#trzydzieścicztery. nienawidzę twoich łez.


Otarł z czoła strużkę potu, opierając się z wycieńczenia o swoja szafkę. To był kolejny morderczy trening, który miał ich przygotować do walki o mistrzostwo. Rozgrywki wchodziły w decydująca fazę, dlatego wszystko inne, co nie dotyczyło koszykówki zeszło w tamtym czasie na boczny tor. Gdy zaczął pakować do torby dres, przy szafce obok pojawił się Calum. Spojrzał na niego, zatrzaskując z hukiem skrzypiące drzwiczki. Chłopak aż podskoczył, zerkając na niego z niezrozumieniem.
- Całkiem nieźle ci dziś poszło, Hood – powiedział, poklepując go po ramieniu. Brunet wydawał się być niesamowicie zszokowany tym niespodziewanym wyznaniem. Zmrużył lekko oczy, badawczo przyglądając mu się.
- Masz jakiś interes – stwierdził pewnie, co wywołało cichy śmiech blondyna. Przez chwilę próbował udawać, że było to całkowicie bezinteresowne, ale dość szybko zrezygnował.
- No dobra – przyznał ciszej, rozglądając się dyskretnie na boki, jakby się obawiał, że ktoś ich mógł usłyszeć.
- I jak mniemam chodzi o Ariel – dodał z jeszcze większą pewnością, bo poczuł, że zyskał nad Hemmingsem przewagę. W dość nonszalancki sposób oparł się o szafkę, wyczekująco potupując stopą. Luke wyraźnie się zmieszał, wciąż niespokojnie obserwując wszystko dookoła.
- Chodzi o to, że nie było jej dziś w szkole, nie odpowiada na moje wiadomości, a potrzebuję się z nią pilnie skontaktować w sprawie korepetycji – zaczął się tłumaczyć, rzucając pierwsze wyjaśnienie, które w tamtej chwili przyszło mu do głowy. Calum parsknął śmiechem, posyłając mu litościwe spojrzenie. Tym razem to on poklepał go po ramieniu.
- Oczywiście. Korepetycje. I to pewnie z biologii. Uczycie się anatomii – zażartował, a Luke aż poczerwieniał ze złości, zaciskając z całej siły zęby. W ostatniej chwili powstrzymał się przed uderzeniem go, by zetrzeć mu z twarzy ten cyniczny uśmieszek.
- To jak? - zapytał ponaglająco, a Calum wzruszył tylko ramionami od niechcenia.
- Nie wiem gdzie jest Ariel – wyznał trochę zbyt szybko, odwracając gdzieś wzrok. Wcześniejsze rozbawienie momentalnie ulotniło się. Blondyn wziął głębszy oddech, gdy Hood odwrócił się od niego, próbując tym krótkim kłamstwem go zbyć. Bez żadnego ostrzeżenia ruszył za nim i chwytając go za koszulkę, przyparł chłopaka do ściany.
- Chyba nie chcesz spędzić najbliższego meczu na trybunach, co? - szepnął do niego przez zaciśnięte zęby, po czym szybko go puścił, aby nie wzbudzać podejrzeń pozostałych graczy. Poklepał Caluma po ręce, ale zrobił to na tyle mocno, że chłopak aż przymknął oczy. Zaczął natarczywie rozmasowywać sobie pulsujące z bólu ramię, gniewnie spoglądając w kierunku Hemmingsa.
- Musisz mi coś najpierw obiecać – powiedział niepewnie, a Luke uniósł nieznacznie brew, niecierpliwiąc się coraz bardziej.
- Co?
- Że zrobisz wszystko, co w twojej mocy, aby jej pomóc, bo tylko tobie może się to udać.

#

Stanął w progu pokoju Caluma i kiedy tylko obejrzał się za siebie, zorientował się, że został sam. Całą drogę do jego domu chłopak nie odezwał się nawet słowem, nie chcąc powiedzieć mu o co w tym wszystkim chodziło. Nieobecność Ariel w szkole była niepokojąca, ale próbował nie dopuszczać do siebie żadnych negatywnych myśli. Niepewnie wszedł do środka, dostrzegając skuloną postać przy oknie. Pomieszczenie pogrążone było w półmroku i prawie idealnej ciszy, którą co jakiś czas przerywał świst wiatru. Nerwowo potarł dłonią twarz i zrobił kilka kroków w przód. Gdy tylko na nią spojrzał, natychmiast ogarnął go nie dający się wyjaśnić niepokój. Jakby czuł, że coś złego mogło się wydarzyć.
- Cześć – mruknął niepewnie, wykrzywiając lekko na boki stopy. Zauważył, jak drgnęła, gwałtownie odwracając się w jego stronę. Chciał coś powiedzieć, ale w jednej chwili wszelkie słowa ugrzęzły mu w gardle. Przewieszona przez ramię torba treningowa z łoskotem osunęła się na ziemię. Wcześniejszy nikły uśmiech, który przez chwilę błąkał się po jego ustach momentalnie znikł. Poczuł gwałtowny skurcz w żołądku. Nawet nie zorientował się, że palce z niesamowitą siłą zacisnęły się, wbijając coraz mocniej w skórę dłoni. Całe jego ciało zaczęło drżeć. Kiedy tylko zrozumiała, że to on tak niespodziewanie wtargnął do pokoju, opuściła głowę, a splątane, mokre włosy zsunęły się z jej ramion, przesłaniając całą twarz.
- Jak mnie tu znalazłeś? - spytała podenerwowanym głosem, ponownie zwracając się do niego plecami. Nie był jednak w stanie wypowiedzieć nawet jednego słowa, wciąż oniemiały wpatrując się w nią. Miał wrażenie, że w pokoju zrobiło się nagle cieplej, a jemu zaczęło brakować tchu. Z trudem panował nad oddechem, gdy potężny ból rozsadzał mu głowę. Przez moment miał wrażenie, że był uczestnikiem jakiegoś ogromnego nieporozumienia. Nie potrafił zebrać szalejących myśli, wmawiając sobie bez przerwy, że to tylko kolejny koszmar, z którego miał się za chwilę obudzić.
- Czy … - zaczął, ale nie był pewny, o co tak naprawdę chciał zapytać.
- Idź sobie – wyszeptała, naciągając ciągle rękawy za dużej bluzy. Zadrżał kolejny raz, nie ruszając się z miejsca. - Wyjdź! - krzyknęła rozpaczliwie, gdy zdała sobie sprawę, że nadal tam był. Przymknął lekko oczy, gdy wrzasnęła ponownie. Podbiegła do niego, próbując wyrzucić go z pokoju. Jej małe, zaciśnięte piąstki uderzały go nieporadnie, ale każdy jej ruch wydawał się być pozbawiony jakiejkolwiek siły. Wreszcie poddała się i opuściła bezradnie ramiona. Ciężko sapiąc, wpatrywała się w niego.
- Nie rozumiem – powiedział w końcu, nieprzerwanie wbijając w nią pozbawiony emocji wzrok. Rozchyliła lekko usta, a jedna samotna łza spłynęła po zaróżowiałym policzku. Zachłysnęła się powietrzem, gdy sięgnął dłonią w kierunku jej twarzy i opuszkami palców przesunął delikatnie po zasiniałej skórze. Rozcięta dolna warga zadrżała, kiedy tylko jego kciuk zahaczył o jeszcze świeżą ranę na brodzie.
- Nie chciałam, żebyś to widział. Odejdź, błagam cię – zaszlochała, choć każde kolejne słowo zdawała się wypowiadać z coraz mniejszą pewnością w głosie. Luke oderwał rękę i zrobił krok w tył. Ruszył w stronę wyjścia. Złapał klamkę, a w tej samej chwili za jego plecami rozległ się cichy płacz. Przystanął, zamykając na krótki moment oczy. Delikatnie zatrzasnął drzwi i bez słowa wrócił do niej. Raptownie chwycił ją w swoje ramiona, czując jak ufnie przylgnęła do niego. Cały czas trzęsła się, zanosząc się płaczem. Nigdy wcześniej nie widział jej w takim stanie. Była w kompletnej rozsypce, nie wiedział, jak jej pomóc, a ta bezradność sprawiała, że czuł się jeszcze gorzej. Troskliwie złożył pocałunek na jej czole, odgarniając z twarzy poprzyklejane, pachnące jeszcze szamponem włosy.
- Już dobrze – zapewnił, samego siebie próbując przekonać do prawdziwości tych słów. Ariel znowu załkała.
- Przepraszam. Przepraszam, jestem beznadziejna.
Bez zastanowienia otulił dłońmi jej zadrapane policzki i zmusił do tego, aby na niego spojrzała. Z trudem wytrzymywał to puste spojrzenie dziewczyny. Ocierał kciukiem wciąż spływające łzy.
- Jesteś wyjątkowa, jesteś silna, jesteś piękna, nawet kiedy płaczesz, a może wtedy przede wszystkim – mówił spokojnie, będąc przekonanym o słuszności tych słów.
- Nie, nie jestem – zaprzeczyła rozpaczliwie, a on kolejny raz pozwolił, by schowała się w jego ramionach. Wbiła palce w jego plecy, ściskając mocno spód koszulki.
- Nawet nie masz pojęcia - mruknął jej nad uchem, gładząc dłonią włosy.
- Jestem nikim. Moja własna matka wolałaby, abym nigdy się nie urodziła – kontynuowała, jakby celowo ignorując jego wcześniejsze słowa. W tej samej chwili Luke stracił cierpliwość. Potrząsnął nią lekko, pochylając się nad nią.
- Nigdy więcej tak nie mów! - rzucił oburzony, a ona przymknęła powieki, gdy podniósł głos. - Przepraszam, nie chciałem – dodał pospiesznie, widząc, że wystraszył ją. Spojrzała na niego z oczami pełnymi łez, z drżącymi nadal wargami i wypiekami na twarzy.
- Nie chcę być już silna, ani wyjątkowa. Nie chcę już nic – wymamrotała, odsuwając się od niego. - Mam dość.
Wpatrywał się chwilę w jej zgarbione plecy, gdy lękliwie kuliła się, przesłaniając naciągniętym rękawem twarz. Nie mógł znieść widoku jej cierpienia, chciał coś z tym zrobić, ale zdawał sobie sprawę, że bez jej wsparcia nie miał na to żadnych szans. Odetchnął głęboko i podszedł do niej. Odwrócił ją w swoją stronę, by znowu zamknąć ją w bezpiecznym uścisku ramion.
- Tak dalej być nie może, musisz coś z tym zrobić – powiedział szeptem, tuląc ją czule. Nadal drżała, choć cały ten czas próbował ogrzać dotykiem jej rozdygotane ciało.
- Nie mam siły – wyjęczała, wysuwając się z objęcia. Patrzył jak oddalała się od niego, zatrzymując się przy oknie. Była taka bezbronna, krucha i pełna smutku, z którym w końcu przestała walczyć. - To Lily powinna przeżyć, nie ja. Była idealna, wszyscy ją kochali …
- Nie pieprz głupot, Keller! - zezłościł się, zaciskając mocniej pięści. - Nie będę mówić, że cię rozumiem, bo tak na pewno nie jest, ale wiem coś innego. Był jakiś powód, dla którego to właśnie tobie się udało przeżyć!
- Zabawne. Ciekawe jaki? - zapytała z kpiną, zerkając na niego przez ramię. Otarła twarz, pociągając nosem. Luke patrzył na nią przez chwilę, po czym zbliżył się i wykorzystując moment zawahania, pocałował ją. Poczuł na ustach słony posmak jej łez, gdy tylko ich wargi zetknęły się. Pogrążeni w zapomnieniu, lgnęli mimowolnie do siebie, sycąc się wzajemną bliskością.
Gdy nie mogła złapać tchu, uchylił lekko powieki i spojrzał na nią.
- Może tym powodem jestem ja?

#

Ogień skwierczał w kominku, roznosząc po pokoju kojące ciepło. Ariel siedziała z podkulonymi nogami na kanapie, co chwilę poprawiając zsuwający się z ramion koc. Nie była nawet pewna, jak trafiła do domku na plaży, bo ostatnie godziny wydawały się tak bardzo niewyraźne i zamglone, że niewiele z nich pamiętała. Gdy usłyszała skrzypienie kuchennych drzwi, skręciła lekko głowę, dostrzegając zmierzającego w jej stronę Luke'a. Niósł dwa kubki herbaty. Miała wrażenie, że uśmiechnął się na krótki moment, gdy ich spojrzenia się spotkały. Bez słowa zajął miejsce obok niej, odstawiając parujący napar na stoliku.
- Wszystko w porządku? - zapytał w końcu, zerkając ukradkiem na nią, jakby się obawiał jej reakcji. Nie chciała już niczego udawać, dlatego kiedy tylko na niego spojrzała, lekko potrząsnęła głową. Szybko jednak ją opuściła z zawstydzeniem, wbijając wzrok w chyboczące się płomienie. Zacisnęła zsiniałe usta.
- Nic nie będzie już w porządku.
Nagle zapadła głucha cisza, w której oboje obojętnie wpatrywali się przed siebie. Wiedzieli, że słowa nie był tak naprawdę potrzebne, bo i tak nie mogły już nic zmienić. Wszystko zostało już wcześniej zaplanowane i czegokolwiek by nie zrobili, było już za późno. Ariel nawet nie zauważyła jak chwycił jej dłoń i zamknął ją w szczelnym, ciepłym objęciu. Spojrzała na niego.
- Nie musisz tego robić – wyznała tonem wyzbytym z wszelkich emocji. Chłopak skręcił głowę, zerkając na nią.
- Czego?
- Nie musisz się nade mną litować – dokończyła, odwracając wzrok.
- Wiesz co? - Luke niespodziewanie uniósł się, skupiając na nowo jej uwagę na sobie. - Czasami cię nienawidzę, ale tak naprawdę, tak z całych sił. Czasami mam ochotę udusić cię gołymi rękami, mam ochotę rzucić to wszystko i przestać się angażować. Przyjąć twoją postawę i mieć wszystko i wszystkich głęboko gdzieś …
- Co cię powstrzymuje? - weszła mu w słowo, a Luke parsknął pogardliwie śmiechem. Pokręcił z bezradnością głową.
- Bo czasami …
Ariel poderwała się i przesłoniła mu dłonią usta.
- Nie, nie mów już nic – rozkazała, a w oczach pojawił się strach. Chwycił ją za nadgarstek, zabrał jej rękę i przyciągnął do siebie.
- To nic nie zmieni – powiedział cicho, patrząc jej prosto w oczy. Poczuła delikatne ukłucie w klatce piersiowej, gdy tak niespodziewanie znalazła się blisko niego. Pachniał słodką, owocową herbatą. Przesuwał palcem po jej policzku, a ona bezwiednie poddała się temu dotykowi.
- Ale …
- Uwierz mi, też nie planowałem tego – przerwał jej. - Wcale nie jest mi to wszystko potrzebne. Też miałem wszystko poukładane, wszystko zaplanowane, ale najwyraźniej nie tak miało być.
Przymknęła zmęczone oczy, lekko odwracając głowę w bok.
- To musi się skończyć – powiedziała bez przekonania, nie potrafiąc na niego spojrzeć. - To nigdy nie powinno się wydarzyć, nigdy nie powinniśmy się spotkać. To był błąd.
- Teraz już za późno – odpowiedział i nie czekając na jej reakcję, pocałował ją. Najpierw delikatnie, z niesamowitą troską, jakby nie chciał zrobić jej większej krzywdy. Czule dotykał jej drżących warg, a ona całkowicie oddała się w jego władanie. Przylgnęła bliżej niego, a on bez wahania objął jej twarz. Dreszcz przebieg przez całe ciało, gdy delikatnie wsunął dłoń pod koszulkę, gładząc opuszkami palców dół pleców. Czuł jak z każdą kolejną sekundą napięte dotąd mięśnie zaczęły się powoli rozluźniać. Pocałunek stawał się bardziej natarczywy, jakby próbowała pozbyć się całego swojego bólu przez to jedno, krótkie zbliżenie. Jakby chciała, by na moment wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
Ich czoła zetknęły, gdy z trudem panowali nad ciężkimi oddechami, a lekko rozbiegane, przepełnione emocjami spojrzenia spotkały się.
- To jest złe – wydukała, przesuwając wskazującym palcem po jego pokrytej niewielkim zarostem twarzy. Wydawało jej się, że Luke uśmiechnął się.
- Może właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
- Nie chcę być powodem czyjegoś cierpienia – wyznała z nutką zawstydzenia, opuszczając speszony wzrok.
- Chcesz przez to powiedzieć, że jednak trochę zależy ci na mnie? - spytał z zawadiacko uniesioną brwią, a Ariel momentalnie na niego spojrzenia. Wykrzywiła usta.
- Nigdy nic takiego nie powiedziałam – fuknęła obruszona, wysuwając dłoń z jego objęcia. Teraz była już pewna, że się uśmiechnął, gdy w policzku dostrzegła niewielkie wgłębienie.
- Tak naprawdę to nie musisz nic mówić – oznajmił z wyższością, świadomy tego, że zdobywał nad nią przewagę. - I nie musisz już udawać. Czasami wolno nam czuć smutek, rozczarowanie, ból.
Kiedy nie zamierzała już nic mówić, dumnie unosząc obrażona głowę, poczuła jak kolejny raz wsunął dłoń pod jej plecy i przygarnął ją do siebie. Nigdy nie przypuszczała, że ktoś, kogo tak mocno nienawidziła, miał stać się jednocześnie największą ulgą w jej cierpieniu. Zadarła lekko głowę i spojrzała na niego.
- Nienawidzę cię – szepnęła tonem pozbawionym wszelkich emocji, gdy zaczął się z nią delikatnie kołysać w takt nuconej cicho melodii.
- Świetnie.
- Świetnie.


#trzydzieścitrzy. nienawidzę, gdy się o mnie martwisz.


- … ale czy ty mnie w ogóle słuchałaś? - Calum podniósł lekko poirytowany głos, sprowadzając ją do rzeczywistości. Potrząsnęła głową, spoglądając na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Chwilę wpatrywała się w niego bez słowa, po czym wróciła do wykańczania swojego baneru, który przygotowywała na dni otwarte szkoły.
- Zamyśliłam się – burknęła, próbując ukryć zmieszanie. Chłopak parsknął śmiechem, co sprawiło, że ponownie na niego spojrzała. Poruszał zagadkowo brwiami, celowo się z nią drocząc. - No co?
- Absolutnie nic – odparł raptownie, unosząc obronnie obie ręce w górę. Wciąż jednak podśmiewał się pod nosem, doprowadzając ją do szału. W końcu z impetem uderzyła dłonią w drewniany stolik, spoglądając na niego wymownie.
- O co ci chodzi, Hood?
Rzuciła mu gniewne spojrzenie, ale w końcu ze zrezygnowaniem odwróciła głowę, kiedy chłopak tylko uśmiechał się do niej szeroko. Obojętnie wzruszyła ramionami, nie zamierzając brać udziału w tej dziecinnej zabawie. Próbowała skupić się na pracy, ale wciąż czuła na sobie rozbawione spojrzenie Caluma, które coraz bardziej zaczynało ją drażnić. Nie mogła jednak pozwolić mu wygrać, dlatego odwróciła się do niego plecami, całą złość przelewając na papier.
Nagle jej uwagę przykuł dochodzący od strony boiska głęboki, ponaglający głos. Lekko podniosła głowę znad kartki, kątem oka zerkając w tamtym kierunku. Luke z całą grupką swoich dziwnych przyjaciół wykorzystywał kolejny słoneczny dzień i przerwę między zajęciami, by pograć trochę na powietrzu. Nie była świadoma tego, jak długo wpatrywała się w biegającego chłopaka, ale kiedy zupełnym przypadkiem pochwycił jej spojrzenie, momentalnie opuściła wzrok. W myślach policzyła do dziesięciu i z nutką niepewności ponownie popatrzyła przed siebie. Ku jej niezadowoleniu Hemmings nadal się jej przyglądał, a kiedy ich spojrzenia spotkały się, zarys dołeczka pojawił się w jego policzku.
- Dlaczego się uśmiechasz? - zapytał tajemniczo Cal, siląc się na powagę, ale zbyt długo nie wytrzymał. Ariel wywróciła oczami, sięgając ponownie po pędzel. Zamoczyła go w farbie, dopisując ostatnią literę na plakacie. Postanowiła ignorować dziwne zachowanie przyjaciela, skupiając się na wcześniejszej pracy.
- Nie uśmiecham się! - zaoponowała z oburzeniem, nie przypuszczając, że to tylko pogorszy sytuację. Calum już nawet nie udawał, że postanowił sobie z niej bezczelnie zakpić. Wzięła głęboki wdech i z dumnie uniesioną głową przeniosła się na ławkę obok, zabierając ze sobą wszystkie przybory. Nie minęła chwila, a chłopak znalazł się tuż przed nią z tym promiennym, lekko ją przerażającym uśmiechem. Kręcił głową, przyglądając się jej natarczywie.
- Niesamowite – westchnął z niedowierzaniem.
- Nie wiem, czego ode mnie chcesz, ale możesz już sobie odejść, mam sporo do zrobienia – oznajmiła, próbując gestem ręki zmusić go do ustąpienia miejsca. Chłopak jednak nigdzie się nie wybierał.
- Niesamowite – powtórzył, a Ariel zacisnęła tylko mocniej zęby i kolejny raz zmieniał stolik.
- Mam przyjaciela kretyna, moja autobiografia – wyznała bezradnym tonem, gdy Hood znowu pojawił się tuż obok.
- Sypiam z największym wrogiem, twoja autobiografia – poprawił ją, a dziewczyna poczuła jak w jednej chwili zrobiło jej się gorąco.
- Co? - spytała przerażona, nerwowo przełykając ślinę.
- Niesamowite.
- Jeszcze raz to usłyszę, a własna matka cię nie pozna – zagroziła mu, machając pędzlem przed nosem. Calum zarechotał głośno, co sprawiło, że bez zastanowienia maznęła go farbą po ręce. Nie zamierzał pozostawać jej dłużny, dlatego natychmiast odwdzięczył jej się dokładnie tym samym, zostawiając na jej policzku dość spory ślad po plakatówce. Ariel spojrzała na niego z mordem w roziskrzonych złością oczach, ścierając z twarzy kolorową maź. Rzuciła pod jego adresem kilka nieprzyjemnych gróźb, ale on ani przez chwilę nie traktował jej słów poważnie.
- Gdyby nie fakt, że jesteś dla mnie prawie jak siostra, to w tym momencie śmiertelnie bym się na ciebie obraził i nie odezwałbym się do ciebie do końca mojego życia – oznajmił doniośle, ale ten drażniący uśmieszek wciąż błąkał się po jego twarzy. Dziewczyna zmrużyła lekko oczy, przyglądając mu się z niezrozumieniem.
- Co ty pieprzysz?
- O! - wrzasnął radośnie, unosząc palec. - I właśnie chodzi o to, że to nie ja pieprzę, tylko ty – dodał trochę ciszej, nachylając się w jej stronę. Szybko jednak jego poważny ton przeistoczył się w histeryczny śmiech.
- Źle z tobą, Hood – podsumowała, odwracając się od niego. Nerwowo przygryzała wciąż wargę, nie wiedząc, do czego tak naprawdę zmierzał. Gdy tylko poczuła, że nachylił się nad jej ramieniem, niespokojnie drgnęła.
- Byłem dziś z rana u ciebie i nie zgadniesz co się wydarzyło – szepnął jej na ucho, sprawiając, że gwałtownie wstrzymała oddech, otwierając z przerażeniem oczy. - Tak, zachodzę do twojego pokoju, myśląc, że razem pojedziemy do szkoły, a tam co widzę? Dwa gołąbki wtulone w siebie.
- To nie tak … - chciała się jakoś wytłumaczyć, ale widząc jego rozbawione spojrzenie, zamilkła.
- Gdybym was nie widział na moje własne, piękne oczy, to nigdy bym w to nie uwierzył!
- Calum – jęknęła, próbując znaleźć jakieś odpowiednie słowa, ale zdała sobie sprawę, że jeśli zaczęłaby się usprawiedliwiać, to tylko pogorszyłaby wszystko. Ciężko odetchnęła, posyłając mu smutne spojrzenie. Calum wydawał się jednak być wyjątkowo radosny, zważywszy na fakt, że przez cały ten czas go okłamywała. Czerpał jakiegoś rodzaju satysfakcję z tego, że ich nakrył, a to wzbudziło w niej spore wątpliwości. Jednak nie mogła zbyt długo się nad tym zastanawiać, bo chłopak skinął głową, wskazując jej nadchodzącego z naprzeciwka blondyna.
- Cześć – mruknął niepewnie Luke, zatrzymując się obok jej ławki. Pędzel wypadł jej z ręki, gdy nerwowo zadrżała. Popatrzyła na niego zaskoczona, po czym rozejrzała się na boki, mając wrażenie, że ktoś ponownie sobie z niej żartował. Nawet nie zauważyła, kiedy Calum się ulotnił, zostawiając ją zupełnie samą. Plan jego bezlitosnego morderstwa pojawił się już w jej głowie.
- Cześć – wymamrotała, wbijając wzrok w zarysowany arkusz tektury. Udawała, że cały czas miała jeszcze sporo do wykończenia, choć tak naprawdę wszystko było już zrobione. Bała się jednak popatrzeć w kierunku blondyna, który nadal stał obok, poprawiając pasek swojej treningowej torby. To dziwne napięcia, które między nimi nagle zaistniało, paraliżował każdy jej ruch.
- Coś tu … - zaczął nerwowo, nie do końca wiedząc jakich słów użyć. Zamiast tego sięgnął dłonią do jej policzka, bardzo delikatnie dotykając go w miejscu, w którym jeszcze moment temu widniała plama po farbie. Spazmatyczny dreszcz wstrząsnął jej ciałem. Niespokojnie rozejrzała się na boki, jakby się przestraszyła tego, że ktoś mógłby ich zobaczyć. Wszyscy jednak zdawali się być zajęci własnymi sprawami i nikt nie zauważył tego, co właśnie między nimi się wydarzyło. Cofnęła się na krok.
- Ummm – zaczęła, nerwowo zbierając wszystkie swoje rzeczy ze stolika. - Muszę iść, ummm, mam sporo pracy jeszcze, umm, muszę iść – plątała się, unikając jego wzroku. W popłochu pogubiła kilka pędzli, nieporadnie starając się pozbierać je z ziemi. Przykucnęła w tej samej chwili, kiedy Luke schylał się, aby jej pomóc. Niezamierzenie ich oczy znalazły się na jednym poziomie. Chwilę wpatrywali się w siebie w kompletniej ciszy, bo żadne z nich nie wiedziało, jak się zachować.
- Skoro jesteś teraz zajęta, to może po szkole … - Luke chciał coś jeszcze powiedzieć, ale przerwała mu.
- Nie, znaczy nie wiem, po szkole muszę wstąpić do klubu, mam tam parę spraw do załatwienia – wyjaśniła trochę zbyt szybko, prostując się. Luke stanął obok, oddając jej pędzle.
- To może po prostu daj mi później znać, jak już nie będziesz taka zajęta – zaproponował, a ona skinęła nerwowo głową, odwracając się od niego. Zacisnęła dłoń na kuli i pospiesznie weszła do szkoły, nie mogąc zapanować nad szaleńczym biciem serca.
Nie przypuszczała, że to wszystko miało być takie trudne.

#

Dźwięk odbijanej piłki roznosił się po opustoszałej okolicy, gdy bez wytchnienia trenował już kolejną godzinę. Każdy rzut przelatywał przez obręcz, a zawieszone wkoło metalowe łańcuchy brzęczały dźwięcznie. Wciąż kozłując piłkę, zatrzymał się przed białą linią i spojrzał z uwagą na wysłużoną już tablicę. Krople potu spływały mu po skroniach, gdy z trudem radził sobie z szaleńczym oddechem. Musiał się jednak skupić. Uniósł obie ręce, wycelował i rzucił. W tej samej chwili oślepiły go światła nadjeżdżającego samochodu. Piłka odbiła się i przeleciała tuż obok kosza.
- Ja pierdolę – zaklął pod nosem, ocierając kawałkiem treningowej koszulki spocone czoło.
- Pan kapitan coś nie w formie – wrzasnął z rozbawieniem Ashton, wyłaniając się z pojazdu, z którego dochodziła głośna muzyka przez niezamknięte okna. Luke zmierzył przyjaciela karcącym wzrokiem i schylił się po piłkę, która właśnie doturlała się pod jego nogi. Bez ostrzeżenia rzucił nią z całej siły w kierunku chłopaka, ale ten był na tyle szybki, że w odpowiedniej chwili zrobił unik, ratując się tym samym przed bolesnym ciosem. Irwin zawył śmiechem. - Zdecydowanie musisz poprawić swoją celność, mój drogi.
- Spierdalaj – warknął na niego, zdejmując z głowy czapkę. Poprawił wilgotne włosy, zaczesując je całkowicie do tyłu.
- Oj, coś taki spięty? - zapytał z uśmiechem Michael, poklepując go po ramieniu. Luke posłał mu tylko wściekłe spojrzenie, nie zamierzając odpowiadać na jego głupie zaczepki. - Chyba dawno nie poruch ...
- Zamknij się! - wszedł mu w słowo, sprawiając że Clifford zaśmiał się głośno, zdejmując z siebie bluzę.
- Znam taką jedną, niezłą w te klocki, może rozładuje to twoje nerwowe napięcie – zażartował, w porę unikając ciosu blondyna. Przebiegł na drugą stronę boiska, nabijając się wciąż z niego.
- Kretyni – burknął zażenowany zachowaniem kolegów. Podniósł z ziemi piłkę, podając ją do Mike'a. - Zaczynajmy, bo już i tak dużo czasu straciliśmy przez wasze spóźnienie.
- To nie nasza wina – Ashton zaczął się usprawiedliwiać, przewiązując włosy bandaną. - Był jakiś wypadek i musieliśmy jechać objazdem.
- No właśnie – przyłączył się do niego Clifford. - Będziemy chyba musieli zmienić miejscówę, bo nasz mały klubik posypał się jak domek z kart.
- Co? - Luke zastygł w bezruchu, spoglądając na przyjaciół z przerażeniem. Zrobiło mu się gorąco.
- Ile mamy klubów w Blue County? - spytał z ironią Irwin. - No ten w starej fabryce – wyjaśnił beznamiętnie, poprawiając sznurówki butów, ale blondyn już nie słuchał. Wypuścił z rąk piłkę, która kilka razy z głuchym łoskotem odbiła się od ziemi i nie zastanawiając się już nad niczym, bez słowa sięgnął po leżącą przy linii torbę. Podbiegł do samochodu i z piskiem opon ruszył z miejsca.
Całą drogę w myślach powtarzał tylko jedno imię. Ariel.

#

Nocny mrok rozświetlały migające światła wozów strażackich, policji i karetek. Wycie syren dało się słyszeć z daleka, a gwar szeptów zdawał się coraz bardziej przybierać na sile. Zatrzymał się nieopodal parkingu i nie zaprzątając sobie głowy zamykaniem samochodu, wyskoczył z niego, biegiem kierując się w stronę sporego zbiorowiska gapiów. Nerwowo przeszukiwał tłum, próbując dostrzec w nim Ariel. Jednak im dłużej przyglądał się obcym twarzom, tym bardziej zdenerwowany się stawał.
Przystanął i ciężko oddychając, rozejrzał się dookoła. Dziewczyny nigdzie nie było. Potarł twarz dłońmi, nie wiedząc co więcej mógł zrobić. Wtedy też jego uwagę przykuła stojąca przy jednym z ratowników niewysoka postać, otulona ciemnym kocem z kubkiem w dłoni. Zamknął oczy i odetchnął z ulgą.
- Ariel – wyszeptał do siebie i przeciskając się między rzucającymi mu zawistne spojrzenia ludźmi, ruszył w stronę blondynki. Był już w połowie drogi, kiedy odwróciła się w jego kierunku. Była wyraźnie zaskoczona jego obecnością. Gdy tylko stanął naprzeciw niej, zadarła wysoko głowę, wciąż z zapartym tchem spoglądając na niego.
- Co ty tu robisz? - zapytała zdumiona, ale on się nie odezwał. Nadal wpatrywał się w nią uparcie, jakby już nigdy miał jej nie zobaczyć. Kompletnie niespodziewanie chwycił ją w ramiona i z całej siły przytulił. Wyczuł jak drżała z zimna, dlatego jeszcze mocniej zacieśnił ręce wokół jej osłabionego ciała. Była jednak zbyt zszokowana tym wszystkim, stojąc nadal w bezruchu, gdy jego dłonie delikatnie przesuwały się po plecach. W końcu lekko rozluźnił objęcie i spojrzał na nią z troską. Opuszką palca przesunął po zaczerwienionym policzku. Zamrugała kilkakrotnie, a kącik jego ust mimowolnie uniósł się.
- Irwin powiedział, że był jakiś wypadek, że coś się zawaliło, że straż i policja i że nie wiadomo czy był ktoś w środku, a ty przecież mówiłaś, że idziesz do tego klubu i … - mówił tak szybko, że z trudem go rozumiała. Dopiero kiedy zamilkł, bo sam nie był już pewny, co zamierzał powiedzieć, zerknęła na niego z cieniem uśmiechu na ustach. Zrobiła krok w jego stronę i wspinając się na palcach, wtuliła się w jego otwarte ramiona. Zacisnęła palce na bluzie, przyciskając policzek do jego piersi. Nie był przygotowany na taką reakcję z jej strony, dlatego dopiero chwilę później odwzajemnił czuły gest. Gdy przesunął dłonią po splątanych włosach, poczuł jak mocniej zadrżała.
- Dziękuję – szepnęła, ale nie była pewna, czy ją usłyszał.
- Nic ci się nie stało? - spytał cicho, kolejny raz gładząc troskliwie jej plecy. Spojrzała na niego zmęczonymi oczami, kręcąc głową.
- Zdążyłam wyjść zanim to wszystko runęło – wyjaśniła słabym głosem, ulegając z każdą kolejną chwilą jego kojącemu dotykowi.
- Kiedy tylko Ashton mi powiedział, miałem najgorsze myśli – wyznał, sunąc kciukiem po jej policzku. W tej samej chwili opuściła głowę i zrobiła krok w tył, wysuwając się z jego objęcia. Zaskoczony podążył za nią wzrokiem, gdy bez słowa zaczęła oddalać się od niego. Ruszył za nią pospiesznie. Chwycił ja za rękę i przyciągnął do siebie.
- Nie – jęknęła cicho, próbując mu się wyrwać, ale był zbyt silny.
- Co znowu źle zrobiłem? O co tym razem chodzi? - zapytał z wyrzutem, posyłając jej pełne niezrozumienia spojrzenie. Był tym wszystkim już zmęczony. Gdy nie zdecydowała się, aby na niego spojrzeć, delikatnie dotknął jej podbródka i zmusił do tego. - Dlaczego wracamy do samego początku?
Westchnęła ciężko, kuląc się pod wpływem jego dotyku i bliskości. Dostrzegł, że mimo wszystko ciągle uciekała wzrokiem od niego.
- Nie rozumiesz …
- Nie zaczynaj, Keller, błagam cię – warknął ze złością, chwytając w dłonie jej twarz. - Dlaczego? Powiedz mi, co robię źle.
- To nie ty – wyznała z zawstydzeniem. - To ja. To ja nie potrafię.
- Czego nie potrafisz? - Luke zdawał się być coraz bardziej wytrącony z równowagi, nie mogąc znieść tych ciągłych niedomówień. Ścisnął mocniej jej ramiona, gdy wciąż z opuszczoną głową milczała.
- Tego wszystkiego – uniosła nagle głos, wymachując rękami. - Nikt nigdy się o mnie nie martwił, nikomu na mnie nie zależało, nie wiem jak to jest, co się robi, co się mówi, to wszystko mnie przeraża, jest takie obce – mówiła nieskładnie, chaotycznie, ciągle robiąc przerwy na nabranie powietrza.
- Też tego nie wiem – przyznał szczerze, spoglądając na nią. Zdawała się uspokajać, gdy złapał jej dłoń, sunąc opuszkami po chłodnej skórze. Lekko przymknęła powieki, rozkoszując się chwilą ukojenia.
- To nie ma sensu – kontynuowała, ale już zdecydowanie spokojniej. - Nie chcę tego, wcześniej wszystko było łatwiejsze. Było mi dobrze, ze wszystkim się pogodziłam, wszystko poukładałam, a teraz? Dlaczego się śmiejesz? - spytała nagle z oburzeniem, gdy parsknął śmiechem.
- Bo jesteś taka głupiutka jeszcze.
- No i świetnie.
- Świetnie, świetnie – odparł i przygarnął ją do siebie. Tym razem jednak nie zamierzała protestować, nie zamierzała uciekać. Pozwoliła, by wreszcie ktoś się nią zaopiekował i na tę krótką chwilę oddała się całkowicie w jego ręce.
- Zabierzesz mnie stąd? - spytała cichutko, wciąż kurczowo przytrzymując się jego ramion. Luke znowu pogładził ją z czułością po włosach, składając jeden krótki pocałunek na czubku głowy.
- Zawiozę cię do domu – przytaknął, a ona raptownie na niego spojrzała.
- Nie, nie chcę do domu – jęknęła błagalnie, a jasne oczy niespokojnie wyczekiwały jego reakcji. Uśmiechnął się delikatnie i skinął lekko głową, odgarniając jasny kosmyk włosów za ucho. Otulił palcami jej zimną dłoń i pomógł dojść do zaparkowanego po drugiej stronie ulicy samochodu.
W kompletnej ciszy, bez żadnych zbędnych słów jeździli przez całą noc po mieście, co jakiś czas wymieniając tylko nieme spojrzenia. Luke ani przez moment nie wypuścił z objęcia jej dłoni, splatając ciasno ich palce. I dopiero kiedy zaczynało świtać, zorientował się, że Ariel w końcu udało się zasnąć. Zaparkował przed domem dziewczyny i starając się jej nie zbudzić, wziął ją ostrożnie na ręce. Gdy zacisnęła ramię wokół jego szyi, mamrocząc coś przez sen, uśmiechnął się tylko, wnosząc ją po cichu do środka.




#trzydzieścidwa. nienawidzę zasypiać przy tobie.


Ciche, ale wyjątkowo sugestywne chrząkniecie rozległo się za jej plecami. Przerażona drgnęła, a gorąca herbata lekko zakołysała się w trzymanym w dłoni kubku. Bardzo powoli odwróciła się i dostrzegła w wejściowych drzwiach kompletnie przemoczonego chłopaka. Woda skapywała mu z narzuconego na głowę kaptura, ociekając po przyklejonych do czoła kosmykach włosów. Nerwowo przełknęła ślinę, gdy tylko dostrzegła jego wściekłe spojrzenie i ciągle drgające mięśnie twarzy. Zaciskał odruchowo pięści, wpatrując się w nią nieustannie.
- Co ty tu robisz? - zapytała niepewnie.
- Sądziłaś, że jak zostawisz mnie na tym zadupiu, to nigdy już więcej nie będziesz musiała mnie oglądać, prawda? Wybacz w takim razie, że cię rozczarowałem – odpowiedział z ironią.
- To nie tak … - zaczęła się tłumaczyć, ale dość raptownie jej przerwał.
- Pół dnia tłukłem się jakimiś śmierdzącymi autobusami, żeby wrócić do domu, bo tobie znowu coś odbiło i postanowiłaś sobie zniknąć – uniósł się, a ona zmrużyła lekko oczy. - Masz coś z głową i powinnaś się leczyć!
- Ale …
- Nigdy w życiu nie spotkałem tak popieprzonej osoby jak ty! - podniósł zdenerwowany głos, wymachując w górę rękami. Ariel zrobiła krok w tył. - Boże! Co ja sobie myślałem?! - zaśmiał się z grymasem, kręcąc głową. - Zrobiłem z siebie totalnego idiotę, skończonego kretyna, bo sądziłem … - zatrzymał się, co sprawiło, że dziewczyna na nowo na niego spojrzała. Milczeli przez niedługą chwilę, wymieniając jedynie rozbiegane spojrzenia.
- Trzeba było dać sobie spokój wcześniej – odparła cicho, wzbudzając w nim jeszcze większą złość. Zaklął głośno, podchodząc do niej. Potrząsnął nią lekko, a kilka zimnych kropel deszczu zatrzymało się na jej twarz. Odruchowo przymknęła oczy, odwracając głowę w bok.
- Jesteś niemożliwa! Podziwiam każdego, kto jest w stanie wytrzymać z tobą trochę dłużej, nie dziw się, że wszyscy odchodzą - wrzasnął, a w jego głosie dało się słyszeć nutkę rozczarowania i smutku. - Ale tak, masz rację. Powinienem dać sobie spokój dawno temu, bo nie warto poświęcać czasu komuś, kto na to nie zasługuje. Nie ma sensu walczyć o kogoś, kto ma cię w dupie – podsumował, wypuszczając ją powoli z uścisku.
- Masz rację – potwierdziła, ale tym razem ze zdecydowanie mniejszą pewnością. Opuściła powoli głowę, odkładając kubek na szafkę obok. - Myślę także, że powinieneś już iść – dodała, opierając dłonie na drewnianym blacie. Wzięła kilka głębszych wdechów, próbując odzyskać kontrolę nad własnym organizmem.
- Co się stało? - spytał zaniepokojony, zapominając o wcześniejszej awanturze, gdy dłuższy moment nie poruszyła się, ciężko sapiąc. Ona zacisnęła jednak z całej siły powieki i wyprostowała się.
- Ty się stałeś – wyznała w końcu ze niespotykaną dotąd złością, zwracając się w jego stronę. Przez chwilę nie była pewna, czy rzeczywiście wypowiedziała te słowa, ale kiedy Luke otworzył szerzej oczy, wszystko było jasne. Zamrugał natarczywie, nie spuszczając z niej zaskoczonego wzroku. Nie było już żadnej ucieczki. Zrobiło jej się duszno, gdy z trudem panowała nad szaleńczym oddechem i biciem serca, które echem odbijało się w jej głowie, powodując niesamowity ból.
- O czym ty mówisz?
- Nic nie rozumiesz – jęknęła zrezygnowana, odwracając się, by nie mógł zobaczyć cisnących się do oczu łez. Nie była na to gotowa i dopiero wtedy zrozumiała, że konsekwencje jej nieprzemyślanego wyznania mogły być nieodwracalne. Zupełnie niespodziewanie szarpnął ją za ramię, zmuszając by ponownie na niego spojrzała. Pachniał deszczem, a jego oczy błyszczały w świetle migającej co jakiś czas lampki.
- O nie, nie! - zaoponował momentalnie, przygarniając ją do siebie. Przestrzeń między nimi przestała istnieć. - Nie możesz się tak zachowywać, rozumiesz? Musisz zacząć mi mówić o tym co czujesz, musisz! - wychrypiał błagalnie, gdy ona próbowała zachować kontrolę. Było w wyrazie jego twarzy coś dziwnego, co utrudniało wszystko.
- Nie mam siły – westchnęła z trudem, gdy jego dłonie zaciskały się na jej ramionach.
- Otrząśnij się w końcu! - rzucił rozkazującym tonem. - Wiem, że …
- Nic nie wiesz! - odkrzyknęła niespodziewanie, a niewielka łza potoczyła się po rozgrzanym policzku. Wyrwała się, odsuwając się od niego. - Nie masz o niczym bladego pojęcia! Miałam wszystko poukładane, z wszystkim się pogodziłam i po prosto czekałam na koniec, ale … - zatrzymała się, aby nabrać powietrza. - Oh, nie wiem jak bardzo los lubi sobie ze mnie kpić, ale kiedy myślałam, że już teraz wszystko pójdzie z górki, to pojawiłeś się ty i to wszystko runęło – kontynuowała roztrzęsiona, zamglonymi oczami spoglądając cały czas na niego. Przez chwilę miała wrażenie, że uśmiechnął się, a to ostatecznie wyprowadziło ją z równowagi. Podeszła do niego i zaczęła okładać go pięściami, a on bez słowa pozwolił jej na to. Kiedy tylko zaczęła się uspokajać, pochwycił ją w swoje szerokie ramiona i przygarnął do siebie, szczelnie zamykając w silnym objęciu. - Nienawidzę cię, tak bardzo, tak z całych sił, nienawidzę ... – wyszlochała, ale każde kolejne słowo zdawało się być wypowiadane z coraz mniejszą pewnością.
Nie byli świadomi tego, jak długo stali pośrodku korytarza, wtuleni zachłannie w siebie, nasłuchując cały czas jak potężne krople deszczu uderzały o szybę. Rozszalałe oddechy zdawały się cichnąć, gdy w takt niesłyszalnej muzyki kołysali się delikatnie. Gdy przesunął dłonią po jej plecach, kreśląc na nich szerokie okręgi, zadrżała lekko.
- Też cię czasami nienawidzę – wyznał cicho, wciąż coraz mocniej zacieśniając wokół niej ramiona. - Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo.
- Nienawidzę tego, co mi zrobiłeś. Nienawidzę, że wszystko skomplikowałeś. Nienawidzę tego tak bardzo, że to aż boli, że nie mogę oddychać. Wszystko zepsułeś.
- Jeśli cię to pocieszy, wcale nie planowałem niszczyć ci życia. Nie planowałem w ogóle się w nim pojawiać. Prawdę mówiąc, to ty wpakowałaś się w moje życie i przewróciłaś je do góry nogami. Najwyraźniej zostaliśmy stworzeni, aby zniszczyć się nawzajem.
- Ale ja tego nie chcę, ten cały bałagan jest mi teraz kompletnie niepotrzebny – stwierdziła, co chwilę pochlipując. - Myślałam, że mam wszystko pod kontrolą. To nie ma sensu.
- Jak całe nasze życie.
- Nie potrafię …
Poczuła silne, bolesne ukłucie w klatce piersiowej. Na moment obraz przed oczami pociemniał, a ona z trudem utrzymywała się na nogach. Gdy kolana ugięły się i była już przygotowana na upadek, poczuła jak Luke w ostatniej chwili pochwycił ją. Znalazł się niespodziewanie tak blisko niej, że od ciepła jego rozgrzanej skóry zakręciło jej się w głowie. Nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na niego, gdy gorączkowo walczył o to, aby nie pozwolić jej upaść. Wydawało jej się, że wypowiadał jakieś słowa, ale docierały do niej jedynie niewyraźne strzępki, których zupełnie nie rozumiała. Ból przejął nad nią władanie. Osunęła się na ziemię, czując jedynie to przenikliwe ciepło jego ciała.

#

Deszcz bębnił o metalowy parapet, roznosząc po zaciemnionym pokoju stłumiony stukot. Porywisty wiatr szumiał złowrogo, wpadając do środka przez nieszczelne okna, a gałęzie drzew uderzały co chwile o szybę, nadając temu małemu spektaklowi dźwięków jeszcze straszniejszą aurę. Ariel z ogromnym trudem zdołała unieść powieki, ale momentalnie tego pożałowała. Tępy ból rozlał się po całym ciele. Jęknęła z grymasem cierpienia na twarzy, przekręcając się na drugi bok. Z niemałym zaskoczeniem zorientowała się, że leżała w swoim łóżku. Ponownie podjęła próbę otwarcia oczu, dostrzegając jedynie zarysy przedmiotów, które ją otaczały. Coś na fotelu poruszyło się. Wątłe światełko nocnej lampki zamigotało dźwięcznie, a drewniana podłoga cicho zaskrzypiała. Fragment łóżka lekko ugiął się, gdy ktoś przysiadł się obok.
- Myślałem już, że nigdy się nie obudzisz – przyznał z nutką rozbawienia Luke, przyglądając się jej z czułością. Bardzo powoli obraz zaczął się krystalizować, więc dostrzegła ten krótki cień dołeczka w prawym policzku, gdy próbował ukryć uśmiech.
- Pewnie by cię to ucieszyło – odburknęła, podciągając wyżej koc. Zimny dreszcz przebiegł przez jej ciało, gdy kolejny raz świst wiatru rozproszył nocną ciszę.
- Niezmiernie – zironizował, podnosząc się. Z wsuniętymi do kieszeni dłońmi i lekko rozchylonymi na boki stopami, spojrzał jeszcze raz na nią. - Widzę, że forma wróciła, więc jeśli niczego już nie potrzebujesz, to będę sobie szedł – dodał na pożegnanie, a ona zadarła głowę, by na niego popatrzeć. Nie wiedziała, co powinna mu w tamtej chwili powiedzieć, dlatego wydawało jej się, że najlepszym rozwiązaniem będzie cisza.
Luke skinął głową z wymuszonym uśmiechem i ruszył w stronę wyjścia. To był jednak ułamek sekundy, chwilowa słabość, gdy wyciągnęła przed siebie rękę, chwytając jego dłoń. Opuszkami palców przesunęła po ciepłej skórze, zmuszając go do zatrzymania się. Zaskoczony obejrzał się za siebie, spoglądając na dziewczynę. Kiedy odwzajemnił dotyk, zadrżała.
- Czy, czy … - zaczęła się plątać, nie potrafiąc ubrać w słowa, to co chciała mu przekazać.
- Czy co? - ponaglił ją, wyczekująco zerkając na zagubioną dziewczynę.
- Nie, nic – odpowiedziała zawstydzona, wypuszczając z objęcia rękę.
- OK – przytaknął rozczarowany, po czym ponownie podążył w kierunku drzwi. Ariel przez chwilę toczyła niesamowitą walkę z samą sobą między tym, co podpowiadał jej rozum, a czego pragnęło serce. Nigdy wcześniej nie czuła się tak rozdarta i niepewna. Klamka zazgrzytała, a jedna z gałęzi kolejny raz uderzyła w okno. Blondynka pisnęła lękliwie.
- Luke! - zawołała za nim, podnosząc się na łóżku. Chłopak przystanął i opierając się o framugę znowu na nią popatrzył. Serce biło jej tak mocno, że nie potrafiła swobodnie oddychać. Ściskała w dłoniach róg koca, gniotąc go nerwowo. - Nie idź, zostań – wyszeptała tak cicho i niewyraźnie, że nie była pewna, czy ją zrozumiał.
- Dlaczego miałbym to robić? Ty nie zostałaś.
Zmieszana, podniosła głowę, nie mogąc odczytać z wyrazy jego twarzy zupełnie niczego. Gdy sięgnął dłonią do klamki, była przekonana, że bez słowa po prostu ją tam zostawi i będzie miał do tego pełne prawo. Miał rację, kiedy mówił, że nie zasługiwała na to, aby ktokolwiek tracił na nią czas. On jednak zamiast wyjść, zatrzasnął drzwi i zrzucając z siebie bluzę, wrócił do niej. Nie odzywając się, wsunął się na łóżku pod jej koc. Uniósł rękę i z troską otulił ją ramieniem, pozwalając by wtuliła się w niego. Bez wahania przylgnęła do niego, wsłuchując się w miarowe kołatanie jego serca. Przesuwał z niezwykłą maestrią opuszkami palców po jej ręce, poprawiając opadający co chwilę koc. Nucił nieznaną melodię, zgarniając delikatnie z twarzy splątane kosmyki jej włosów. Kojący dotyk sprawił, że prawie momentalnie przymknęła zmęczone powieki, odrywając się od rzeczywistości.
- Mogłabyś to powtórzyć? - poprosił nagle, sprowadzając ją ponownie na ziemię. Podsunęła się wyżej i z nieodgadnionym wyrazem twarzy zerknęła na niego. Nie miała pojęcia, o co mu chodziło. - Moje imię. Powtórz jeszcze raz moje imię.
- Kretyn – mruknęła, wywracając oczami, co skwitował jedynie cichym parsknięciem.
- To i tak więcej, niż oczekiwałem – ocenił z przekąsem.
- Świetnie.
- Świetnie – powtórzył, ale ona już go nie słuchała. Zasnęła.