#trzydzieścijeden. nienawidzę długich powrotów do domu.


Mrok ogarnął już całe miasto, a jaskrawy blask ulicznych latarni rozjaśniał zaciemnione alejki. Wraz z zachodem słońca temperatura powietrze momentalnie się obniżyła, a towarzyszący temu delikatny wiatr stał się wyjątkowo nieprzyjemny. Ariel narzuciła na siebie trochę za dużą bluzę brata i wyniosła na podjazd ostatni pakunek, zatrzaskując za sobą drzwi domu. 
Dłuższą chwilę siłowała się z wypełnionym po brzegi plecakiem, starając się wrzucić go na tył swojego pickupa. Mimo usilnych prób okazała się być zbyt słaba i zbyt niska, by podołać temu przedsięwzięciu. Lekko zrezygnowana, sapnęła ze złością, ale w tej samej chwili dość nieoczekiwanie zorientowała się, że ktoś zaszedł ją i pomógł uporać z niewygodnym ciężarem. Przez jej ciało przebiegł nagle elektryzujący dreszcz, gdy tylko poczuła, że niespodziewany towarzysz przylgnął na moment do jej pleców. Nie musiała się nawet odwracać, bo intensywny zapach perfum zdradzał tajemniczego wybawiciela. Ogarnął ją pewnego rodzaju lęk, kiedy tylko ciepły oddech musnął skórę jej szyi. Aby zamaskować tę sekundę niezamierzonej słabości, westchnęła ciężko, wysuwając się z objęcia. Zmierzyła go wzrokiem, kiedy schylił się, by wrzucić leżący na chodniku śpiwór. 
- Wybierasz się w jakąś szaloną podróż? - zapytał z rozbawieniem Luke, zamykając przeraźliwie skrzypiącą klapę przyczepy. 
- Nie, poćwiartowałam właśnie moją sąsiadkę i muszę teraz gdzieś zakopać zwłoki - odparła bez namysłu, co spotkało się jedynie z cichym westchnieniem chłopaka, kiedy kręcił głową. Jego wcześniejszy entuzjazm momentalnie ulotnił się. Obserwowała go przez chwilę, gdy wnikliwie się jej przyglądał. 
- Rozumiem - przytaknął w końcu zniechęcony i ominął ją, naciągając na głowę kaptur. Podążyła za nim zaskoczonym wzrokiem, nie przypuszczając, że mógł tak szybko odpuścić. Szedł powoli, lekko skulony, kopiąc co jakiś czas mały kamyk, który turlał się po betonowym chodniku. Walczyła chwilę ze sobą, nerwowo zagryzając usta, ale w pewnym momencie poddała się. Odetchnęła głośno, z niewielkim zawstydzeniem naciągając rękawy bluzy. Przestąpiła z nogi na nogę, wznosząc na moment oczy ku górze. 
- Znalazłam człowieka, którego kiedyś naiwnie nazywałam ojcem i muszę się z nim spotkać - wyjaśniła niepewnie, dostrzegając jak blondyn przystanął na moment. Odwrócił się w jej stronę i z nieodgadnionym wyrazem twarzy spojrzał na nią. Jedna z brwi delikatnie uniosła się. 
- Nigdy o nim nie wspominałaś - zauważył z ciekawością, podchodząc bliżej. Ariel wzruszyła obojętnie ramionami, opuszczając zmieszana głowę. 
- Bo dla mnie ten człowiek nie istnieje. Nawet nie wiem, po co chcę to zrobić, ale czuję, że muszę. 
- Chcesz, żebym jechał z tobą? - spytał, a ona raptownie spojrzała na niego. Patrzył na nią uważnie i nie sprawiał wrażenia, jakby znowu sobie z niej żartował. Był śmiertelnie poważny. 
- Ale to daleko ... - zaczęła się wykręcać, jednak on szybko ją uciszył. 
- Nie o to pytałem, kretynko - zaprzeczył, wykrzywiając lekko usta. Zaskoczył ją tą propozycją, dlatego początkowo kompletnie nie wiedziała, jak powinna się zachować. Spoglądała na niego nerwowo. 
- Ale ... 
- Boże, Keller! To dziecinnie proste pytanie. Tak czy nie? - ponowił propozycję, tym razem zdecydowanie bardziej stanowczym tonem, a ona jakby się czegoś przestraszyła, bo lekko opuściła ramiona, robić niewielki krok w tył. Wyczekująco wpatrywał się w nią, a ona nie była pewna, co zrobić. Rozbieganym wzrokiem obserwowała zmieniająca się mimikę jego twarzy, cały czas oblizując wargi. Miała wrażenie, że nawet oddychanie w tamtej chwili stanowiło dla niej barierę nie do pokonania. Tak naprawdę nie chciała go mieszać w tę sprawę, dlatego czym prędzej powinna zaprzeczyć i wszystkie jej problemy skończyłby się. Ale zamiast tego prawie niezauważenie skinęła głową, a przez usta Luke'a przebiegł krótki uśmiech. A może jej się to tylko zdawało, bo wyjątkowo szybko wskoczyła za kierownicę swojego samochodu, trzaskając drzwiami. Przeraziło ją to, co przed chwilą zrobiła. Mocno chwyciła kierownicę, oddychając ciężko. Nie była w stanie wytłumaczyć nawet przed samą sobą tej decyzji. To był impuls, którego już w tej samej chwili mocno żałowała. Nie mogła jednak nad tym zbyt długo się zastanawiać, bo natłok niepotrzebnych myśli powodował, że zaczynała wariować.
- Mam nadzieję, że w połowie drogi ten zabytek się nie rozsypie - wyznał z powagą Hemmings, który właśnie zajął miejsce pasażera. Ariel rzuciła mu wściekłe spojrzenie, a on głośno się roześmiał, podłączając swój telefon pod radio. 
Muzyka wypełniła denerwującą ciszę, której sami nie potrafili unicestwić.

#

Jechali prawie całą noc. Dziesięć długich, ciągnących się w nieskończoność godzin, w czasie których praktycznie się do siebie nie odzywali. Wymieniali tylko ukradkowe spojrzenia, które zdawały się przekazywać wszystko, co mieli zamiar powiedzieć. Około północy Luke postanowił zmienić Ariel, kiedy dostrzegł, jak z trudem utrzymywała otwarte oczy. Początkowo protestowała, ale był na tyle przekonujący, że po minutach bezsensownej walki, zgodziła się, by usiadł za kierownicą.
Zaczynało świtać, gdy podjechali pod ogromny dom z soczyście zielonym trawnikiem i dwoma samochodami na podjeździe. Ariel dla pewności porównała jeszcze raz adres z kartki, upewniając się, że trafili w odpowiednie miejsce. Wszystko się zgadzało.
- Dlaczego chciałaś tu właśnie teraz przyjechać? Jaka jest wasza historia? – zagadnął niespodziewanie chłopak, sięgając po kubek z gorącą kawą, którą kupili po drodze na jakiejś stacji benzynowej. Popatrzyła na niego z niezrozumieniem. – No twoja i twojego ojca – dodał wyjaśniająco, a ona spojrzała w drugą stronę, gniotąc w dłoniach papierową torebkę z pączkiem.
- Odszedł po wypadku. Zupełnie przepadł, jakby nigdy nie istniał. Zmienił nawet nazwisko. Lily była jego oczkiem w głowie, chyba nie mógł pogodzić się z jej odejściem. Nie potrafił patrzeć na mnie, nie potrafił poradzić sobie z codziennie upijającą się matką. I tak wszystko się posypało – opowiadała, a Luke z pokorą i niedowierzaniem wysłuchiwał tego. Nagle zamilkła i zerknęła na niego zawstydzona. – Nie powinnam ci tego mówić, przecież nic cię to nie obchodzi.
- To zwykły gnój! – warknął, jakby nie mógł pogodzić się z tym, co właśnie usłyszał.
- Nie powinnam tu przyjeżdżać – powiedziała, ignorując jego wcześniejszą uwagę. Nie chciała, żeby teraz patrzył na nią z jeszcze większą litością. Wbiła roztargniony wzrok gdzieś w dal, krzyżując przed sobą ręce. Podciągnęła kolana do góry, opierając na nich brodę. Ogarnęły ją ogromne wątpliwości i wyrzuty sumienia, bo nie była świadoma, jak wiele wspomnień przyniesie ze sobą ta wyprawa. Pomyliła się, a dodatkowo wplątała w to wszystko Luke’a, pozwalając mu zbliżyć się do siebie jeszcze bardziej. Kolejny błąd w jej życiu, którego naprawić się już nie dało. Zamknęła oczy, starając się zapanować nad nieco podenerwowanym oddechem. Serce zaczęło bić trochę zbyt szybko, choć ani przez moment nie dała po sobie poznać, że coś było nie tak, jak powinno. Chwilowa zapaść dość szybko minęła, a ona na nowo mogła swobodnie oddychać.
- I co teraz? – zapytał nagle Luke, skupiając jej rozproszoną do tej pory uwagę. Drgnęła na dźwięk jego głosu, spoglądając lękliwie na niego. Zacisnęła wargi.
- Wracamy – odpowiedziała nieprzytomnie, jakby w tamtej chwili uświadomiła sobie, jak wielki błąd popełniła. Chłopak popatrzył na nią z powątpiewaniem, choć ona wydawała się być całkowicie przekonana o słuszności swoich słów.
- Tchórzysz? Tak jak on kiedyś? – zaczął ją podpuszczać, ale najwyraźniej nie miała zamiaru reagować na głupie docinki z jego strony. W jej oczach jaśniał strach. Dopiero wtedy poczuła przytłaczający ogrom jej lekkomyślnej, szczeniackiej decyzji. Była po prostu głupia i musiała się do tego z godnością przyznać.
- Wracamy! – powtórzyła przez zaciśnięte zęby, gestem ręki dając mu do zrozumienia, żeby ruszył z miejsca. W tej samej chwili drzwi posiadłości otworzyły się i pojawił się w nich wysoki, ubrany w garnitur mężczyzna. W niewielkim nosidełku, które mocno trzymał w dłoni leżało dziecko. Ariel wstrzymała oddech, obserwując to wszystko. Całe jej ciało zaczęło nienaturalnie drżeć, a oczy zaszkliły się. Zrobiło jej się duszno. Chwilę później na zewnątrz pojawiła się kobieta, która uśmiechnęła się szeroko, gdy mężczyzna ucałował ją w policzek, otwierając drzwi od strony pasażera. Wtedy w blondynce coś pękło, a jedna, niewielka łza potoczyła się po policzku. Szybko ją otarła, ale nie udało jej się ukryć tego przed uważnym spojrzeniem Luke’a, który z pewnego rodzaju rezerwą i niepokojem sięgnął po jej dłoń. Mocno zacisnął na wciąż trzęsącej się piąstce palce, czule gładząc nimi zimną skórę. Popatrzyła na niego nieobecnym, zagubionym wzrokiem, nie wiedząc co powinna zrobić.
- To on? – zapytał cicho, a ona zdolna była tylko do nerwowego skinienia głową. Gdy chwilowe oszołomienie minęło, wyrwała rękę z objęcia i wcisnęła się mocno w fotel, wciąż spoglądając w kierunku odjeżdżającego samochodu. Nie mogła uwierzyć, że była tak naiwna.
- Jedźmy do domu – szepnęła, ale nim zdołał odpowiedzieć, ona ponownie się odezwała. – Proszę!
Luke tylko westchnął, przekręcając kluczyk w stacyjce. Silnik zawarczał, a z głośników popłynęła muzyka. Ariel owinęła się bluzą, odwracając głowę w stronę okna.
- Przykro mi – mruknął chłopak i choć wiedziała, że na nią patrzył, nie była w stanie spojrzeć na niego. Siląc się kolejny raz na obojętność, wzruszyła ramionami, przymykając na moment oczy.
- Nieważne – odburknęła i kolejny raz nastała między nimi niewygodna cisza.

#

- Wszystko w porządku? - zapytał z nutką prawdziwej troski w głosie, gdy zatrzymali się na środku obskurnego, motelowego pokoju, gdzieś na obrzeżach miasta, którego nazwy nawet nie pamiętali. Ariel nie chciała się zgodzić na wynajmowanie czegokolwiek, pragnąc jak najprędzej wrócić do domu, ale kiedy zaczęło padać tak mocno, że droga stała się niemal niewidoczna, uległa namowom Luke'a. 
Spojrzała na niego badawczo, po czym parsknęła śmiechem. Było w tym jednak coś nieszczerego i wymuszonego, jakby próbowała za tym prześmiewczym tonem coś ukryć. Rzuciła plecak na ziemię i zdjęła z siebie przemoczoną bluzę.
- Jestem już dużą dziewczynką, poradzę sobie – syknęła ze złością. Chciała, aby dał jej już spokój, ale on najwyraźniej nie zamierzał odpuszczać tak łatwo.
- Wiesz, czasami wolno nam poczuć coś więcej niż nienawiść do całego świata. Nie ma nic złego w byciu smutnym, czy rozczarowanym. To ludzkie i potrzebne – powiedział, a ona ponownie na niego zerknęła, zanosząc się pustym śmiechem. Zsunęła przesiąknięte deszczem trampki, odrzucając je w kąt pokoju.
- Mi to niepotrzebne. Te twoje tak zwane emocje są do dupy. Bez nich jest łatwiej i bezpieczniej. Jaki ma sens przywiązywanie się do rzeczy, które jutro nie będą miały żadnego znaczenia, albo całkowicie przestaną istnieć? Tak, to nie ma sensu, bo prędzej czy później wszystko się kończy, a ty zostajesz z niczym. Wystarczy chwila nieuwagi, puf, i wszystko znika. Zostaje wielka, przeogromna pustka, której nie da się wypełnić, której nie da się niczym zastąpić, a twoje i tak marne życie przekształca się w niewyobrażalny koszmar, w którym każdy kolejny dzień to nieustanna walka o przetrwanie. Ja po prostu sobie oszczędzam tego.  
- Nie wierzę, że jesteś w stanie tak całe życie nic nie czuć – wyznał ostro, ale ona już nie zamierzała na niego patrzeć. Spięła włosy na czubku głowy, podpinając wsuwką grzywkę.
- Oh, ale ja czuję – zaoponowała z teatralnym westchnieniem. – Nienawidzę cię.
Luke pokręcił bezradnie głową, nie mogąc już chyba znieść jej obojętności. Kącik jej ust drgnął nieznacznie, kiedy dostrzegła jego bezsilność. Tym razem to ona triumfowała nad nim i nie zamierzała ukrywać swojej małej satysfakcji. Chciała go ominąć, ale gdy przechodziła obok mocno pochwycił jej nadgarstek i przyciągnął do siebie. Otulił ją ramionami i dotknął dłonią lekko zaczerwienionego policzka. Miał w oczach coś, czego nie potrafiła nazwać. Gdy przeniósł wzrok na jej usta i pochylił się, w ostatniej chwili udało jej się wyrwać z silnego objęcia. Odepchnęła go od siebie, posyłając pełne nienawiści spojrzenie.
- Co ty wyprawiasz?! – wrzasnęła, wymachując nerwowo rękami. Była zmęczona, roztargniona i jedyne czego w tamtej chwili pragnęła, to by choć na chwilę przestać istnieć. Lekko utykając, potrąciła go ramieniem, kierując się w stronę łazienki. Miała wszystkiego dość. W jednej chwili nastąpiła kumulacja wszystkich negatywnych uczuć i nawet ona nie była w stanie sobie z nimi poradzić.
Otwierała już sfatygowane drzwi, które zaskrzypiały złowrogo, marząc o długiej, gorącej kąpieli, gdy nad jej głową pojawiła się ręka Luke’a, a spróchniałe, drewniane skrzydło zatrzasnęło się. Chłopak chwycił ją za ramiona i odwrócił przodem do siebie. Każdy jego ruch był niesamowicie gwałtowny i zachłanny, dlatego nie zdążyła nawet zareagować, gdy nachylił się i złączył ich usta w niepohamowanym, natarczywym pocałunku. Początkowo próbowała zacisnąć wargi, starając się uniknąć kolejnych jego prób zbliżenia się, chciała się wyrwać, odwrócić głowę, ale był zbyt silny, by mogła mu się przeciwstawić. Siła z jaką okładała pięściami jego plecy również okazała się zbyt słaba, by w jakikolwiek sposób go zniechęcić. Zsunął dłoń po jej boku, powodując że krótki dreszcz przebiegł przez jej ciało, gdy zimne palce dotknęły odsłoniętej skóry. Delikatnie uniósł ją w górę, opierając tyłem o drzwi. Nie była pewna, w której chwili poddała się. Może to był kolejny spragniony pocałunek, może kolejny dotyk dłoni, a może zapach skóry, ale całkowicie odpuściła walkę, oddając się w jego władanie. Gdy oplotła nogami jego pas, lekko rozchylając wargi, Luke w tym samym momencie wyprostował się i z szaleńczym oddechem spojrzał jej prosto w oczy. Dostrzegła w nich pewnego rodzaju blask pożądania, którego nigdy wcześniej nie doświadczyła.
- Nadal nic nie czujesz? – wychrypiał, gdy z na wpół otwartymi powiekami patrzyła na niego. Potrząsnęła przecząco głową, wciąż jednak rozkoszując się obezwładniającym dotykiem jego rąk, które troskliwie gładziły jej uda. Roześmiał się, wiedząc, że znowu go oszukiwała, ale chyba postanowił podjąć jej grę. Znowu się delikatnie pochylił sunąc wargami po jej szyi. Poczuł, jak spazmatycznie zadrżała, zaciskając dłonie na jego ramionach.
- Nienawidzę cię – wyjęczała, czując jak się uśmiechnął. Gdy czubkiem nosa przypadkowo przesunął po jej policzku, znowu zawładnął nią ten paraliżujący strach, jakby robiła coś, czego nie powinna. Luke odsunął lekko głowę i pełnym rozkoszy wzrokiem popatrzył ponownie na nią.
- Wiesz co? To świetnie – odparł, mrucząc jej prosto w usta.
- Świe … - zaczęła, ale nie pozwolił jej dokończyć. Skradł kolejny stęskniony pocałunek, sprawiając że oboje zaczęli przenosić się do innej rzeczywistości, w której istnieli wyłącznie oni. I nikt, ani nic innego się nie liczyło.
Wilgotne powietrze zdawało się z każdą kolejną minutą coraz bardziej gęstnieć. Spocone ciała lgnęły zachłannie do siebie, gdy nieprzytomnie zatracali się w chwili przyjemności. Gorące oddechy mieszały się, a bijące w szalonym tempie serca znalazły wspólny rytm, jakby na moment stał się jednością. Dotyk stawał się coraz bardziej chciwy, nienasycony, spragniony czegoś więcej. Każdy ruch, słowo, spojrzenie było tym, czego w tamtej chwili potrzebowali. Wzajemna bliskość na niedługi czas sprawiła, że cały ból i cierpienie odeszły w błogą nicość. Świadomość zupełnie przestała pracować, pozwalając im rozkoszować się tym zbliżeniem bez odwracania się za siebie. Znaleźli ukojenie w przelotnych muśnięciach, przypadkiem wypowiadanych imionach i namiętnych pocałunkach. Budowane tak misternie mury, rozsypały się jak wątły domek z kart przy najprawdziwszym huraganie. Odarci z chroniących ich do tej pory masek obłudy, otworzyli się przed sobą, ukazując każdą, nawet tę najmniejszą słabość. Zasady, które obowiązywały, odeszły w zapomnienie.
Uderzający o szyby deszcz idealnie komponował się z nienawistnie wyrzucanymi wyzwiskami, które zdawały się nabierać nowego, nieznanego dotąd znaczenia. Gdy krótkie nienawidzę stawało się czymś zdecydowanie innym. I wszystko, w co tak usilnie dotąd wierzyli przeistoczyło się w coś całkowicie nieistotnego.
Wszystko tej nocy stawało się jednym wielkim zaprzeczeniem.

#

Poczuł przenikliwy chłód na nieokrytym ciele. Z cichym pomrukiem przeciągnął się na niewygodnym łóżku, czując lekkie kłucie na plecach. Wziął głęboki oddech, rozciągając wszystkie mięśnie. Zaczął ostentacyjnie ziewać, bardzo powoli otwierając wciąż zaspane oczy. Uśmiechnął się do siebie, spoglądając na sufit. Przekręcił się na bok, z niedowierzaniem stwierdzając, że druga połowa łóżka była pusta. I zimna.
- Ariel? – zapytał niepewnie, podnosząc się na przedramieniu. Rozejrzał się po pokoju, ale wszystko wskazywało na to, że był sam. Nie było bluzy, nie było plecaka, nie było dziewczyny. Wszystko zniknęło.
Z wściekłością opadł z powrotem na poduszkę, rzucając kilka niemiłych przekleństw w głuchą przestrzeń. Gdy przesunął dłonią po kołdrze, coś znalazł. Pospiesznie rozwinął zmięty fragment kartki. Widniało na nim kilka koślawo zapisanych słów.
Nie przywiązuj się do niczego, bo jutro i tak wszystko zniknie.


#trzydzieści. nienawidzę, gdy nieświadomie coś się zmienia.


Zacisnęła mocniej dłoń na ramieniu Caluma i pozwoliła mu się poprowadzić w stronę wypełnionej uczniami hali. Nie potrafiła znaleźć racjonalnego wytłumaczenia na to, że zgodziła się przyjść na ten bal maskowy, ale chłopak od dobrego tygodnia męczył ją nieustannie, więc dla świętego spokoju uległa. Szybko jednak pożałowała swojej decyzji, bo gdy tylko przekroczyli próg udekorowanej balonami i serpentynami sali, sporo osób spojrzało w ich stronę. 
- To tylko szkolna zabawa, wyluzuj - szepnął z uśmiechem Calum, poklepując ją przyjaźnie po dłoni. Ariel wykrzywiła usta, bo dla niej nie było to takie proste. 
- Nienawidzę tej bandy kretynów - warknęła, posyłając mu wściekłe spojrzenie. 
- Dziś masz to szczęście, że wszyscy mają pozakrywane twarze - zażartował, co spotkało się z jej cichym westchnieniem bezradności. Wywróciła oczami, a on głośno roześmiał się. - To nasz ostatni rok tutaj, odpuść trochę. Zapomnij o nich, skoncentruj się wyłącznie na dobrej zabawie w towarzystwie twojego najlepszego przyjaciela pod słońcem - dodał, z dumą wypinając pierś, na której mieniła się ogromna, czerwona literka 's'. Zmierzyła go wzrokiem, by chwilę później zaśmiać się z jego bohaterskiej postawy. 
- Ta maska ci zupełnie niepotrzebna i tak każdy widzi, że to ty, kuternogo.
Zgryźliwy, pełen jadu głos rozległ się za ich plecami, gdy mijali grupkę roześmianych, szepczących między sobą dziewczyn. Ariel przystanęła, oglądając się za siebie. Pokazywały ją sobie palcami, ani na moment nie przestając chichotać. 
- O! To w takim razie coś was łączy - zauważył niespodziewanie Calum, a jego pewny ton głosu zaskoczył blondynkę. Zerknęła na niego z przerażeniem, nie mając pojęcia, czego powinna się w tamtej chwili spodziewać. Zrobił krok w przód i odsunął ją za siebie, jakby za wszelką cenę próbował przyjąć na siebie nadchodzący atak. Cała świergocząca wesoło do tej pory grupka ucichła momentalnie. Popatrzyły na niego z nieskrywaną odrazą. - Tego, że jesteś zwykłą dziwką też nie ukryjesz pod żadną, nawet najdroższą diamentową maską - dokończył i obejmując troskliwie dziewczynę ramieniem, oddalił się z nią w kierunku stolika, który był dla nich zarezerwowany. 
- Wow - mruknęła z uznaniem Keller, wpatrując się wciąż w przyjaciela z podziwem. Nie przypuszczała, że kiedykolwiek będzie świadkiem takiego zdarzenia. Ten sam niezdarny chłopak, który potrafił potknąć się o własne nogi, pokazał właśnie wielką siłę, stając w jej obronie. I zrobił to w niezwykle wymowny sposób. On sam natomiast wydawał się być całkowicie niewzruszony, udając jakby nic wielkiego właśnie się nie wydarzyło. 
- Ale co się stało? - zapytał, rozglądając się nieporadnie po sali.
- Zachowałeś się jak prawdziwy Superman - przyznała wyniośle, poklepując go po wypiętej piersi. Zaśmiała się, gdy z nieznacznym skinieniem głowy przyjął jej komplement. 
- Nikt nie będzie bezpodstawnie obrażał mojej damy - wyjaśnił, zniżając nieco ton wypowiedzi.
- Ale ty jesteś głupiutki, Hood - oceniła z rozbawieniem, wywołując na jego twarzy rozpromieniony uśmiech.
- Mam nadzieję, że w takim razie nie odmówisz mi tej przyjemności i zatańczysz ze mną, Czarny Łabędziu? - zaproponował, w wyjątkowo szarmancki sposób kłaniając się przed nią i wysunął dłoń w jej stronę, zarzucając w komiczny sposób peleryną, która powiewała za jego plecami. Ariel parsknęła śmiechem, kiedy ją tak nazwał, ale chwyciła jego rękę. 


Od razu ją zauważył. Kiedy tylko weszła na salę w towarzystwie Caluma, a jego znudzony wzrok wychwycił ją między tłumnie wchodzącymi uczniami, poczuł przenikliwy ucisk w żołądku. Mijał właśnie miesiąc od tego koszmarnego dnia, który wciąż śnił mu się po nocach, a on nawet nie zamienił z nią jednego zdania. Nie pojawiła się w szpitalu, a gdy wrócił do szkoły, skutecznie udawało jej się go unikać, do tego stopnia, że zmieniła sobie wszystkie możliwe zajęcia, które do tej pory mieli razem. Zdecydował jednak nie nalegać i również odpuścił, skupiając się wyłącznie na tym, aby jak najprędzej wrócić do pełni sił i w końcu znowu zacząć trenować. 
Niespecjalnie zdziwił go fakt, że ubrana była na czarno. Ten kolor idealnie współgrał z jej charakterem i podejściem do życia. Zdał sobie nagle sprawę, że dziś idealnie pasowali do siebie, a chwilę później prawie niezauważalny uśmiech pojawił się na jego ustach. 
Kompletnie przestał słuchać stojących obok niego przyjaciół, którzy zażarcie dyskutowali na temat zeszłotygodniowego meczu. Jego uwaga skupiona była wyłącznie na niewysokiej blondynce, która wyraźnie nie czuła się zbyt komfortowo i mimo zakrytej twarzy widział to w jej oczach. Doskonale zdawał sobie sprawę, że gardziła takimi przedsięwzięciami. Jednak ku jego wielkiemu zdziwieniu blondynka razem z Hoodem wyszła na środek parkietu. Cały czas zerkała na bruneta, uśmiechając się do niego. Sprawiała wrażenie szczęśliwej, kiedy znajdowała się w jego towarzystwie, a Luke nie był pewny, co mogło znaczyć to dziwne uczucie, które w tamtej chwili nim zawładnęło. 
Kiedy piosenka dobiegła końca, a Calum przyłączył się chwilę później do grupki prowadzących zaciekłe konwersacje zawodników, Luke wciąż niepewnie wyszukiwał nerwowym wzrokiem blondynki. Zauważył ją przy stole, nieporadnie walczącą z próbą nalania soku pomarańczowego do szklanki. Zostawiając wszystkich, bez zastanowienia przedarł się przez roztańczony tłum, zatrzymując się tuż za cicho przeklinającą złośliwość rzeczy martwych dziewczyną. Zaśmiał się delikatnie, gdy tłumaczyła szklanemu dzbankowi jak bardzo niepraktyczny był. Musiała wyczuć jego obecność, bo prawie momentalnie się odwróciła. Straciła tylko na ułamek sekund wcześniejszą koncentrację i trzymany w dłoni sok rozlał się na biały obrus. Ariel w popłochu zaczęła rozkładać papierowe serwetki, próbując zapanować jakoś nad tym małym chaosem, którego zupełnym przypadkiem stała się sprawcą. Pospieszył jej na ratunek, co spotkało się z cichym westchnieniem bezradności i nerwowo rzucanymi niecenzuralnymi słowami pod jego adresem. Zaśmiał się z rozrzewnieniem, widząc tę malującą się na twarzy złość, drgający z wściekłości nos i zmarszczone czoło. W pewnym momencie, zupełnie niezamierzenie ich dłonie splotły się. Równocześnie zerknęli na siebie, wymieniając pełne napięcia spojrzenia. 
- Zatańczymy? - spytał niespodziewanie, a ona przez moment zdawała się patrzeć na niego z ogromną obojętnością, zupełnie jakby nie miała pojęcia, co miał na myśli zadając jej to pytanie. 
- Nie tańczę - odparła ze znudzeniem i westchnęła, wracając do wycierania rozlanego soku. 
- Ale przed chwilą widziałem cię z tym twoim przyjacielem - zaoponował, unosząc nerwowo ręce. Posłała mu litościwe, jakby trochę prześmiewcze spojrzenie i zdmuchnęła z czoła natarczywie opadającą na oczy grzywkę, zbliżając sie nieco do niego. 
- Och, wybacz to małe niedopowiedzenie. Nie tańczę z tobą - dodała wyjaśniająco, poklepując go delikatnie po ramieniu. Odwróciła się, a czarne piórka przypięte do jej sukienki zawirowały w powietrzu. Dość nieporadnie utykając, udało jej się dotrzeć do wolnego stolika i w wyjątkowo stanowczy sposób zajęła miejsca na wysuniętym krześle. Jeszcze przez moment przyglądał się, jak uderzała palcami o blat, celowo nie odwracając głowy w jego stronę. 

#

W pewnej chwili, gdy migoczące światła na krótki moment zgasły, straciła z oczu Caluma. Z przerażeniem odnotowała fakt, że czyjeś dłonie zsunęły się po jej talii, a ona sama w następnej sekundzie znajdowała się już w silnym objęciu Luke'a. Chciała się wyrwać, ale nie pozwolił jej na to. Przyciągnął ją do siebie, szczelnie zamykając w uścisku ramion. Dość szybko poddała się, nie chcąc robić scen. 
Miał na sobie ciemny, idealnie skrojony garnitur i czarną koszulę, zapiętą na ostatni guzik. Twarz zakryta była najbardziej klasyczną, czarną maską. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że kolorystycznie tej nocy pasowali do siebie perfekcyjnie. 
- A jednak - powiedział jej na ucho, starając się przekrzyczeć głośną muzykę. Zadarła głowę i z niezrozumieniem spojrzała na niego, marszcząc lekko czoło. Chłopak uśmiechnął się szeroko, a w policzkach pojawiły się dołeczki. - No jednak tańczysz ze mną. 
Ariel opuściła ze zrezygnowaniem ramionami, nie mogąc nadziwić się, jak bardzo ograniczony czasem bywał. Triumfował, bo był przekonany o swojej przewadze, a ona była zbyt słaba, by z nim walczyć. 
- Kretyn - burknęła, ale prawdopodobnie nie usłyszał tego, ciągle jednak rzucając jej pełne rozbawienia spojrzenia. W końcu zaczęło ją to delikatnie irytować, więc odwróciła głowę w bok, próbując w bawiącym się tłumie odnaleźć Caluma. Wtedy Luke przesunął dłonią po plecach, zacieśniając jeszcze bardziej uścisk. Gdy tylko pochylił się nad uchem i przypadkiem otarł się nieogolonym policzkiem o nią, przez ciało przebiegł krótki dreszcz. Wyczuła dokładnie zapach jego perfum, a ciepły oddech lekko podrażnił skórę szyi. Odruchowo zacisnęła palce na jego ramieniu. 
- Całkiem nieźle dziś wyglądasz - stwierdził pełnym powagi głosem, odgarniając jasny kosmyk włosów na plecy. - Dzięki tej masce nie widać dokładnie twojej wrednej miny. Widać za to, jak wywracasz oczami, więc panuj czasami nad tym - dodał zgryźliwie, ale ona nie dała się sprowokować. Dzielnie znosiła niemiłe docinki, dostrzegając jak chłopak doskonale się przy tym bawił. Szybko jednak spoważniał, z nieodgadnionym wyrazem twarzy wpatrując się w nią nieprzerwanie. Poczuła się wyjątkowo niekomfortowo, gdy kontrastujące z czernią jasne oczy wciąż natarczywie spoglądały na nią. 
Ostatnimi czasy robiła wszystko, byle tylko uniknąć konfrontacji z nim i do tej koszmarnej chwili to zadanie udawało jej się wykonywać bezbłędnie. Nie przypuszczała jednak, że się tu pojawi. Wciąż nie doszedł do pełni sił po wypadku, dlatego bal maskowy wydawał się być niezwykle bezpieczną opcją. Tym razem jednak intuicja ją zawiodła. 
- Pełno tutaj twoich znajomych, nie boisz się, że ktoś cię ze mną zobaczy? - zapytała, nie szczędząc ironi w jadowitym głosie. Luke krótkim spojrzeniem dał jej do zrozumienia, że ta złośliwa uwaga nie była na miejscu. Chciał coś powiedzieć, ale dość stanowczo mu przerwała, wyrywając się z objęcia. - Wiesz co, nie czuję się najlepiej, to nie był dobry pomysł, aby tu przychodzić - oznajmiła, rozglądając się po sali w poszukiwaniu Caluma. Chłopaka jednak nigdzie nie było. 
- Odwiozę cię - zaproponował niespodziewanie blondyn, a ona gwałtownie na niego spojrzała. Niedługą chwilę uważnie mu się przyglądała, nie potrafiąc rozgryźć tej dziwnej zmiany, która w nim niezaprzeczalnie nastąpiła. Wydawał się być zaniepokojony tym, co przed chwilą usłyszał, jakby ewentualne pogroszenie jej zdrowia miało dla niego jakieś znaczenie. 
- Niech będzie - jęknęła z widoczną dezaprobatą, ujmując jego wysunięte w jej stronę ramię. 
Przeprowadził ją bezpiecznie przez zatłoczoną salę, kierując się na szkolny parking. Pomógł jej wsiąść do samochodu, zatrzaskując drzwi. Nim zdążyła zapiąć pas, siedział już na fotelu kierowcy, co chwilę spoglądając na nią ukradkiem. Kiedy wreszcie i ona odważyła się na niego popatrzeć, momentalnie odwrócił głowę, przekręcając kluczyk w stacyjce. Od razu z głośników zaczęła płynąć głośna muzyka, w takt której Luke zaczął delikatnie się bujać. 
- Nie sądziłam, że słuchasz takiego chłamu - zauważyła ze nutką złośliwości, podnosząc głos, by przebić się przez ogłuszającą melodię. Luke zlustrował ją osądzającym spojrzeniem, jednak nie skomentował jej uwagi. Gdy tylko otworzyła usta, by powiedzieć coś jeszcze, celowo zwiększył głośność, zagłuszając ją całkowicie. Skrzyżowała na piersiach ręce, nie zamierzając już podejmować z nim żadnych dyskusji. Dudniące dźwięki blokowały każde jej słowo, a on wydawał się być niezwykle zadowolony z tego powodu. Sprawiało mu ogromną radość robienie jej na złość. 
Dwie ulice dalej wyciszył radio i gdy zatrzymali się na skrzyżowaniu, westchnął bezradnie, patrząc ponownie na nią.
- Nawet nie przyszłaś do szpitala - stwierdził z pretensją w głosie, która mieszała się z dziwnym smutkiem i rozczarowaniem. Nie była przygotowana na takie wyznanie. 
- A niby po co miałam tam przychodzić? - rzuciła obronnym tonem, marszcząc nos. - Z resztą, ty też nie przyszedłeś zapytać, czy wszystko ze mną w porządku - dodała z wyrzutem, rozkładając ręce. Luke parsknął śmiechem, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Wiesz, byłem trochę nieprzytomny.
- Wiesz, marne wytłumaczenie - zaczęła przedrzeźniająco naśladować jego ton, powodując że zniechęcony dalszym ciągiem tej konwersacji ponownie zrobił głośniej, ruszając wyjątkowo gwałtownie samochodem, gdy światło zmieniło się na zielone. Ariel z impetem uderzyła plecami o oparcie, nie spodziewając się tego zupełnie. Posłała mu jedynie wściekłe spojrzenie, ale on zdawał się w ogóle nie reagować, skupiając całą uwagę na drodze. 
- No i świetne - burknęła obrażona, wbijając wzrok w krajobraz z oknem. 
- Świetnie - odpowiedział, ale muzyka była zbyt głośna, by mogła go usłyszeć.

#

- Dzięki - wymamrotała niewyraźnie, wyskakując z samochodu. Zamknęła za sobą drzwi, nie czekając na odpowiedź. Powoli przeszła przez chodnik, kierując się w stronę domu. Usłyszała, że i on wyszedł z auta, ale nie miała zamiaru się zatrzymywać. 
- Hej, Keller! - zawołał, gdy była już prawie przy samej werandzie. Niespokojnie zerknęła przez ramię na niego. Stał na podjeździe, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie spodni i wykręconymi na boki stopami. Zagryzał wargę, obracając między zębami kolczyk. 
- Co? 
Milczał chwilę, zażarcie wpatrując się w ziemię. Zupełnie jakby się zawstydził, co było raczej do niego niepodobne. W końcu podniósł głowę i głęboko odetchnął. Chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zrezygnował, zamykając usta. 
- Dobranoc - mruknął zmieszany. Wywróciła oczami, kręcąc przy tym dość sugestywnie głową. Ruszyła w stronę drewnianych schodków, które skrzypiały niemiłosiernie pod naporem jej ciężaru i nieporadnie wdrapywała się na kolejne stopnie. Nagle zatrzymała się, wiedząc, że wciąż gdzieś tam za nią stał. 
- Coś jeszcze? - zapytała ozięble, odwracając się do niego. 
- Nic - Luke wzruszył od niechcenia ramionami i podążył w stronę zaparkowanego przy ulicy samochodu. Ona sama również pokonała ostatni już schodek, kuśtykając powoli w stronę drzwi. Gdy jej dłoń spoczęła na zimnej, metalowej klamce, zastygła w bezruchu na krótki moment. Wzięła głęboki oddech, przymykając na chwilę oczy. 
- Hej, Hemmings!
Ariel zbliżyła się do krawędzi werandy, opierając się o spróchniałą poręcz, z której odpadała brązowa farba. Chłopak przystanął w połowie drogi, niepewnie zerkając na nią. Było w jego spojrzeniu coś nieodgadnionego, czego nazwać nie potrafiła, a co sprawiło, że przez chwilę wstrzymała oddech. Zachłysnęła się powietrzem. On nadal się w nią uporczywie wpatrywał, wyczekując na to, co miała mu do zakomunikowania. Gdy niespokojnie przestąpił z nogi na nogę, niecierpliwiąc się coraz bardziej, potrząsnęła mocniej głową, odgarniając od siebie niepotrzebne myśli. 
- Dobranoc - pożegnała się, dość gwałtownie zawracając w stronę wejścia do domu. Nie czekała na jego reakcję, zatrzaskując od razu drzwi. Nie pozwoliła mu dostrzec tego przelotnego uśmiechu, który mimowolnie przemknął przez jej twarz. 



###
WSZYSTKIEGO DOBREGO Z OKAZJI DNIA NASZEGO PATRONA WALENTEGO - OPIEKUNA LUDZI CHORYCH PSYCHICZNIE!