rozbawienie, wycierając koszulką wilgotną twarz. Zmrużył lekko oczy, gdy kropelki potu skapywały z mokrych włosów. Keller westchnęła bezradnie, kręcąc zaciekle głową. W końcu jednak ponownie na niego popatrzyła, nerwowo zaciskając zęby.
- Wiesz, co? Byłam bliska, aby ci zaufać. Ba, w swojej naiwności chyba naprawdę to uczyniłam – bąknęła ironicznie. - Przez chwilę naprawdę sądziłam, że może nie jesteś taki jak wszyscy, że może jakimś cudem potrafiłeś zaakceptować to jaka jestem, to jakie decyzje podjęłam, ale nie. Kolejny raz się zawiodłam. Znowu moja głupota zwyciężyła – powiedziała z pewnego rodzaju zasmuceniem w głosie, unosząc ręce w geście rezygnacji.
- Chyba nadal cię nie rozumiem – stwierdził, wzruszając ramionami. Ariel parsknęła śmiechem, posyłając mu pełne politowania spojrzenie.
- Wyobraź sobie – zakpiła, teatralnie wymachując ręką i uśmiechając się z drwiną. – Dziś z samego rana odezwała się do mnie pewna klinika z Bostonu. Jakiś super wielki spec kardiologii chciałby przyjrzeć się mojemu przypadkowi.
Luke momentalnie spoważniał. Dostrzegła jak niespokojnie drgnął, a wcześniejsze rozbawienie, które nieustannie mu towarzyszyło, od razu ulotniło się. Mięśnie jego twarzy nerwowo poruszyły się, kiedy przez chwilę uciekał skrępowanym wzrokiem, byle tylko na nią nie spojrzeć. Od początku była przekonana o tym, że to właśnie on stał za tym całym zamieszaniem, a jego zachowanie tylko ją w tym przekonaniu utwierdziło.
- Postanowili zrobić sobie ze mnie nowy, interesujący przypadek i trochę na mnie potestować – kontynuowała z równie wielkim cynizmem w głosie, a on nadal w milczeniu się jej przyglądał. – Wiesz, nie ma już dla mnie ratunku, więc przynajmniej mogliby sobie poeksperymentować.
- A jeśli oni są w stanie ci pomóc? – zapytał z uniesieniem, chyba powoli będąc zmęczonym jej uciążliwym narzekaniem.
- Boże, Hemmings! – przerwała mu, śmiejąc się z pogardą, ale i z pewnego rodzaju rozczuleniem nad jego infantylnością.
- Naprawdę nie chcesz się przekonać o tym, czy nie ma jakiejś szansy?
Był zdenerwowany, wyjątkowo impulsywnie gestykulując rękami. Patrzyła przez chwilę na niego, gdy coraz ciężej oddychał. Nie mogła zrozumieć, dlaczego nadal tak bardzo mu na tym wszystkim zależało i co sprawiało, że nie chciał odpuścić. Panująca między nimi cisza niebezpiecznie przedłużała się, kiedy w milczeniu wymieniali rozwścieczone spojrzenia. Ariel w końcu odetchnęła głęboko, opuszczając z bezradnością ramiona.
- Wiesz co jest najgorsze, kiedy masz nieuleczalnie chore serce? – spytała zdecydowanie spokojniej, bez wcześniejszej ironii i rozgniewania. Luke pokręcił głową, intensywnie wpatrując się w nią. – Nadzieja – odparła tak cicho, że ledwo ją dosłyszał.
- Ale … - zaczął, jednak ona nie pozwoliła nic więcej powiedzieć, od razu mu przerywając.
- Nieważne jak wiele razy byłaby niszczona, zawsze powraca. Za każdym cholernym razem, kiedy gdzieś w tunelu zapala się światełko, ta pieprzona nadzieja powraca. I za każdym razem bezpowrotnie niszczy kolejną cząstkę mnie. Nieodwracalnie zabiera kawałek duszy i bezlitośnie go rozgniata, tak że już nic nie zostaje. A po każdym takim razie od samego początku muszę się na nowo zbierać. I chcę ci powiedzieć, że ja już nie mam siły się podnosić, bo każdy następny raz jest coraz gorszy, coraz bardziej bolesny. Nie potrafię … - Głos jej się załamał, dlatego pospiesznie odwróciła głowę, mocniej zaciskając drżące usta. – Nie przetrwam kolejnego rozczarowania.
- Nie rozumiem – oznajmił stanowczo, zyskując jej uwagę. Podniosła wzrok. – Ten profesor to naprawdę jeden z najlepszych lekarzy w kraju. Nie jesteś chyba świadoma tego, jak ciężko do kogoś takiego się dostać. Ale właściciel kliniki to dawny przyjaciel ojca i …
Nagle Ariel zaśmiała się, sprawiając że Luke momentalnie zamilkł, spoglądając na nią z niepokojem. Nie był to jednak zwyczajny śmiech, ten przepełniony był jadem i ironią.
- No tak – westchnęła ciężko, potrząsając z dezaprobatą głową. – Wielka i dobroduszna rodzinka Hemmingsów postanowiła pomóc biednej kalece. I teraz zapewne powinnam być wam wdzięczna do końca swoich dni za ten ogromny gest. Ale nie martw się, ten koniec jest już bliski.
- To nie tak! Już całkiem ci się w głowie poprzewracało! – zaoponował gwałtownie, ale ona już nawet go nie słuchała. -
- Nienawidzę cię! – warknęła. – Albo nie. Wcale cię nie nienawidzę. Ty jesteś dla mnie po prostu nikim i w tej chwili właśnie sobie to uświadomiłam – dodała z wyraźną ulgą w głosie, jakby właśnie uwolniła się spod wielkiego ciężaru. Wbiła pusty wzrok gdzieś przed siebie w krótki zadumaniu, by po chwili uśmiechnąć się do siebie. W końcu ponownie przeniosła wzrok na zaskoczonego chłopaka, wpatrując się w niego obojętnie, po czym odwróciła się gwałtownie i wciąż lekko utykając, wyszła z sali.
Dopiero po tym jak zatrzasnęła za sobą drzwi, a tłumione wcześniej emocje zaczęły się uzewnętrzniać, poczuła kłujący ból w klatce piersiowej. Zachłysnęła się powietrzem, a obraz przed oczami pociemniał. Zrobiło jej się niedobrze. Bolesne pieczenie sprawiło, że gorzkie łzy momentalnie napłynęły do oczu.
- Jeszcze nie teraz – szepnęła cicho do siebie, opierając się o ścianę. – Jeszcze nie teraz.

#

Poczuł, jak strużka potu spłynęła mu po skroni. Otarł czoło o i tak wilgotną już koszulkę, biorąc kolejny głęboki, nieco nerwowy oddech. Ugiął lekko kolana i przekozłował piłkę kilka razy na śliskim parkiecie. Chwycił ją mocno w dłonie i pomimo iż bardzo próbował nad sobą panować, to mimowolnie odwrócił wzrok na bok, spoglądając w jedno puste miejsce na jednej z ławek. Ariel nie pojawiła się. Zauważył jednak w pierwszym rzędzie ojca, który z uznaniem potakiwał głową, będąc chyba przekonanym o tym, że on miał sobie doskonale poradzić i tylko dopełnić formalności tego awansu. Luke poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku, bo nie był przekonany o tym, czy potrafił poradzić sobie z tak wielka odpowiedzialnością. Spanikowany spojrzał na swoją rękę, która delikatnie zadrżała. Znowu rozejrzał się, przeszukując kolejne rzędy publiczności.
- Hemmings! – usłyszał podenerwowane szepty kolegów z drużyny, kiedy chyba trochę zbyt długo wpatrywał się w miejsce, w którym pragnął ją ujrzeć. Potrząsnął głową, wstrzymując powietrze. Piłka kolejny raz odbiła się z łoskotem o parkiet, a cała hala zdawała się milczeć, w ogromnym skupieniu śledząc każdy jego ruch. Wiedział, że od tego rzutu zależało wszystko. Ostatni raz z pewnego rodzaju nadzieją spojrzał w stronę widowni, ale nigdzie jej nie dostrzegł.
- Ona już nie przyjdzie – powiedział cicho Calum, jakby rozumiał jego chwilowe rozkojarzenie. Luke posłał mu pełne rozczarowania i smutku spojrzenie, a Hood w tym samym momencie skinął głową w kierunku kosza, dając mu do zrozumienia, że nie miał już zbyt wiele czasu.
- Po prostu rzuć – szepnął do siebie, spoglądając w górę. Tak wiele niepotrzebnych myśli kotłowało się w tamtej chwili w jego głowie, a on zupełnie nie potrafił nad nimi zapanować. Chciał to wszystko uciszyć, chciał zapomnieć o wszystkim, ale to ciągle powracało. Ariel, ojciec, cała jego przyszłość. Obrócił piłkę w dłoniach i popatrzył w stronę kosza, który nagle wydawał się być tak odległy. Zdał sobie sprawę, że nie mógł już nic więcej zrobić, musiał po prostu rzucić, tak jak robił to tysiące razy wcześniej.
Uniósł ręce, wypuścił w powietrze piłkę i patrzył. Jej lot mimo iż trwał zaledwie ułamek sekundy, dla niego stał się całą wiecznością, a gdy tylko odbiła się od obręczy i delikatnie na niej zatańczyła, Luke już wiedział.
Z łoskotem upadł na ziemię, obijając kolana o twardy parkiet. Nie czuł jednak żadnego bólu. Ogarnęła go niesamowita pustka. Z niedowierzaniem spojrzał ostatni raz przed siebie, widząc jak piłka poturlała się po ziemi, wprost pod jego nogi. Końcowa syrena zawyła, oznajmiając koniec meczu. Opuścił bezradnie głowę, nie będąc w stanie spojrzeć w oczu żadnemu z kolegów. Dochodziły go jedynie strzępki wrzasków radości zawodników przeciwnej drużyny. Zrozumiał, że zawiódł nie tylko siebie, ale cały team, który pokładał w nim wielkie nadzieje. Dla większości z nich był to ostatni sezon, by móc się pokazać, a on jednym niecelnym rzutem wszystko to zniszczył. Nie wiedząc czemu, skręcił lekko głowę w bok, ale miejsce, w którym przez cały mecz siedział jego ojciec, było już puste.
Stracił poczucie czasu. Nie był świadom tego, jak długo siedział tam w totalnej rozsypce, uświadamiając sobie, że wszystko zaprzepaścił. Dopiero, kiedy ktoś poklepał go po plecach, wrócił do rzeczywistości. To był Hood.
- Chodź! – Calum wyciągnął do niego dłoń, chcąc pomóc mu się podnieść, ale on nie przyjął tej pomocy. Sam się pozbierał, nie poświęcając mu nawet jednego spojrzenia. Zrzucił z siebie koszulkę, ciskając ją z wściekłością na parkiet. Kopnął z całej siły piłkę, ale nawet to nie pomogło mu pozbyć się nadmiaru negatywnych emocji. Obejrzał się za siebie, z obojętnością obserwując pustoszejąca halę.
To był koniec. Przegrał.

#

W lokalu unosił się duszący zapach papierosowego dymu wymieszany z nieprzyjemną wonią alkoholu. Luke od kilku dłuższych chwil zaciekle okupował barowe krzesełko, kończąc kolejną szklankę whisky. Zaraz po meczu wszyscy rozeszli się do domów, nikt nie miał ochoty na żadne spotkania, nikt nie chciał rozmawiać o tym, co chwilę wcześniej się wydarzyło. On sam potrzebował chwili zapomnienia, dlatego to miejsce wydało mu się idealne tego wieczoru.
- To chyba nie jest najlepszy sposób na odreagowanie – Calum, który pojawił się znienacka, zabrał mu szklankę.
- Spierdalaj! – odburknął, próbując odzyskać swoją własność.
- Myślę, że powinieneś wracać już do domu. Na dziś wystarczy.
- Kim ty do cholery jesteś? Jakąś pierdoloną niańką? – rzucił ze złością, biorąc kolejny łyk gorzkiego trunku.
- Nie, przyjacielem – wyznał z pewnością, a blondyn parsknął tylko śmiechem, posyłając mu pełne litości spojrzenie.
- Nie jesteśmy przyjaciółmi – odpowiedział bełkotliwie, zamawiając kolejną dolewkę. Calum spojrzał wymownie na barmana, ale ten wzruszył tylko ramionami, podstawiając Luke’owi nową szklankę. – Ja jestem kimś, ty jesteś nikim.
- Ona nie ma już czasu – oznajmił niespodziewanie, kompletnie ignorując wcześniejszą obrazę. – Żebyś tylko tego nie żałował – poradził mu na pożegnanie i przyjaźnie poklepał po ramieniu. Blondyn patrzył jak Hood odchodził, ginąc gdzieś w tłumie ludzi. Był jednak zbyt otępiony alkoholem, by móc dokładnie przeanalizować słowa chłopaka.
Kiedy znowu doszedł go czyjś przedzierający się przez ogłuszającą muzykę głos, był prawie pewny, że Hood kolejny raz postanowił go ratować. Miał już parę niekoniecznie cenzuralnych słów w zanadrzu, ale kiedy tylko odwrócił się w bok, zorientował się, że to nie był Calum. Przysiadła się do niego dziewczyna, której nigdy wcześniej nie widział. Zmierzył ją obojętnym wzrokiem, po czym wrócił do opróżniania kolejny szklanki, która w tamtej chwili wydała mu się zdecydowanie bardziej atrakcyjna. Jednak jego niespodziewana towarzyszka nie zamierzała tak szybko odpuszczać.
- Obserwuję cię już od jakiegoś czasu …
- Nie mam nastroju – przerwał jej momentalnie, chcąc uwolnić się od natarczywej nieznajomej, ale w tej samej chwili dziewczyna wysunęła z kieszeni szortów niewielki woreczek z pastylkami. Luke spojrzał na nią z uwagą, a ona uśmiechnęła się triumfalnie, oblizując delikatnie wargi.
- Wiec jak? – zapytała ponownie, przesuwając palcami po jego dłoni. Luke chwilę się nad czymś zastanawiał, wciąż uważnie wbijając wzrok w nowo poznaną partnerkę. Bez słowa sięgnął po przewieszoną przez oparcie kurtkę, narzucając ją nieporadnie na siebie.
- Chodźmy.
Nie zauważył wiadomości na telefonie, który niedbale wcisnął do kieszeni spodni.
Spróbujmy.