#czterdzieścitrzy. nienawidzę nadziei.


- … orzekam grzywnę w wysokości dwóch tysięcy dolarów oraz trzydzieści godzin prac społecznych – Luke osunął się na krzesło, luzując duszący go krawat. Czuł, jak strużka potu spłynęła po skroni, a serce na ułamek sekundy zamarło. Reszta słów sędziego praktycznie do niego nie trafiła. Spojrzał za siebie, dostrzegając zapłakaną matkę, która słysząc wyrok sądu wpadła w jeszcze większą rozpacz, ale przez jej łzy przebijał się blady uśmiech i wyraźna ulga. Dopiero w tamtej chwili poczuł całe to zmęczenie związane z ostateczną rozprawą. Zrozumiał, jak wielkie szczęście miał i jak bardzo powinien być wdzięczny losowi za to, jak to wszystko się zakończyło. Na nowo odzyskał wiarę w to, że jego koszykarska kariera miała jeszcze szansę na powodzenie. Że jeszcze nie wszystko stracił.
- Och, kochanie! – powiedziała z drżeniem w głosie Liz, siląc się na powstrzymanie płaczu. Objęła go troskliwie, cały czas powtarzając pełne wdzięczności słowa.
- Mamo! – szepnął w końcu, kiedy kobieta trochę zbyt długo trwała w tym matczynym uścisku. – Mamo! – powtórzył zdecydowanie ostrzej, odsuwając ją od siebie. Wiedział, jak wiele nerwów ją to kosztowało, ale przecież było już po wszystkim. Mogli zapomnieć o tym i ruszyć do przodu.
- Boże, Luke – westchnęła z rozrzewnieniem, chwytając jego twarz w dłonie. Zmusiła go do tego, aby lekko się pochylił. – Nigdy więcej tego nie rób. Kolejnego takiego wyskoku nie przetrwam!
- Mamoooo – jęknął błagalnie, kiedy pocałowała go czule w czoło, wciąż mocno do siebie tuląc. W tej samej chwili, kiedy drzwi do sali rozpraw uchyliły się, dostrzegł na korytarzu znajomą postać. – Już dobrze, mamo. Już dobrze, ale muszę iść – dodał, poklepując ją po plecach. Wyswobodził się z jej objęcia i przeciskając przez wychodzącą z pomieszczenia grupkę ludzi, wybiegł na zewnątrz. Zatrzymał się na środku, z uwagą przyglądając się skulonej sylwetce. Nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie przypuszczał, że mogła się tam pojawić. Całkowicie zaskoczyła go swoja obecnością, tym bardziej że ostatnio sama zmagała się z wieloma własnymi problemami. Nie wyglądała jednak najlepiej. Zapuchnięte oczy, nieuczesane włosy, te same ubrania, w których widział ją dwa dni wcześniej sprawiły, że jego wcześniejsza radość z usłyszanego wyroku ulotniła się momentalnie.
- I jak? – zapytała cicho, dzielnie walcząc z jego spojrzeniem. Poczuł lekkie ukłucie, kiedy tylko rozległ się jej słaby, pozbawiony jakiejkolwiek chęci do życia głos. Chciał jej opowiedzieć wszystko ze szczegółami, ale kiedy tylko otworzył usta, zabrakło mu odpowiednich słów. Nie potrafił się już cieszyć swoim szczęściem, widząc jej cierpienie. Podszedł bliżej i delikatnie dotknął dłonią jej zimnego policzka.
- Cieszę się, że tu jesteś – wyznał z ulgą.
- To trochę moja wina, że to wszystko się tak potoczyło. Nie chciałabym mieć na sumieniu twojej wielkiej kariery koszykarskiej – chciała zażartować, ale ton jej zmęczonego głosu zupełnie na to nie wskazywał. Wiedział, że za wszelką cenę próbowała nie pokazywać swoich słabości, ale puste, szare spojrzenie zdradzało wszystko. Od pogrzebu matki minęło już kilka dni, jednak ona nadal z trudem radziła sobie z sytuacją, w której tak nieoczekiwanie się znalazła.
- Jak się czujesz? – zmienił temat, całkowicie ignorując jej odpowiedź. Opuściła głowę i ciężko odetchnęła, po czym beznamiętnie wzruszyła ramionami, a kilka czerwonych kosmyków zsunęło się na twarz. Pochwycił jej podbródek i odgarnął włosy za ucho.
- Jest w porządku – odparła bez przekonania, celowo unikając kontaktu wzrokowego. Zsunął dłoń po jej ramieniu, splatając ciasno ich palce. Była beznadziejnym kłamcą w takich sytuacjach, dlatego nie był w stanie uwierzyć w ani jedno słowo. Chciała wyglądać na silną i nieustraszoną, ale on doskonale wiedział, że pod tą maską kryje się zagubiona, zlękniona dziewczynka, która potrzebowała pomocy. Był świadom tego, że nienawidziła rozmawiać o swoich problemach, dlatego nawet nie zamierzał ciągnąć dalej tej kwestii. 
- Masz może ochotę na małe wagary? I tak już niewiele zajęć nam zostało, nic nie stracisz. To jak? – spytał z chytrym uśmiechem, licząc na to, że uda mu się choć na chwilę ją rozweselić. Spojrzała na niego ponuro, ponownie wzruszając ramionami.
- Powinieneś teraz cieszyć się z najbliższymi – wyjaśniła, chcąc najwyraźniej kolejny raz mu uciec.
- Tak zamierzam właśnie zrobić – powiedział z nutką radości, wypuszczając jej dłoń z objęcia i podbiegł do czekających po drugiej stronie korytarza rodziców. Uściskał matkę, szepnął jej kilka słów na ucho i nim Ariel zdążyła jakkolwiek zareagować, on był już z powrotem przy niej.
- W takim razie życzę udanego świętowania – mruknęła cicho, gotowa do odejścia. Luke pospiesznie złapał ją za rękę i ruszył razem z nią w stronę wyjścia. Wiedział, że nie spodziewała się tego, dlatego nie zamierzał nawet kryć tego przebłysku triumfu na twarzy. Czuł jednak, jak stawiała mu opór.
- Musimy się tylko zatrzymać u mnie na chwilę, bo koniecznie potrzebuję się przebrać, gdyż ten garnitur zdecydowanie nie jest w moim stylu – zaczął jak gdyby nigdy nic, zsuwając z szyi uciążliwy krawat. Zrzucił również marynarkę, przerzucając ja niedbale przez ramię.
- Ale … - westchnęła zdezorientowana i zmarszczyła czoło. – Przecież powiedziałeś, że wracasz do rodziców.
- Nie, nie, powiedziałem, że idę świętować z najbliższymi – poprawił ją od razu, posyłając niedługi uśmiech w jej kierunku. Nie potrafił ukryć tego, że zaskoczenie malujące się na zmęczonej twarzy sprawiło mu małą radość.
- Kretyn – burknęła pod nosem, nie spodziewając się najwyraźniej tego, że przez panujący tam gwar mógł ją dosłyszeć.
- Doskonale słyszałem! – oznajmił nagle, a ona zdołała wywrócić tylko oczami w charakterystyczny dla siebie sposób.
- No i świetnie – westchnęła.
- No i świetnie – powtórzył za nią, kciukiem sunąc po wewnętrznej części jej dłoni.
Gdy odchodzili, obejrzał się po raz ostatni za siebie, napotykając pełne rozczulenia spojrzenie matki. W tej samej chwili poczuł, jak telefon zawibrował, oznajmiając nadejście kolejnej wiadomości.
Proszę Cię, kochanie, pilnuj jej.
Skinął głową, posyłając Liz krótki, uspokajający uśmiech. Mocniej chwycił rękę Ariel, spoglądając na nią niepewnie. Patrzyła gdzieś przed siebie, sprawiając wrażenie nieobecnej. Dopiero moment później potrząsnęła nieznacznie głową, zerkając na niego nieprzytomnie. Kącik zsiniałych ust delikatnie drgnął, gdy poczuła przyjemnie ciepły dotyk jego palców gładzących chropowatą skórę.
- Więc chodźmy!

#

Okryta śpiworem siedziała na przyczepce swojego pickupa, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Kolejny raz zaciągnęła się papierosowym dymem, z ust wypuszczając niewielki siwy dymek. Od kilku dni jedynym lekarstwem na zmniejszenie cierpienia była potężna dawka nikotyny, która na chwilę zagłuszała ból. Noc była taka cicha i spokojna. Słychać było cykające świerszcze i delikatny szum letniego wiatru. Nagle jednak cała ta atmosfera rozmyła się wraz z przybierającym na sile szeleszczeniem papierowych toreb. Opieszale odwróciła się za siebie, dostrzegając zbliżającą się od strony domu postać. Dość szybko wyrzuciła niedopałek, ruchem ręki próbując rozproszyć unoszącą się w powietrzu mgiełkę. Nie potrzebowała kolejnych morałów Hemmingsa na temat szkodliwości palenia.
 - Dwa razy BigMac, duże frytki i cola – oznajmił wesoło, wskakując na przyczepkę. Zajął miejsce obok niej i wyjął ze środka jeszcze ciepłe kanapki, wręczając jej jedną.
- Nie jestem głodna – powiedziała niepewnie, chcąc mu ją oddać, ale kiedy napotkała jego karcące spojrzenie, zrozumiała, że nie przyjmował żadnej odmowy.
- Jak ludzie mogą się zachwycać tym świństwem – bąknął niewyraźnie, siląc się na poważny ton i  wziął kolejny spory kęs. Długo jednak nie wytrzymał i roześmiał się. Ariel popatrzyła na niego krzywo, ale nie była w stanie skomentować tego. Wpatrywała się w niego przez chwilę, kiedy zachłannie przeżuwał bułkę, zapijając ją colą. – No co? – zapytał w końcu, poprawiając zsuwającą się na czoło czapkę. Ona tylko wzruszyła ramionami, niechętnie rozpoczynając konsumpcję swojej części. Kiedy tylko poczuła coś ciepłego w żołądku, zrobiło jej się niedobrze. Sięgnęła szybko po colę, chcąc ukryć ten niewygodny fakt przed blondynem. Odłożyła kanapkę na bok, skupiając się wyłącznie na tym, aby opanować nudności. Od kilku dni praktycznie nie jadła, bo każda próba kończyła się kolejnym mdłościami.
- Dziękuję, było pyszne – wyznała niepewnie, odwracając od niego wzrok. Luke spojrzał na prawie nienapoczętą kanapkę.
- Przecież praktycznie nic nie zjadłaś – oburzył się. – A dodatkowo tego typu jedzenie nie bywa pyszne.
- Już się najadłam.
- Nie zachowuj się jak dziecko – podsumował, próbując wcisnąć jej ponownie jedzenie, ale momentalnie odepchnęła jego rękę, posyłając pełne złości spojrzenie. Ku jej zdziwieniu dość szybko odpuścił, dając jej spokój. – Mam nadzieję, że wiesz, iż twoje głodzenie nie zwróci jej życia. Poza tym nie zasłużyła na to, abyś dla niej niszczyła swoje życie i zdrowie – dodał chwilę później, a ona poczuła dreszcz na plecach. Zacisnęła usta, które niebezpiecznie zaczęły drżeć. Nie przypuszczała, że wspomnienie matki tak mocno w nią uderzy. Chciała pokazać całemu światu, że poradziła sobie z tym odejściem, że była dzielna i silna, ale w tamtej chwili tak misternie budowany mur znowu legł w gruzach. Ścisnęła pięści, próbując zatrzymać to bolesne drżenie.
- Doskonale wiem, że moja matka nie była ucieleśnieniem dobra! Nie musisz mi tego przypominać. Ale nikt nie zasługuje, aby umierać samotnie. Nawet ona. I nie była potworem, jak ci się wydaje. Była chora, ale nikt nie potrafił jej pomóc.
Poczuła silne ukłucie w klatce piersiowej, odruchowo wstrzymując powietrze. Odetchnęła głębiej, zaciskając mocniej powieki. Tak wiele wysiłku musiała wkładać w to, aby całkowicie nie rozkleić się przed nim, że aż w końcu zaczęło jej brakować tchu.
- Przepraszam – mruknął niespodziewanie, jakby nieco przestraszony, podsuwając się bliżej. Jego ramiona nagle objęły ją troskliwie, przygarniając do siebie. Nie miała siły, aby mu się przeciwstawić, choć tak bardzo pragnęła, aby dał jej spokój, aby sobie wreszcie poszedł. Poczuła przenikliwe ciepło jego ciała, resztkami sił broniąc się przed okazaniem jakichkolwiek emocji, ale gdy pierwsza łza spłynęła po zaróżowiałym policzku, nie potrafiła już dłużej nad sobą panować. Nie umiała tego powstrzymać.
- Dlaczego? – zawyła żałośnie, tracąc kontrolę. Luke chwycił jej twarz w dłonie i zgarnął z niej opadające natrętnie włosy. Zmusił do tego, aby na niego spojrzała. – Co jest ze mną nie tak?
- Musisz się uspokoić – zarządził stanowczo, widząc jak powoli zaczynała odpływać. Oddychała coraz ciężej, ciągle zanosząc się histerycznym płaczem. – Ariel, kurwa, uspokój się! – krzyknął. Otarł z policzków łzy i przyciągnął ją do siebie. Wciąż trzęsła się i mimo iż próbowała, nie potrafiła zapanować nad tym. Wtuliła się w niego mocniej, czując jak z niesamowitą czułością gładził jej plecy, szeptając coś na ucho. Była tak rozhisteryzowana, że początkowo kompletnie nie rozumiała jego słów. Dopiero później, gdy płacz przeradzał się w tłumione, pojedyncze jęki, gdy oddech normował się, a szaleńczo bijące serce zdawało zwalniać tempo, zorientowała się, że to nie były zwyczajnie szeptane słowa. On dla niej śpiewał. Nie znała tej piosenki, melodia zupełnie z niczym jej się nie kojarzyła, ale kojący ton jego głosu sprawiał, że powoli odzyskiwała nad sobą kontrolę. Przymknęła zapuchnięte powieki, układając wygodniej głowę na jego ramieniu.
- Nie przestawaj – wychrypiała, kiedy zamilkł, kołysząc ją w takt szumiącego wiatru. Okrył ją swoją bluzą, kiedy tylko wyczuł, jak kolejny raz zadrżała i mocniej otulił ja ramionami, jakby była kruchą, porcelanową laleczką, którą pragnął ochronić przed całym złem świata. Śpiewał więc dalej, a ona wsłuchana w jego głos, przestawała myśleć o bólu. Wszystko się wyciszyło.
- Nie chcę cię stracić – wyznał niespodziewanie, sprawiając że raptownie zadarła głowę i z przerażeniem na niego spojrzała. Zerknął na nią nieśmiało, sunąc palcem po jej policzku. Ona jednak wciąż milczała, nie będąc do końca pewną, co powinna w tamtej chwili powiedzieć.
- Luke … - szepnęła, a na jego ustach pojawił się niewyraźny zarys uśmiechu. Podsunęła się i usiadła naprzeciw niego. Była w totalnej rozsypce, nie potrafiła się pozbierać, a jego słowa spowodowały jeszcze większe spustoszenie w jej i tak zdewastowanym już życiu.
- Nie musisz nic mówić – zapewnił ją, sięgając po obie dłoni. Otulił je czule. – Po prostu bądź tutaj, obok. Choćby na chwilę.
Zamarła. Dostrzegła w jego oczach coś, czego tak bardzo się obawiała. Coś czego za wszelką cenę chciała uniknąć. On miał nadzieję. Wierzył, że to nie koniec, a ta świadomość niszczyła ją jeszcze bardziej.
- Ale …
- Naprawdę nie musisz nic mówić – powtórzył, siląc się na nikły uśmiech. Zachłysnęła się powietrzem, ale czuła, że nie miała już siły, aby płakać. Podsunęła się tylko do niego, wpatrując się uparcie w ich złączone dłonie.
- To nie powinno się nigdy wydarzyć – wyszeptała. – Nie możesz mieć nadziei. Nie może dawać mi nadziei. Nie możesz – ostatnie słowa wypowiadała już bez żadnego przekonania, kiedy przyciągnął ją z powrotem do siebie. Ponownie zatracała się w jego czułym dotyku, zapominając o wszystkich złych rzeczach.
- Wiem – przyznał z pełną szczerością, sunąc ręka wzdłuż jej pleców. – Ale możemy o tym pomyśleć jutro?
Wstrzymała na moment oddech i odchyliła się lekko, by na niego spojrzeć. Przez niedługą chwilę wpatrywała się w jego jasne oczy, uparcie śledzące każdy jej najmniejszy ruch. W końcu skinęła nieznacznie głową, dostrzegając jak w tej samej sekundzie na jego twarzy pojawił się niewielki dołeczek. Uniosła dłoń i przesunęła opuszkami po jego nieogolonym policzku. Przeniosła niespiesznie lekko zmieszany wzrok na jego usta i pocałowała go.
- Pomyślimy jutro – powtórzyła cicho.


#czterdzieścidwa. nienawidzę cię tracić.


Wsłuchiwała się w miarowy oddech leżącego obok chłopaka, w zamyśleniu obserwując lekko unoszącą się klatkę piersiową. Odruchowo uniosła dłoń i zgarnęła z jego czoła kosmyk jasnych włosów. Nie mogła zapanować na tą niewytłumaczalną pokusą dotknięcia lekko zaróżowiałego policzka. Nie była w stanie nazwać uczucia, które nią w tamtej chwili owładnęło, ale niosło ono ze sobą nieznane dotąd poczucie bezpieczeństwa. Przysunęła się bliżej. Jego ciepła skóra pachniała morską wodą, a na ramieniu dostrzegła kilka pojedynczych piegów. Zadarła lekko głowę, spoglądając niespiesznie na rozchylone usta. Nagle rozległo się ciche pomrukiwanie, a Ariel aż drgnęła ze strachu, kiedy blondyn przekręcił się na bok, a jego zaspana twarz znalazła się zaledwie kilka centymetrów od niej. Instynktownie wstrzymała powietrze, przerażona wpatrując się w jego błękitne oczy.
- Dzień dobry, syrenko – mruknął chrapliwie, z na wpół uchylonymi powiekami. Ziewnął ostentacyjnie i bezwiednie zarzucił na nią rękę, przyciągając do siebie. Każdy jego ruch, dotyk wydawał się być całkowicie naturalny, jakby robił to każdego ranka. Jakby od zawsze ta chwila należała wyłącznie do nich. Poczuła jak jej serce zabiło trochę zbyt mocno, kiedy tylko znalazła się w jego ramionach. Przez chwilę miała niedoparte wrażenie, że Luke jeszcze nie zdążył się obudzić, błądząc nieprzytomnie we śnie.
- Dusisz mnie! – pisnęła z przerażeniem, kiedy bez ostrzeżenia przeturlał się na jej część łóżka, układając się na niej, jakby była jakąś wygodną poduszką. Wcisnął pod nią rękę, tuląc się do niej napastliwie.
- Śpiiiiiiij – polecił przeciągle, naciągając na siebie fragment rozkopanego wcześniej koca. Ariel westchnęła bezradnie, zdając sobie sprawę z tego, że i tak nie miała z nim żadnych szans, bo był po prostu zbyt ciężki.
- Złaź! – sapnęła z trudem i kolejny raz spróbowała go z siebie zrzucić, ale on nie zamierzał się odsunąć.
- W nocy mówiłaś mi coś zupełnie innego – wyznał zachrypniętym głosem, wypuszczając ją w końcu z ramion. Ariel teatralnie fuknęła, odwracając się do niego plecami. Nie pozwoliła, aby był świadkiem tego krótkiego uśmiechu, który przemknął przez jej twarz na samo wspomnienie minionych godzin.
- I tak wiem, że patrzyłaś, jak spałem – szepnął niespodziewanie, zaciskając wokół niej swoje ramiona.
- Kretyn – burknęła cicho, szamocząc się w objęciu, ale był zbyt silny i zbyt stanowczy, by mogła z nim rywalizować.
- Yhm, też czasami cię kocham – sapnął niewyraźnie, szeroko ziewając, a Ariel poczuła jak oblał ją zimny dreszcz. Momentalnie zamarła w bezruchu, wystraszona spoglądając niepewnie na niego. On jednak zdawał się kompletnie nie przejmować właśnie wypowiedzianymi bezmyślnie słowami. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie miały one dla niego żadnego większego znaczenia. To musiała być odruchowa reakcja, mimowolnie wyszeptane słowa, nad którymi nawet się nie zastanowił. Przygarnął ją jeszcze bliżej, wciskając zaspaną wciąż twarz w jej włosy.
- Muszę iść – wychrypiała z drżeniem w głosie, wysuwając się z ciasnego objęcia.
- Co ty wyprawiasz?! – wymamrotał nieprzytomnie, chwytając ją za rękę. Przysiadła na skraju łóżka, czując bolesny ucisk jego palców na nadgarstku. Nie była jednak w stanie spojrzeć za siebie. Wzruszyła obojętnie ramiona, opuszczając z bezradności głowę. Nawet przed samą sobą nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie.
- Muszę iść – powtórzyła niepewnie, wciąż siedząc w tym samym miejscu. W tej samej chwili Luke objął ją mocniej w pasie i nie zważając na protesty, przyciągnął do siebie. Zamknął ją szczelnie w uścisku ramion, układając brodę na czubku jej głowy.
- Przestań już, ok? – warknął ze złością, przytulając ją mocniej. Jego dłoni troskliwie gładziła splątane włosy, a kojące muśnięcia ciepłych ust sprawiały, że z każdą kolejną chwilą wyciszała się. – Nie możesz całe życie uciekać. Nie musisz się już bać.
- Nie boję się – mruknęła obronnie, ale jej głos nie brzmiał ani trochę przekonująco. Tym bardziej, że podsunęła się lekko, by mocniej wtulić się w jego ciepłe ramiona. Zadrżała, czując na odkrytym ciele podmuch porannego wiatru, który sprawił, że jasna firana zawirowała w tarasowych, lekko uchylonych drzwiach. Usłyszała, jak cicho się zaśmiał, kolejny raz składając niedługie pocałunki na jej włosach. Odchylił się delikatnie, zmuszając ją do tego, by popatrzyła na niego. Zrobiła to nad wyraz niechętnie, ciągle uciekając gdzieś zawstydzonym wzrokiem. Objął dłońmi jej policzki i czule pocałował, a ona poczuła rozlewające się po wnętrzu przyjemne ciepło. Zupełnie instynktownie uniosła rękę, zaciskając palce na jego czarnym t-shircie. Kiedy uchyliła powieki, trochę przestraszona i jakby zagubiona spojrzała na niego. Cienie pod oczami prawie idealnie współgrały z delikatnym zarostem na policzkach, splątanymi włosami, które opadły na czoło i zaspanym wyrazem jego twarzy. Mimo to poczuła jakieś nieokreślone, nieznane dotąd ukłucie w żołądku, kiedy tak w kompletnym milczeniu przyglądała mu się, a on nieustannie gładził jej włosy.
- Też się boję, cholernie się boję – przyznał cicho, przesuwając opuszkami palców po jej ramieniu. – To jest takie niesprawiedliwe …
- Przestań! – przerwała mu momentalnie.
- Jestem tylko rozpieszczonym dzieciakiem, który tak naprawdę nic nie wie o prawdziwym życiu – kontynuował, nie zważając na jej sprzeciwy. – Ale naprawdę chciałbym ci pomóc, chciałbym móc coś zrobić, żeby …
- Nie możesz mi pomóc.
- Jezu, Keller! Nienawidzę, kiedy mi przerywasz! – uniósł się, ale po chwili znowu przygarnął ją do siebie, troskliwie tuląc w silnych ramionach. Ariel przymknęła oczy, biorąc głębszy oddech. – Wiem, że to wszystko nie jest ci potrzebne, wiem, że miałaś plany, które zepsułem, jednak zapewniam cię, że też o to nie prosiłem, też miałem plany. Ale oto jesteśmy tutaj, razem. I musimy coś z tym zrobić.
- Musimy to przerwać – stwierdziła bez przekonania, podsuwając się jeszcze bliżej niego.
- Naprawdę tego chcesz? – zapytał, a jego dłoń przesunęła się wzdłuż jej pleców, gładząc je delikatnie.
Ariel nie odpowiedziała.

#

Stawiając krok za krokiem, z wsuniętymi w kieszenie spodni dłońmi i narzuconym na głowę kapturem przechadzał się wzdłuż niewysokiego murku, próbując utrzymać równowagę. Gdy rozległ się dźwięk szkolnego dzwonka, a drzwi budynku otworzyły się z hukiem, spojrzał w kierunku wybiegających ze środka dzieciaków, próbując w gwarnym tłumie namierzyć czerwone włosy. Ta mała zmiana wizerunku Ariel w takich sytuacjach była wyjątkowo przydatna, bo prawie od razu ją dojrzał. Uśmiechnął się i powoli zeskoczył na chodnik, ruszając w stronę chyba nie spodziewającej się jego obecności dziewczyny. Z przeładowanym plecakiem, wsparta na kuli, próbowała przepchać się przez grupkę uczniów.
- W bibliotece zostały jeszcze jakieś książki, czy wszystkie już wyniosłaś w tym swoim plecaczku? – zapytał żartobliwie, spoglądając za jej plecy. Dziewczyna przystanęła i posłała w jego stronę krótkie, nienawistne spojrzenie, najwyraźniej nie mając zamiaru podejmować z nim dyskusji na ten temat. Z wielką niechęcią zgodziła się jednak oddać mu ciężką torbę. Gdy tylko przerzucił ją sobie przez ramię, chwycił dłoń dziewczyny i jak gdyby nigdy nic ruszył z nią w kierunku domu. Czuł, jak mało dosadnie próbowała stawić mu opór.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że dookoła jest mnóstwo twoich znajomych? – zapytała, zatrzymując się niespodziewanie. Luke spojrzał przez ramię, krótki moment wpatrując się w nią obojętnie. Nagle zmrużył lekko oczy, a jego usta dziwnie wykrzywiły się.
- A co, wstydzisz się ze mną pokazywać?
Dziewczyna westchnęła bezradnie. Wywróciła tylko ostentacyjnie oczami, kręcąc bez przekonania głową, kiedy on zaczął się śmiać. Ani przez moment nie wypuścił jej dłoni z uścisku, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że od teraz mogli stać się obiektem zainteresowania sporej części uczniów.
- Kretyn – bąknęła zrezygnowana, kiedy opuszczali teren szkoły.
- Kretynka – odparł równie pretensjonalnie, ale nawet nie próbował na nią spojrzeć, będąc przekonanym o tym, że w jej oczach pojawiły się mordercze iskierki. Poprawił tylko czapkę, idąc spokojnie przed siebie i nadal kurczowo trzymając jej dłoń.
- Idiota – rzuciła gniewnie, choć wyczuł w głosie nutkę rozbawienia całą tą dziecinną sytuacją.
- Idiotka.
- Debil.
- Debilka.
- Jesteś taki niedojrzały – westchnęła w końcu, gdy przechodzili przez ulicę.
- A ty ładnie dziś wyglądasz – odrzekł z pełną powagą, celowo unikając jej spojrzenia. Mógł sobie jedynie wyobrazić, jak z wściekłością sapnęła, wykrzywiając twarz w dziwnych minach.
Do końca drogi nie znalazła już żadnej odpowiedniej riposty na jego niespodziewane słowa, więc mógł celebrować swoje małe zwycięstwo. Szli w całkowitym milczeniu, co jakiś czas przyłapując się na ukradkowych spojrzeniach, które zwykle kończyły się dość raptownym odwracaniem głowy i udawaniem, że tak naprawdę do niczego nie doszło. Był w tym pewien dziecięcy urok.
Kiedy tylko przekroczyli próg jej domu, przywitała ich nieprzyjemna, złowroga cisza. W korytarzu unosił się cierpki zapach, którego żadne z nich nie potrafiło zidentyfikować. Wymienili jedynie zaniepokojone spojrzenia, a Luke poczuł jak dziewczyna mocniej splotła ich palce, prawie niezauważenie przybliżając się do niego. Weszli razem do kuchni, a on momentalnie poczuł, jak dłoń Ariel wysunęła się z jego uścisku. Zrobiło mu się niedobrze, gdy dostrzegł leżące na podłodze w kałuży krwi ciało pani Keller. Spojrzał na dziewczynę, która delikatnie zachwiała się, a jej twarz momentalnie pobladła. Przez chwilę odniósł wrażenie, jakby przestała oddychać, zażarcie wpatrując się przed siebie.
- Mamo! – warknęła nagle nerwowo, podbiegając do leżącej na podłodze kobiety. Potrząsnęła nią gwałtownie, ale bezwładne ciało cały czas wysuwało się z jej rąk. – Mamo! To nie jest śmieszne! Otwórz te cholerne oczy! Mamo! – mówiła drżącym z emocji głosem, próbując sprawić, aby matka ocknęła się.
- Ariel … - szepnął niepewnie, starając się mimo wszystko zachować spokojny ton. Nie chciał dać po sobie poznać zdenerwowania. Dotknął ramienia dziewczyny, ale ona kompletnie nie reagowała na żadne  bodźce, zaciekle szarpiąc ciałem kobiety.
- Mamo! Musimy cię zawieźć do szpitala, musisz się obudzić – powtarzała bez przerwy, ciągle wypowiadając jakieś nieskładne zdania, z których żadne nie miało żadnego sensu. Zachowywała się, jakby wpadła w jakiś szaleńczy trans, tracąc na chwilę zmysły. Szarpała się z ciągle osuwającym się ciałem, starając się ją ocucić. Po chwili cała była już ubrudzona zasychającą krwią, kiedy uparcie owiązywała kawałkami materiału porozcinane nadgarstki. Luke nadal przyglądał się kolejnym próbom, choć już wiedział, że było za późno. Ona jednak zdawała się nie dopuszczać do siebie takiej możliwości, nieustannie walcząc o życie matki. Miotała się, rozglądała nieprzytomnie po pomieszczeniu, jakby chciała znaleźć jakąś wskazówkę, podpowiedź, rozwiązanie, ale poszukiwania okazały się bezskuteczne. W jej oczach pojawiło się coś niepokojącego. Przestała zachowywać się racjonalnie, choć mimo jego zaskoczenia nie wpadła w histerię. Ona po prostu była przekonana o tym, że można było jeszcze coś zrobić. Miała nadzieję, a to sprawiało, że z jeszcze większym smutkiem obserwował, jak szamotała się gorączkowo.
- Opanuj się! To nic nie da! – krzyknął w końcu, nie mogąc dłużej znieść tego wszystkiego. Trzymane pod kontrolą emocje w tej jednej chwili uwolniły się. Ariel aż podskoczyła, kiedy tylko rozległ się jego podniesiony głos. Zamarła w bezruchu, w dłoniach trzymając zakrwawioną szmatkę. - Ona odeszła – dodał po chwili, zdecydowanie ciszej. – To koniec.
- Nie – szepnęła bezsilnie. Wcześniejsza panika i popłoch w ułamku sekundy odeszły w niepamięć. Wstała i z opuszczonymi rękami, zatrzymała się na środku kuchni. Spojrzała na zabrudzone czerwoną mazią dłonie, beznamiętnie wodząc po nich obojętnym wzrokiem. Sprawiała wrażenie, jakby przez moment wróciła jej świadomość, a bolesna prawda w końcu do niej dotarła. Zachwiała się. Luke nie zauważył, jak w jednej chwili kompletnie straciła kontrolę nad własnym ciałem i z potężnym łoskotem upadła na ziemię. Z hukiem uderzyła kolanami o posadzkę. Ostatkiem sił zamortyzowała upadek wyciągniętymi rękami, niwelując tym samym jeszcze większe bolesne skutki tej chwili słabości.
- Ariel – szepnął niepewnie, przykucając obok. Powoli, starając się nie wykonać żadnego gwałtownego ruchu, otoczył ją ramionami, próbując podnieść z ziemi. Stała się całkowicie podatna na jego dotyk, przepełnionym pustką wzrokiem wpatrując się w leżące u jej stóp ciało matki. Chciał ją stamtąd zabrać, ale momentalnie zaprotestowała.
- Ona tylko śpi i zaraz się obudzi – wyszeptała z drżeniem, wpatrując się wciąż w matkę. Luke spojrzał na dziewczynę z litością, mocniej ją do siebie przytulając.
- Nie – zaprzeczył niepewnie, nie wiedząc jak Ariel mogła zareagować na jego słowa. – Ona już się nie obudzi. Odeszła. Na zawsze.
Dziewczyna zerwała się, z całej siły zaczynając uciskać dłońmi pulsujące z bólu skronie. Zaczęła niespokojnie chodzić w kółko, mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem. Zaciskała mocno usta, z trudem oddychając. Dusiła się, cały czas próbując zaczerpnąć powietrze. W końcu zatrzymała się i zupełnie nieprzytomnym wzrokiem zaczął wpatrywać się w jakiś punkt przed sobą. Luke nie wiedział, co robić, nie był w stanie znaleźć żadnego rozwiązania, które mogło w tamtej chwili jej pomóc.
- Nie, to nieprawda – powiedziała nagle, potrząsając gwałtownie głową. Wciąż próbowała temu wszystkiemu zaprzeczyć, nie dopuszczając do siebie niczego. Wpadła w histerię. Wsunęła palce we włosy, przez chwilę sprawiając wrażenie, jakby chciała je sobie wyrwać. Cała drżała, nie mogąc nad sobą zapanować. Rozchyliła szerzej usta, dusząc się. Luke podniósł się i bez słowa pochwycił ją w ramiona. Szarpała się, próbowała go uderzyć, ale dość skutecznie zacisnął dłonie na jej nadgarstkach, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Gdy zaczęła krzyczeć, przygarnął ją znowu do siebie, ciągle szeptając uspokajające słowa do ucha. Długo z nim walczyła, ale kiedy zaczęło brakować jej już sił na płacz, a ciałem wstrząsały już tylko pojedyncze dreszcz, poczuł jak odpuściła. Napięte do tej pory mięśnie zaczęły się rozluźniać, a ona uspokajała się. Opuściła ramiona, stojąc przed nim w całkowitym bezruchu. Miał wrażenie, jakby w jednej chwili całe życie z niej uleciało.
Wszystko dookoła nagle straciło swoje znaczenie. Nie zorientowali się nawet, kiedy wezwana wcześniej przez chłopaka policja i ratownicy dotarli na miejsce. Zrobiło się tłoczono i gwarnie, funkcjonariusze zabezpieczali miejsce, lekarze zajęli się ciałem matki, ktoś nawet podszedł do nich, chcąc upewnić się, że z Ariel wszystko w porządku. Jednak ona zdawała się kompletnie nie rozumieć tego, co działo się wokół niej. Odpłynęła, całkowicie tracąc poczucie rzeczywistości. Luke chwycił ją mocniej, kiedy tylko zorientował się, jak wielki wysiłek wkładała w to, aby utrzymać się na nogach. Narzucił na jej ramiona swoja bluzę i objął ją z troską, delikatnie gładząc dłonią włosy.
Poddała się.


#czterdzieścijeden. nienawidzę bezsennych nocy.


Stanęła w progu drzwi wyjściowych prowadzących prosto na plażę, w dłoni obracając telefon. Zapowiadała się następna nieprzespana, pełna niepokoju i niepewności noc. Cicha, gwieździsta, wypełniona delikatnym szumem oceanu, podczas której kolejny raz nie potrafiła poradzić sobie z natłokiem myśli. Odkąd wyszła ze szpitala, Luke zmusił ją do zamieszkania w domku rodziców, wymyślając pierwsze lepsze kłamstwo o rzekomym remoncie w jej domu, byle tylko nie wzbudzać żadnych niepotrzebnych podejrzeń i uniknąć zbędnych pytań. Jego matka zdawała się przyjąć tę informację z wielkim zachwytem, pozwalając zostać Ariel tak długo, jak będzie to tylko konieczne.
Spojrzała na wyświetlacz, a zegar wskazywał kilka minut po drugiej. Przeglądając listę kontaktów zatrzymała się na literce ‘h’, wpatrując się przez dłuższą chwilę w jedno zapisane tam nazwisko. Nawet nie wiedziała, dlaczego pomysł zatelefonowania do niego przyszedł jej wtedy do głowy. Westchnęła bez przekonania, przesuwając palcem po ekranie. W tej samej chwili, gdzieś nieopodal, rozległo się wyjątkowo sugestywne chrząknięcie. Nerwowo drgnęła, spoglądając na pogrążoną w mroku plażę. Kilka kroków dalej dostrzegła zbliżającą się postać. Charakterystyczna, lekko zgarbiona sylwetka, kaptur na głowie i wsunięte w kieszenie dłonie mogły należeć tylko i wyłącznie do jednej osoby. Była pewna, że to Luke, a mimo wszystko wstrzymywała z niepokojem oddech, nim całkowicie nie wyłonił się z ciemności.
- Cześć – mruknął na powitanie, zatrzymując się na pierwszym schodku. Wyglądał na zmęczonego, najwyraźniej podobnie jak i ona nie mogąc spać. Nieogolony, z schowanymi pod czapką włosami, podkrążonymi oczami i w pomiętej koszulce nie prezentował się zbyt dobrze.
- Cześć – odparła niewyraźnie. Popatrzyli na siebie z pewnego rodzaju niepewnością, wymieniając krótkie spojrzenie. Wydawali się być tak samo zagubieni i zakłopotani tym niezamierzonym spotkaniem.
- Jak się czujesz? – zapytał wreszcie, przerywając niezręczna ciszę. W odpowiedzi wzruszyła tylko z obojętnością ramionami, naciągając rękawy koszuli.
- Jeszcze żyję – odburknęła i lekko utykając, zrobiła kilka kroków, po czym usiadła na górnym schodku. Odetchnęła głęboko, spoglądając na rozpostartą przed nią błyszczącą taflę oceanu. Przymknęła oczy, gdy tylko poczuła podmuch wiatru na twarzy. – Co ty tu robisz?
- Nie wiem – odpowiedział z pełną szczerością, przysiadając się tuż obok niej. Uchyliła lekko jedną powiekę, spoglądając na niego pytająco. – A dlaczego ty nie śpisz? Jest środek nocy.
- Nie wiem – powtórzyła, naśladując jego wcześniejszy obojętny ton. Popatrzył na nią bez przekonania, wykrzywiając dziwnie usta.
- Świetnie – mruknął, wywracając oczami.
- Świetnie.
Zamilkli. Usilnie udawali zainteresowanie sunącymi w stronę brzegu falami, choć co chwilę przyłapywali się wzajemnie na ukradkowych spojrzeniach. W wyjątkowo dziecinny sposób unikali kontaktu wzrokowego, odwracając głowę w drugą stronę. Cisza, która między nimi zapanowała stawała się z każdą chwilą coraz mniej znośna. Gdy Luke ciężko westchnął, niby przypadkowo trącając ją w ramię, lekko zachwiała się, spoglądając na niego gniewnie. On jednak uparcie wpatrywał się przed siebie, kompletnie ignorując jej oburzenie. W końcu jednak na nią spojrzał, marszcząc z niezrozumieniem czoło.
- O co chodzi? – spytał z tym niewinnym wyrazem twarzy, udając prawdziwe zdziwienie. Gdy nie zamierzała odpowiadać na tę wyraźną zaczepkę, uśmiechnął się szeroko, szczerząc zęby. Odwróciła wzrok, wzdychając bezradnie. Podparła głowę na ręce, w zadumie obserwując połyskującą powierzchnię wody, w której odbijał się księżyc. Nie minęła chwila, a poczuła kolejne szturchnięcie. Nie zareagowała, licząc na to, że wreszcie odpuści, ale on kolejny raz postanowił się z nią podroczyć. Wiedziała, że jej podenerwowanie sprawi mu tylko jeszcze większą radość, dlatego zacisnęła mocno usta, próbując ignorować te infantylne zaczepki.
- Jesteś taki niedojrzały, Hemmings! – warknęła z irytacją, podnosząc się ze schodków. Momentalnie poczuła palący ucisk w klatce piersiowej, a cały obraz przed oczami na chwilę pociemniał. Odruchowo chwyciła się poręczy, gdy kolana się pod nią ugięły i zaczęła tracić równowagę.
- Hej, hej! – zawołał raptownie Luke, podtrzymując jej osuwające się bezwładnie ciało.
- Nic mi nie jest – powiedziała natychmiast obronnie, próbując wysunąć się z jego ramion. On jednak jej na to nie pozwolił. Wziął ją na ręce i zrobił to na tyle niespodzianie, że nie zdążyła się sprzeciwić. Dodatkowo nie była w stanie protestować, więc bez żadnego słowa zgodziła się, by pomógł jej wrócić do środka.
- Musimy zadzwonić po lekarza – nakazał stanowczo, podtrzymując ją delikatnie, kiedy układała się na łóżku. W tej samej chwili popatrzyła na niego, rzucając gniewne spojrzenie.
- Nie bądź niepoważny, Hemmings! – uniosła się, wyrywając z jego rąk koc, którym zamierzał ją okryć. – Nic mi nie jest – powtórzyła przez zaciśnięte zęby. Dostrzegła malujące się na jego twarzy zaniepokojenie, do którego nadal nie mogła przywyknąć. Rzadko ktoś się o nią troszczył w taki sposób, dlatego tak trudno było jej zaakceptować czyjąś pomoc. To uczucie było całkowicie obce, nieznane i nie potrafiła jeszcze sobie z nim dobrze radzić. Skutecznie udawało jej się odrzucać każdy przejaw sympatii, przekonując się wciąż do tego, że tak miało być łatwiej.
- Na pewno? Wszystko dobrze? – spytał z niepokojem, uważnie przyglądając się jej. Parsknęła cicho.
- Nic już nie będzie dobrze – odparła obojętnie. – Witaj w mojej kończącej się rzeczywistości.
Odwróciła się w drugą stronę, wciskając policzek w poduszkę. Z uporem wpatrywała się w szumiący za oknem ocean, słysząc jak fotel obok lekko zaskrzypiał. Nagle owładnęło ją błogie poczucie bezpieczeństwa. Zamknęła oczy i zasnęła.

#

Przebudził się, kiedy tylko poczuł na ciele chłodny podmuch wiatru. W pokoju nadal panował półmrok. Dopiero po chwili zorientował się, że zasnął w dość niewygodnej pozycji na fotelu tuż obok łóżka, na którym powinna spać Ariel. Po tym, jak na chwilę mu odpłynęła postanowił posiedzieć przy niej, ale nawet nie spostrzegł się, kiedy zmęczenie wygrało i zasnął. Spojrzał na puste miejsce oraz rozkopaną pościel i nie wydawał się być jednak zdziwiony nieobecnością dziewczyny. Lubiła znikać mu bez słowa. Raptownie podniósł się i jakby wiedziony jakimś niewyjaśnionym instynktem udał się na taras, rozglądając się po opustoszałej okolicy, oświetlanej bladym blaskiem księżyca. Coś podpowiadało mu, że nieobecność dziewczyny nie zwiastowała niczego dobrego.
Chwilę później dostrzegł ją, kiedy bardzo powoli zanurzała się w oceanie. Bez zastanowienia rzucił się biegiem przez plażę, wpadając z impetem do wody. Gdy przebył tych kilka metrów, które zdążyła już pokonać, dość raptownie pochwycił ją w ramiona, z niemałym trudem wyciągając na brzeg. Woda wciąż napierała na nich, więc mocniej ją objął, ani na moment nie rozluźniając uścisku. Kompletnie poddała się w jego władanie, a jej bezsilne ciało było zdane wyłącznie na niego.
- Znowu?! Nie znudziło ci się jeszcze? – wrzasnął przeraźliwie, potrząsając nią gwałtownie, w chwili kiedy znaleźli się na lądzie. Mokra grzywka opadła jej na oczy, gdy z lekko uchylonymi ustami spojrzała na niego. Miała nieobecne spojrzenie i sprawiała wrażenie, jakby nie była świadoma tego, co się wokół niej działo. Kiedy przez dłuższą chwilę nie poruszyła się, nadal zawzięcie milcząc, zrezygnowany odepchnął ją lekko. – Jesteś popieprzona, Keller! Naprawdę masz coś z głową! To jest niewyobrażalne, jak stuknięta jesteś! Myślisz, że to jest zabawne? Że za każdym razem ktoś się pojawi, żeby cię uratować? Otóż nie! Brak mi do ciebie słów! - wykrzykiwał, a ona zdawała się nadal lawirować w swoim małym, zamkniętym świecie, do którego nikt poza nią nie miał dostępu. Otępiałym wzrokiem wpatrywała się w niego, kiedy wściekły wyrzucał z siebie kolejne zarzuty wobec niej. Po kilku chwilach, kiedy wreszcie uspokoił się, spojrzał na nią gniewnie. Miał już dość tej obojętności, która biła z jej pustych oczu. Stokroć bardziej wolał, kiedy go nienawidziła. Wziął głęboki oddech i gdy nadal nie zamierzała się do niego odezwać, pokręcił głową z dezaprobatą, zawracając w stronę domku. Nie był w stanie zrozumieć, co nią kierowało, kiedy decydowała się na ten krok. Sama myśl o tym doprowadzała go do szaleństwa, choć wiedział, że dla niej tak naprawdę to nic nie znaczyło. Nienawidził jej za to.
- Czy ty naprawdę sądziłeś, że chciałam się zabić? – zapytała znienacka z wyraźną kpiną w poirytowanym głosie, a zaraz potem doszło go stłumione parsknięcie. Zerknął za siebie, dostrzegając na jej twarzy grymas niezadowolenia, gdy ocierała twarz z kropel wody, które wciąż natarczywie spływały z mokrych włosów.
- Nie, ależ skąd. Sądziłem, że czwarta nad ranem to idealna pora na takie kąpiele, więc postanowiłem się przyłączyć do ciebie – odburknął z ironią. Miał wrażenie, że kącik jej ust nieznacznie się uniósł, a przez twarz przemknął cień uśmiechu. Wcześniejsza obojętność i apatia uleciały gdzieś w zapomnienie i znowu wróciła tak dobrze znana mu Ariel, pełna nienawiści i niechęci do otaczającego ją świata.
- Nie chciałam się zabić, kretynie – sapnęła pogardliwie. Patrzył na nią przez chwilę, nie do końca potrafiąc zrozumieć, o co tak właściwie jej chodziło.
- No tak – zakpił, podchodząc ponownie do niej. – To takie naturalne i normalne. Każdy człowiek o zdrowych zmysłach urządza sobie wycieczki w głąb oceanu.
- Nic nie rozumiesz – powiedziała cicho, opuszczając głowę.
- Nienawidzę kiedy tak mówisz! – podniósł głos, odruchowo chwytając ją za ramiona. Zmusił ją, aby wreszcie na niego popatrzyła. Dostrzegł w jej oczach złość i irytację. Mocno zaciskała zęby, dzielnie stawiając opór jego stanowczemu spojrzeniu. – Powiedz mi, jak ty to robisz? Zachowujesz się, jakby na niczym ci nie zależało, jakby to wszystko nie miało żadnego znaczenia. Bo wiesz, ja tak nie potrafię i …
- Bo nie czuję nic, rozumiesz?- przerwała mu. – Zupełnie nic! – dodała rozgniewana, wyrywając się z jego uścisku. Odwróciła się plecami, a on dostrzegł z jak wielkim trudem oddychała, cały czas uciskając dłońmi skronie. Patrzył na nią otępiałym wzrokiem, wciąż próbując zrozumieć sens jej słów. Poczuł się wyjątkowo niezręcznie.
- I dlatego weszłaś do wody? Żeby coś poczuć? – spytał cicho, wpatrując się w roztrzęsioną dziewczynę. Wzruszyła ramiona, ale chwilę później skinęła nieznacznie głową, nadal jednak nie będąc w stanie spojrzeć na niego. Podszedł do niej bliżej, ale kiedy tylko wysunął w jej stronę rękę, ona instynktownie cofnęła się.
- Mówiłam, że nie zrozumiesz, bo nie masz pojęcia, jak to jest kiedy nie czujesz się ani szczęśliwy, ani smutny, kiedy po prostu nie czujesz nic. Tylko ta wieczna pustka. Miałam już tego dość, musiałam czegoś spróbować – wyznała szeptem, otulając się ramionami. Dostrzegł, jak zadrżała z zimna, gdy przemoczone ubrania nadal kleiły się do jej ciała.
- I poczułaś coś?
- Ból. Poczułam ból i zrozumiałam, dlaczego nie chciałam, aby mi zależało. Bo kiedy ci zależy, jedyne co czujesz to ból. I cierpienie – odpowiedziała z niezwykłą pewnością w głosie, a on wciąż bez przerwy patrzył na nią, uważnie słuchając każdego słowa. Dopiero w tamtej chwili zaczęła do niego docierać smutna prawda. Poczuł się wyjątkowo źle, uzmysławiając sobie, jak bardzo musiała być zraniona, by świadomie wybrać życie w ciągłej obojętności.
- Ariel … - zaczął, ale nie wiedział, co tak naprawdę powinien jej teraz powiedzieć. Zauważył jednak, jak na dźwięk swojego imienia zadrżała i jeszcze bardziej się skuliła.
- Przestań, nic nie mów – szepnęła ze złością.
- Próbuję zrozumieć powód twojego postępowania, naprawdę staram się, ale nie możesz oczekiwać, że nagle wszystkim dookoła też przestanie zależeć! – oburzył się. – Nie wszyscy są tak silni jak ty, żeby wyprzeć się wszystkich uczuć.
- Wcale nie jestem silna – zaprzeczyła momentalnie, spoglądając na niego niepewnie. Wydawała się być małą, zagubioną dziewczynką, która nie potrafiła odnaleźć drogi powrotnej do domu. Luke podszedł do niej, bez żadnego ostrzeżenia pochwycił ją w ramiona i mocno przytulił. Kołysał ją delikatnie, ale ona nadal stała w tym samym miejscu, w kompletnym bezruchu, poddając się w jego władanie bezgranicznie. Odsunął ją na odległość ramion, gdy wciąż bezczynnie spoglądała w jakiś punkt przed sobą. Dotknął palcami jej zaczerwienionego policzka, sunąc delikatnie opuszkami po zimnej skórze. Zadarła lekko głową, niewzruszona przenosząc spojrzenie na niego. Pochylił się nad nią i delikatnie unosząc jej podbródek, musnął jej rozchylone usta. Nie zareagowała, nieprzerwanie patrząc na niego tym samym pustym spojrzeniem. Kiedy pocałował ją drugi raz, jednak bardziej zdecydowanie, poczuł jak prawie niezauważenie drgnęła, ale nadal usilnie próbowała to przed nim ukryć, bez wyrazu wpatrując się w niego, kiedy wodził spojrzeniem po jej twarzy.  
- Ciągle nic? – zapytał w końcu, a ona pokręciła głową, robiąc w tej samej chwili krok w jego stronę. Luke uśmiechnął się, a w prawym policzku uwidoczniło się niewielkiego wgłębienie. Nagle zacisnęła dłonie na jego koszulce i wspinając się na palcach, przyciągnęła go raptownie do siebie. Nie był przygotowany na to, kompletnie zaskoczyła go takim ruchem, kiedy zimne, wciąż lekko drżące wargi zetknęły się z jego ustami. Przesunęła dłonią po jego szyi, wciąż zachłannie skradając kolejne pocałunki. Zdawała się być coraz bliżej niego, tak że w pewnej chwili przestrzeń między nimi przestała już istnieć. Bez opamiętania zatracali się w tym niedługim momencie, sycąc się własną bliskością.
- Nic, zupełnie nic – westchnęła ciężko, z trudem panując nad rozszalałym oddechem.
- Ja czuję – wyznał z trudem, kiedy sunęła opuszkami palców po jego policzku. Przygarnął ją bliżej siebie i kolejny raz pocałował, tak że cały świat na moment przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, bo liczyli się tylko oni. Na krótką chwilę rzeczywistość rozpłynęła się.
- Nic … - wychrypiała, ciężko oddychając. Chwycił w dłonie jej twarz, zmuszając do spojrzenia. Długo uciekała wzrokiem, ale on był nieugięty, dlatego w końcu poddała się.
- Jesteś okropnym kłamcą, Keller – stwierdził cicho, chowając ją w objęciu swoich ramion. Broniła się, ale błogie ciepło jego ciała sprawiło, że dość prędko uległa. Wtuliła się w niego, zaciskając ręce w pasie. Nie byli świadomi tego, jak długo stali w jednym miejscu, rozkoszując się własną obecnością. Wszelkie słowa stały się wtedy zupełnie zbędne. Wystarczyło ukradkowe spojrzenie, muśnięcie warg, dotknięcie dłoni, by przekazali sobie wszystko, czego powiedzieć się nie dało.
- I co teraz? – zapytała, niszcząc tym samym misternie budowaną ciszę.
- Teraz wracamy do domu – wyjaśnił, po czym mocno oplatając palcami jej zmarzniętą dłoń, ruszył przed siebie. Spoglądała co chwilę na niego, choć on celowo unikał jej spojrzenia, stawiając kolejne kroki na zimnym piasku. Była przekonana, że zdawał sobie sprawię o jakim ‘teraz’ myślała, jednak z pełną premedytacją zmienił znaczenie tego słowa.
Nagle przystanęła, a on zatrzymał się razem z nią. Zerknął na nią z niezrozumieniem, gdy przerażona wpatrywała się w niego, nie mogąc ruszyć się z miejsca.
- Nic z tego nie będzie – wyznała ze smutkiem, ani na moment nie odwracając od niego wzroku. Luke westchnął ciężko i zbliżył się do niej. Zgarnął z jej twarzy kosmyk włosów, delikatnie muskając chłodne usta. – Nie możesz mieć nadziei, rozumiesz? Nadzieja to …
Nie skończyła mówić, bo kolejny raz ją pocałował, zmuszając do milczenia.