#czterdzieści. nienawidzę cudów.


Obudziło ją piekące kłucie w klatce piersiowej. Zakrztusiła się, próbując wziąć głębszy haust powietrza, co spowodowało jeszcze potężniejszy, paraliżujący ból. Niesamowitym wysiłkiem okazała się nawet tak prozaiczna czynność, jaką było uchylenie powiek. Gdy tylko ruszyła nieznacznie ręką, kolejna fala cierpienia rozlała się po jej obolałym ciele. Po chwili zorientowała się, że ograniczające jej ruchy kabelki to podłączone do nosa rurki doprowadzające tlen, aby mogła swobodniej oddychać. Dodatkowo odkryła, że coś ciężkiego wciąż spoczywało na ręce i nie była to wyłącznie podłączona kroplówka. Bardzo nieporadnie zadarła głowę, dostrzegając tuż obok jasną czuprynę. Wysiłek włożony w tę czynność okazał się jednak zbyt wyczerpujący, bo dość szybko opadła ponownie na poduszkę, gdy zaczęła się dusić.
- Co się dzieje?! Ariel?! Wszystko w porządku? Co się stało?!
Chłopak zerwał się gwałtownie, zaspanym wzrokiem rozglądając się po sali. Nerwowo przeczesał dłonią włosy, ocierając zmęczoną twarz. Dziewczyna spojrzała na niego i kącik jej ust delikatnie uniósł się ku górze. Z trudem poruszyła ręką, dotykając ciepły, zaczerwieniony policzek blondyna.
- Cześć – mruknęła słabo, gdy ścisnął mocno jej rękę, całując zachłannie.
- Boże, Ariel, nigdy więcej mi tego nie rób! – rzucił z udawaną złością, pochylając się nad nią.
- Frankie – wychrypiała, siląc się na stanowczy ton. Nie miała jednak siły, by z nim walczyć.
- Tak bardzo cię przepraszam, siostrzyczko! To nigdy nie powinno się wydarzyć. Nie chciałem widzieć tego wszystkiego, wmawiałem sobie, że to nieprawda, skupiłem się na swoim życiu, a przecież …
- Frank! – szepnęła zdecydowanie głośniej niż dotychczas, wciąż jednak z trudem panując nad roztrzęsionym głosem. – To nie jest twoja wina.
- Jestem twoim bratem! Powinienem cię bronić przed nią, zwłaszcza teraz, kiedy … - zamilkł, nie potrafiąc wymówić tego, co miał na myśli w tamtej chwili.
- Kiedy umieram? – dokończyła za niego, niespokojnie przełykając ślinę. Wciąż odczuwała ogromny ból przy każdym oddechu. Chłopak niechętnie przytaknął, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że nie chciał do siebie dopuszczać tego faktu.
- Nie mogę stracić mojej kolejnej siostry! Musi dać się jeszcze coś zrobić! Ariel, nie rób mi tego, błagam cię! – zaprzeczał ciągle, ściskając jej dłoń. Uśmiechnęła się do niego słabo. – Znajdziemy to cholerne serce! Musi być jeszcze jakaś szansa, jakaś nadzieja! No musi!
- Będzie dobrze – zapewniła go, sama będąc zaskoczona stanowczością tego wyznania. Frank znowu na nią spojrzał, zaciekle walcząc z tym, aby się przed nią nie rozkleić. Wiedziała, że miał własną rodzinę, o którą musiał dbać, dlatego nigdy nie miała mu za złe tego wszystkiego. Chciała oszczędzić mu kolejnych zmartwień, pozwoliła mu uwierzyć, że nie działo się nic złego.
- Będzie dobrze – powtórzył za nią, chcąc samego siebie przekonać do prawdziwości tych słów. Posłała mu krótki uśmiech, sunąc palcami po nieogolonym policzku. - A wiesz, że ten twój piękniś wciąż czeka na zewnątrz i strasznie się o ciebie martwi – zażartował, chcąc na chwilę rozluźnić tę napiętą atmosferę.
- Hemmings? – wyrwało jej się zupełnie niezamierzenie. Sama nie była w stanie wyjaśnić, dlaczego właśnie o nim pomyślała w tamtej chwili. Frank wydawał się być szczerze zaskoczony.
- Jaki Hemmings? Kim jest Hemmings? – zapytał, marszcząc czoło w geście niezrozumienia.  – Calum od rana siedzi na korytarzu, bo lekarze nie pozwalają nikomu spoza rodziny tutaj wejść – wyjaśnił, jakby to była najbardziej oczywista odpowiedź, ignorując jej wcześniejszą wpadkę. Skinęła odruchowo głową, nie mogąc jednak zrozumieć, dlaczego pierwszą osobą, jaka przyszła jej na myśl był właśnie Luke. Poczuła ogromne zażenowanie i niewytłumaczalne w tamtej chwili rozczarowanie, choć próbowała to skutecznie ukryć.
- Powiedz mu, żeby wracał do domu. Nie chcę, żeby mnie teraz oglądał – odparła cicho, wbijając puste spojrzenie w sufit. – Ty też już idź. Na pewno w domu potrzebują cię bardziej. Ja sobie poradzę – wyznała, pragnąc aby drżący głos zabrzmiał przekonująco. Chłopak zaczął gładzić dłonią jej włosy.
- Posiedzę tu jeszcze z tobą.

#

W sali panował półmrok i tylko słaba smuga światła z korytarza wpadła do środka. Była wykończona, ale wyjątkowo intensywny ból w klatce piersiowej sprawiał, że wciąż nie potrafiła zasnąć. Męczyła się od kilku godzin, a każda próba kończyła się niepowodzeniem. Nagle ktoś wszedł do pomieszczenie. Była przekonana, że to lekarz, który przyszedł sprawdzić jej stan, dlatego przymknęła oczy, udając że śpi.
- Hej, śpisz? – Nad jej uchem rozległ się cichy szept, a ciepły oddech owiał jej szyję. Zadrżała, momentalnie otwierając oczy ze zdziwienia. Zbyt dobrze znała ten głos.
- Hemmings? – syknęła, ale on przyłożył tylko palec do ust, starając się ją uciszyć. Zsunął z twarzy maseczkę i wtedy była już pewna.
- Ochrona w tym szpitalu to jakieś nieporozumienie! – uniósł się z oburzeniem, zdejmując się siebie biały, lekarskich fartuch. – Zupełnie nikt nie zauważył mojej obecność! Nikt, rozumiesz to? A jakbym był jakimś zamachowcem?
- Co ty tu robisz? – jęknęła cicho, wpatrując się w niego z niedowierzeniem. Przez moment wydawało jej się nawet, że to tylko jakiś koszmarny sen. On jednak przysiadł się na niewysokim stołku, który stał obok jej łóżka.
- Siedzę?
- Nie mam ochoty na twoje durne żarty teraz – odpowiedziała, odwracając się na drugi bok. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, była jego obecność. Nienawidziła, kiedy ktoś patrzył na nią z litością. Nie chciała tego. – Idź już sobie, ok?
- Liczyłem bardziej na coś w stylu: dziękuję mój kochany za uratowanie życia, dziękuję że tyle zaryzykowałeś, żeby zobaczyć co u mnie, ale jak na ciebie to i tak już sporo. Nie powinienem oczekiwać zbyt wiele.
- Idź – powtórzyła, oddychając coraz ciężej. Kłucie w klatce piersiowej znowu się nasiliło, sprawiając, że kolejny raz zrobiło jej się duszno. Wstrzymała na moment powietrze, ale to tylko spotęgowało bolesne pulsowanie w okolicy skroni, a ona słyszała dokładnie każde potężne uderzenie swojego serca, które doprowadzało ją do szaleństwa. Odruchowo zatkała dłońmi uszy, starając się osłabić to nieprzyjemne wrażenie, jakby wszystko wokoło wirowało, ale na niewiele się to zdało. Nudności stały się bardziej odczuwalne, a ból głowy był nie do zniesienia.
- Keller, wszystko dobrze? – zapytał z przerażeniem, dotykając dłonią jej ramienia. Przeszył ją dreszcz, więc instynktownie skuliła się jeszcze bardziej, chcąc zagłuszyć cierpienie. Poczuła spływającą po policzku łzę, dlatego też mocniej wcisnęła twarz w poduszkę, skupiając się wyłącznie na ignorowaniu bólu. Gdy Luke przesunął troskliwie palcami wzdłuż pleców, znowu zadrżała, a ciche dotąd łkanie przerodziło się w prawdziwą rozpacz. Nie miała pojęcia, co było powodem tego wybuchu, ale nie potrafiła już dłużej tego kontrolować. Przestała panować nad sobą, całkowicie odsłaniając przed nim wszystkie swoje słabości. Trzęsła się z bólu i płaczu, a każda próba powstrzymanie tego kończyła się kolejnymi atakami duszności.
- Nie – wychrypiała, znajdując w sobie na tyle odwagi, by ponownie zerknąć w jego stronę. Nie odnalazła jednak w jego oczach litości, której tak bardzo się obawiała. On był po prostu smutny, zmęczony i przerażony tym wszystkim. Kolejny raz poczuła bolesne ukłucie, zaciskając mocno powieki, spod których wypłynęły gorzkie łzy. – Zaczęło się.
- Co się zaczęło? – spytał zdezorientowany, wciąż uważnie się jej przyglądając.
- Koniec – wyznała tak cicho, że nie była pewna, czy ją usłyszał. Przez krótką chwilę nie odzywał się, wpatrując się w nią w kompletnej ciszy. Nim się zorientowała, chłopak bez żadnego ostrzeżenia wcisnął się na skrawek wolnego miejsca na jej łóżku i nie pytając o pozwolenie, otulił ją silnymi ramionami. Zaczął delikatnie gładzić jej plecy, kołysząc delikatnie, jakby za wszelką cenę próbował ją uspokoić. Ona jednak nadal zanosiła się spazmatycznymi atakami płaczu, coraz ufniej wtulając się w niego.
- Musisz się opanować, Keller, rozumiesz? – szeptał cicho do ucha. – Będzie coraz gorzej, jak się nie uspokoisz. Oddychaj.
- Nie mogę … nie umiem … nie chcę – wyznała, z trudem wypowiadając każde słowo. Dotknął jej policzka i zmusił do tego, by na niego spojrzała. Nie była w stanie dłużej z nim walczyć, bezgłośnie poddała się, osuwając bezsilnie głowę na jego ramię. Przygarnął ją jeszcze bliżej, szczelnie zacieśniając ręce wokół jej bezwładnego ciała.
- Nie, Keller! – zaoponował momentalnie. – Nie poddasz się, rozumiesz? Nie możesz!
- Nie mam siły – wyjęczała smutno, gdy jego ciepłe usta dotknęły jej czoła. Przez ten ułamek sekundy poczuła dziwną ulgę, a ból na chwilę ustał.
- Zamknij się już! – rzucił niespodziewanie, z nutką złości w głosie, ale wciąż czule ją obejmował, ani na moment nie zaprzestając gładzić pleców. Musiał zauważyć, że przynosiło jej to ukojenie. Każdy kolejny dotyk, każdy delikatny pocałunek, każde wyszeptane słowo sprawiało, że bardzo powoli zaczynała spokojniej oddychać. Płacz ustał, gdy nadal kołysał ją w swoich ramionach. Wymowna cisza przerywana była brzęczeniem maszyn, do których ją podłączyli. Każde uderzenie słabnącego serca sprawiało, że oboje wstrzymywali na moment oddech w obawie przed najgorszym.
- Nienawidzę cię … - zaczęła niepewnie, już zdecydowanie łagodniejszym tonem, który tak bardzo kontrastował ze znaczeniem tego wyznania.
- Tylko nie to! Nie zaczynaj znowu – westchnął zrezygnowany. Zadarła głowę, by na niego spojrzeć. Zaczerwienione, lekko zapuchnięte oczy przyglądały mu się z uwagą, gdy sunął opuszkami palców po ciepłym policzku.
- Nienawidzę cię, bo … - kontynuowała mimo jego wyraźnego sprzeciwu, całkowicie ignorując tę uwagę. – Bo jakimś niezrozumiałym dla mnie przypadkiem pojawiłeś się w najmniej odpowiednim momencie. Pojawiłeś się w chwili, kiedy miałam wszystko ułożone, przygotowane, zaplanowane. Pogodziłam się z tym wszystkim i po prostu zamierzałam poczekać na koniec, bo przecież i tak już wszystko zostało mi odebrane. I właśnie wtedy zjawiłeś się w tym moim beznadziejnym życiu i uczyniłeś je jeszcze bardziej popapranym. Tak bardzo się starałam, żebyś był tylko przelotnym wspomnieniem, punkcikiem na liście, zamglonym obrazkiem z przeszłości, ale nic z tego nie wyszło. Nie wiem, jak do tego doszło, ale … - zatrzymała się, by wziąć oddech. Westchnęła bezradnie, uzmysławiając sobie to wszystko. Ciężko było jej wypowiadać kolejne słowa, ale czuła, że to była ostatnia chwila, kiedy mogła to zrobić. Kiedy musiała to zrobić. – Ale przewróciłeś wszystko do góry nogami. Pozwoliłeś, aby wróciła nadzieja. Sprawiłeś, że przestałam być gotowa, że … - zamilkła, opuszczając zawstydzona głowę. Nie była już w stanie nic więcej powiedzieć. Gdy serce znowu zabiło nieco mocniej, a jej ciałem wstrząsnął kolejny dreszcz, zacisnęła mocniej usta, nie chcąc ponownie stracić nad sobą panowania.
Długo po tym, jak zakończyła swój monolog Luke wpatrywał się w nią wciąż bez słowa, a jego twarz zdawała się nie wyrażać żadnych emocji. Po prostu patrzył na nią, a ona nie wiedziała, co powinna zrobić. Nie była pewna, czego mogła się po nim spodziewać.
- I dlatego cię nienawidzę – odezwała się ponownie, przerywając uciążliwą ciszę. W tym samym momencie ujął jej podbródek i nie licząc się z żadnymi konsekwencjami pochylił się nad nią i pocałował. Najpierw bardzo delikatnie, jakby w obawie, aby nie zrobić jej większej krzywdy. Jednak z każdą chwilą zaczął napierać na nią coraz mocniej, coraz bardziej zachłannie, do utraty tchu. Gdy oparł czoło o jej czoło, starając się wyrównać szaleńczy oddech, dostrzegł rumieńce na jej policzkach i zarys uśmiech na rozchylonych ustach, które łapczywie chwytały powietrze.
- Może to nie był przypadek? – spytał cicho, nie chcąc zepsuć tego momentu. Gdy tylko posłała mu pełne niezrozumienia spojrzenie, uśmiechnął się słabo. – No to nasze nieszczęsne spotkanie – wyjaśnił pospiesznie, odgarniając z jej twarzy kosmyk włosów. Wywróciła oczami, co rozbawiło go jeszcze bardziej. Jej jednak nie było do śmiechu. Popatrzyła na niego wymownie, próbując to wszystko jakoś poukładać.
- Dlaczego ja? – westchnęła smutno, ale nie oczekiwała od niego odpowiedzi. Chciała tylko, aby ją mocno przytulił i nigdy więcej nie puścił. Jego ramiona stały się nagle najbardziej bezpiecznym miejscem na ziemi. Ku ogromnemu zdziwieniu, Luke podsunął się bliżej, zacieśniając wokół niej obie ręce. Mogła usłyszeć każde pojedyncze uderzenie jego serca. – Nie chcę … - zaczęła, ale w tej samej chwili znowu zamilkła, nie potrafiąc wypowiedzieć kolejnych słów. Spojrzał na nią z troską malującą się w jasnych oczach i musnął wargami rozpalone czoło. Przymknęła z ulgą powieki, gdy cichy jęk wydobył się z ust.
- Znajdziemy jakieś inne rozwiązanie – powiedział z pewnością w głosie.
- Nie, Hemmings – zaprzeczyła pospiesznie. – Nie ma innego rozwiązania. Mój organizm wszystko odrzuca. Nowe zastawki, leki, terapie, wszystko. Jestem daleko na liście, są ludzie, którzy bardziej potrzebują tego serca niż ja.
- Ale …
- Albo wydarzy się cud, albo wszystko się skończy i to już niedługo – weszła mu w słowo, wpatrując się w ich złączone ręce. Poczuła ukojenie, na kilka krótkich sekund cały ból ulotnił się, zupełnie tak jakby nigdy nie istniał. Przez niedługi moment miała wrażenie, że cały ten koszmar był tylko złym snem, że tak naprawdę jej życie nie było jedynie pasmem porażek. Przez chwilę naiwnie uwierzyła, że miała szansę. Jednak gdy maszyna monitorująca pracę jej serca złowrogo zapikała, szybko wróciła do smutnej rzeczywistości.
- Cuda się zdarzają – szepnął, choć chyba sam nie wierzył w sens tych słów.
- Mnie cuda omijają.  

#trzydzieścidziewięć. nienawidzę, gdy wracasz.


Ze niemałym przerażeniem przymknęła oczy, kiedy wyjątkowo niespodziewanie rozległ się ogłuszający huk zatrzaskiwanej gwałtownie szafki. Z ogromną niepewnością spojrzała w bok, zerkając ze strachem na stojącego obok Luke’a. Dostrzegła nerwowo drgające mięśnie twarzy, gdy z zaciśniętymi wściekle ustami przypatrywał się jej, oddychając ciężko. Był naprawdę zdenerwowany, a ona domyślała się, co było powodem tego uniesionego stanu. Odruchowo cofnęła się o krok, kiedy lekko pochylił się nad nią.
- Obyś miała dobre wytłumaczenie na to, co stało się wczorajszego wieczoru, bo inaczej nie ręczę za siebie! Jesteś niemożliwa! – warknął z wściekłością, sprawiając że lekko skręciła głowę w bok, by uniknąć kontaktu z jego rozzłoszczonym spojrzeniem.
- Nie muszę … - zaczęła z pewnego rodzaju nieśmiałością, ale on od razu jej przerwał, nie pozwalając dokończyć zdania.
- Jak ten skończony idiota straciłem prawie pół nocy na szukanie ciebie! – wrzasnął, nie licząc się z tym, że przechodzący korytarzem uczniowie zaczęli się im przyglądać. Zaczął tracić nad sobą kontrolę, przerażając ją coraz bardziej. – Najpierw dobijałem się do twojego domu, aż wreszcie twoja znowu pijana matka mi otworzyła i dość dobitnie oznajmiła, że nie ma cię tam. Twój przygłupi kochaś też nie miał pojęcia, gdzie jesteś. Nawet od niego nie raczyłaś odebrać telefonu! Nie masz pojęcia, ile różnych tragicznych scenariuszy przyszło mi wtedy do głowy! Byłem nawet w szpitalu! Rozumiesz to? – zaśmiał się gorzko, ale wyraz jego twarzy ani przez chwilę nie wskazywał na to, że był zadowolony. Widok jego smutnych oczu sprawił, że odczuła ten niedługi, przenikliwy ucisk w żołądku. Zrobiło jej się duszno i z trudem panowała nad coraz cięższym oddechem.
- Możesz mnie puścić? – spytała w pretensją w głosie, gdy zacisnął dość mocno palce wokół jej nadgarstka. Popatrzył jej w oczy, jakby tym jednym spojrzeniem chciał przekazać całego rozczarowanie i zawód, których to ona była powodem.
- Nie wiem, dlaczego tak mi zależało – westchnął ozięble. - Nie mam bladego pojęcia, dlaczego traciłem tyle czasu na kogoś, kto zupełnie na to nie zasłużył. I jeśli twoim celem było wzbudzenie we mnie prawdziwiej, czystej nienawiści do ciebie, to możesz być z siebie dumna. Gratuluję. Udało ci się to wreszcie.
Z uwagą przysłuchiwała się każdemu wypowiedzianemu przez niego słowu, które przesiąknięte było złością, smutkiem i niechęcią względem jej osoby. Dostała to, czego tak bardzo pragnęła, a mimo to, coś wciąż było nie tak. Nie poczuła tej zbawiennej ulgi, której tak bardzo oczekiwała. Ukojenie nie przyszło. Zamiast tego pojawiło się jeszcze większe poczucie bolesnego ciężaru, którego tak usilnie próbowała się pozbyć.
- I wiesz co jeszcze? Mam tego dość. Tym razem już ostatecznie. Znajdź sobie kogoś innego, równie naiwnego, bo ja rezygnuję. To koniec. Skończyłem z tobą, Keller – przyznał z pełną szczerością, a ona poczuła delikatne ukłucie w klatce piersiowej. Oczy lekko ją zapiekły, ale nie miała zamiaru obnażać przed nim swoich słabości.
- Świetnie – przytaknęła po chwili, wymownie spoglądając na niego, ale on już nic nie odpowiedział. Odepchnął ją lekko, tak że plecami uderzyła o szafkę. Poczuła krótki bolesny dreszcz wzdłuż całego ciała, ale nawet na moment nie pozwoliła, by ktokolwiek to dostrzegł. Gdy pełne pretensji i smutku spojrzenie Luke’a zatrzymało się na niej jeszcze na parę sekund, nie uległa mu, dzielnie z nim walcząc. Chłopak pokręcił bez przekonania głową z grymasem odrazy na twarzy. Wcisnął czapkę na głowę i bez słowa odwrócił się, stanowczym krokiem kierując się w stronę głównego wyjścia.
- Wow! Co to było? – zapytał niespodziewanie Calum, stając przy jej boku i wsunął dłonie pod szelki plecaka. Ariel jednak nie była w stanie nawet na niego spojrzeć, ciągle oszołomiona podążając wzrokiem za oddalająca się sylwetką Hemmingsa. W końcu jednak odwróciła się i zaczęła się w niego wpatrywać bez cienia emocji na twarzy, zastygając w kompletnym bezruchu. Tak naprawdę nie miała pojęcia, co właśnie się wydarzyło. Nagle potrząsnęła głową i wzruszyła ramionami, odgarniając włosy znad oczu.
- Nic – bąknęła obojętnie, jakby nic się nie stało. Z dumą wyprostowała się i uniosła głowę, wyjmując z szafki kilka podręczników. Zupełnie nie reagując na wciąż podszeptujących za jej plecami znajomych ze szkoły, ruszyła dzielnie przed siebie.
- Hej, Ariel! – zawołał nerwowo Hood, podbiegając do niej. – Mogłabyś mi wyjaśnić o co tutaj chodzi?
- O nic – powtórzyła kolejny raz, siląc się na obojętność, ale jej drżący głos był mało przekonujący. – Poza tym nie sądzę, aby była to twoja sprawa – burknęła opryskliwie, odpychając jego dłoń, kiedy sięgał nią w kierunku jej ramienia. Zmrużył lekko oczy, z wyraźnym zaskoczeniem spoglądając na nią.
- Przepraszam, że to powiem, bo wiem, że jesteś moją przyjaciółką i że powinienem zawsze stawać po twojej stronie, ale … - przerwał i wziął głęboki oddech. Wykonał dziwny, teatralny gest ręką, wznosząc ją w górę. – Ale czy ciebie do reszty popieprzyło?!
- Dobrze się czujesz? – zapytała zdezorientowana i zmarszczyła czoło, nie do końca rozumiejąc o co mu chodziło.
- Albo jesteś ślepa, albo głupia, albo jedno i drugie – wyznał zrezygnowany, kręcąc głową. Ona jednak nadal nie potrafiła dojść do tego, co zamierzał jej przez to przekazać. – Już chyba i głowa zaczęła ci się psuć.
- Nie mam czasu na twoje pozbawione jakiegokolwiek sensu pogadanki – powiedziała, kierując się w stronę biblioteki.
- Będziesz tego żałować – odpowiedział, kiedy znikała za drzwiami. – Już żałujesz – dodał ciszej, kiedy przystanęła w drzwiach, ale nie odnalazła w sobie na tyle odwagi, by odwrócić się za siebie. Pochyliła lekko głowę, gdy ucisk w klatce piersiowej stawał się coraz bardziej nieznośny, a ból powoli zaczął promieniować na całe ciało. Oparła się mocniej na kuli, biorąc głębszy wdech.
- Tak jest łatwiej – wyjaśniła szeptem.
- Dla kogo? – spytał, zbliżając się do niej. Długo nie odpowiadała, nie wiedząc tak naprawdę, co powinna powiedzieć. Gdy jego dłoń zaczęła troskliwie sunąć wzdłuż jej ramienia, poczuła że wszelkie bariery, które do tej pory budowała, runęły bezpowrotnie.
- Dla wszystkich? – sapnęła bez przekonania, sama nie wierząc we własne słowa. Usłyszała jak Calum cicho zaśmiał się i delikatnie przyciągnął ją do siebie, otaczając opiekuńczo silnymi ramionami.
- Choć raz mogłabyś dać komuś szansę – poradził, gładząc czerwone włosy. Tym razem to ona parsknęła śmiechem, zadzierając głowę i spojrzała na niego z grymasem na twarzy.
- Nie bądź niemądry, kochaniutki – bąknęła, poklepując go po policzku. – Nie mam czasu na głupoty – dodała na pożegnanie, ponownie udając się w stronę biblioteki.
- Zależy ci na nim, prawda? – Calum posłał jej krótki, aczkolwiek bardzo wymowny uśmiech, gdy zerknęła za siebie i popukała się palcem w czoło. On jednak zdawał się trwać w swoim przekonaniu, wciąż szeroko się do niej uśmiechając, a jej zaprzeczenie potwierdzało tylko jego domysły. Z całkowitą dezaprobatą pokręciła głową, znikając za drzwiami.

#

Był wykończony. Po zakończonym treningu postanowił zostać na hali, próbując zastąpić ten dziwny, nie dający się racjonalnie wyjaśnić ból wysiłkiem fizycznym. Teraz marzył jedynie o długim śnie. Nie miał nawet siły, by otworzyć garaż, dlatego zostawił samochód na podjeździe i zabierając torbę treningową z tylnego siedzenia, minął trawnik, kierując się w stronę domu.
- Kurwa! – jęknął żałośnie, kiedy na schodkach dostrzegł skuloną postać. Zatrzymał się i z opuszczonymi ramionami spojrzał na dziewczynę, która bardzo niechętnie uniosła głowę, ale zarzucony kaptur skutecznie przesłaniał jej twarz. – Czego nie zrozumiałaś z moich ostatnich słów? Tego, że mam cię bardzo serdecznie dość? Czy może tego, że raz na zawsze z tobą skończyłem? Czy to naprawdę tak trudne do ogarnięcia? Podobno jesteś tak mądra, więc nie powinnaś mieć z tym żadnego problemu.
Ona jednak wciąż milczała. Naciągała niespokojnie rękawy ciemnej bluzy, delikatnie bujając się w przód i w tył. Jej nietypowe zachowanie zaczęło go coraz bardziej niepokoić, choć uparcie próbował się tym wszystkim nie przejmować.
- Przepraszam, nie powinnam tu przychodzić – szepnęła łamiącym się głosem. – To był błąd – dodała, podnosząc się z podestu. Gdy stanęła w delikatnym świetle zawieszonej obok drzwi wejściowych lampy, a kaptur zsunął się z jej głowy, cichy jęk wyrwał się z jego ust. Odruchowo ścisnął dłonie w pięści, a całym ciałem wstrząsnął dreszcz wściekłości.
- Znowu?! – krzyknął z niepohamowanym gniewem, wyrzucając nerwowo ręce w górę. Podszedł do niej i chwycił ją za podbródek, z niezrozumieniem przyglądając się zasinieniu pod okiem. W kąciku ust wciąż widniał ślad krwi. Dostrzegł jak ze wstydem opuściła wzrok, odwracając się od niego. Ponownie zarzuciła kaptur, odsuwając się od niego.
- Nie powinnam – powtórzyła, otulając szczelniej bluzą zziębnięte ciało. Usunęła się w cień, tak aby nie mógł już jej widzieć. Patrzył więc na niewyraźny zarys jej postaci, nie wiedząc, co dalej robić. Chciał zamknąć ten rozdział w życiu, ale z drugiej strony patrząc na jej pobitą twarz nie potrafił tak po prostu zostawić tego wszystkiego. Wziął w końcu głęboki oddech, spoglądając apatycznie w górę. Po chwili jednak znowu popatrzył na dziewczynę. Bez słowa odwrócił się i powoli ruszył do domu, zostawiając ją samą. W niewielkim koszyczku stojącym na szafce w korytarzu odnalazł pęk kluczy i ściskając je w dłoni, szepnął do siebie kilka niemiłych słów.
- Masz! – powiedział, siląc się na obojętny ton, po tym jak ponownie wyszedł na zewnątrz.
- Co to? – spytała nieprzytomnie, przyglądając się mu. Wywrócił oczami, wciskając w jej dłoń klucze. Chciał coś odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili powstrzymał się. - Nie musisz tego robić – odparła niemrawo, z wciąż wyciągnięta dłonią spoglądając na chłopaka.
- Serio? W takim razie po co tu przyszłaś? – rzucił kpiąco, wsuwając ręce do kieszeni spodni. Czuł, że nie powinien tego robić, a mimo to podświadomość nadal kazała jej pomagać. – Przez najbliższe dni w domku nikogo nie będzie, możesz tam zostać, jeśli nie chcesz wracać do domu. Nic więcej ode mnie już nie dostaniesz – wyjaśnił oschle i nie obdarzając jej nawet krótkim spojrzeniem, odwrócił się.
Wszedł do środka, starając się nie myśleć o Ariel. Zajrzał do lodówki, wstawił do mikrofali zostawioną przez mamę kolację i ściągnął z siebie przepocone rzeczy z treningu. Włączył muzykę, nastawił wodę na herbatę i wyjął z zamrażarki woreczek z lodem, wrzucając kilka kostek do szklanki z wodą mineralną. Mimo usilnych prób, nie potrafił skupić się na niczym innym, wciąż w pamięci przywołując obraz posiniaczonej twarzy dziewczyny. Z całej siły zacisnął usta, zgniatając w dłoni pustą plastikową butelkę po wodzie. Nie wytrzymał i nie zastanawiając się zbyt długo, chwycił leżące na szafce klucze od samochodu, wybiegając z domu. Całą drogę do domku na plaży walczył z sobą, co chwilę rzucając przekleństwami w głuchą przestrzeń. Chciał się wreszcie pozbyć jej ze swojego życia i w chwili, kiedy był przekonany, że prawie mu się to udało, ona kolejny raz pojawiała się na jego drodze, siejąc totalny zamęt w głowie.
- Nienawidzę cię, Keller. Tak bardzo cię nienawidzę, że nie mogę o niczym innym myśleć. I dzięki temu, że cię nienawidzę, nienawidzę też samego siebie za to, co ze mną robisz! – zaczął krzyczeć, przekraczając próg domku. Nagle znieruchomiał. Z na wpół otwartymi ustami zatrzymał się w progu kuchni, czując rozsadzający głowę ból. Stał w kompletnym osłupieniu, nie mając pomysłu na to, co powinien w tej sytuacji zrobić. Nawet nie zauważył, jak zaczął się trząść ze strachu, pustym wzrokiem rozglądając się po pomieszczeniu, jakby w nadziei, że mógł tam znaleźć jakąś podpowiedź, jakieś mądre rozwiązanie. Wbił przerażony wzrok w roztrzaskaną pod jego stopami szklankę i leżące bezwładnie na podłodze ciało Ariel kilka kroków dalej. Dopiero gwiżdżący na gazie czajnik z herbatą sprawił, że powrócił do rzeczywistości. Rzucił się w stronę nieprzytomnej dziewczyny, upadając z łoskotem na kolana.
- Hej, Keller! Keller! – wrzasnął, potrząsając nią gwałtownie. – Nie rób sobie ze mnie żartów! To w ogóle nie jest śmieszne! - Dotknął dłonią zimnego policzka, zgarniając z niego kosmyk czerwonych, mokrych włosów. Ułożył delikatnie jej głowę na kolanach. – Obudź się, kretynko jedna! – mówił dalej, nie potrafiąc dopuścić do siebie myśli, że nadal nie była niczego świadoma. – To naprawdę nie jest zabawne!
Pochwycił ją w ramiona, tuląc do siebie z niezwykłą czułością. Objął nieruchomą dłoń Ariel, chcąc ogrzać chłodną skórę, ale gdy tylko lekko rozluźnił objęcie, wysunęła mu się. Dotarło do niego, że to nie był żaden żart. Pospiesznie wziął ją na ręce i bez namysłu postanowił zabrać ją do samochodu. Działał pod wpływem emocji, kompletnie nie będąc świadomym tego, co chciał i co powinien zrobić.
- Nienawidzę cię – wysyczał, układając ją delikatnie na tylnym siedzeniu. – Nie pozwolę ci tak po prostu odejść – dodał cicho.

#trzydzieściosiem. nienawidzę wschodów słońca.


Poczuła na twarzy rześkie, poranne powietrze, które momentalnie ją pobudziło. Ostentacyjnie zaczęła ziewać, rozciągając się w wyjątkowo komiczny sposób. Dreszcz przebiegł przez ciało, kiedy tylko wyskoczyła z pickupa, bardzo powoli ruszając w stronę opustoszałej plaży. Naciągnęła kaptur na głowę, zapięła kurtkę i delikatnie utykając, stawiała kolejne niepewne kroki na piaszczystym podłożu. Gdy zatrzymała się przy brzegu, spojrzała na rozpościerającą się przed nią spokojną taflę wody i bardzo wolno wyłaniające się zza horyzontu słońce.
- Wiesz, że jest czwarta trzydzieści? Środek nocy? - zapytała z cichym westchnieniem, kolejny raz głośno ziewając. Skrzyżowała ręce, pocierając dłonią wciąż zaspaną twarz. - Normalni ludzie o tej porze śpią!
- Normalni owszem, ale ty do nich zdecydowanie nie należ … - Luke spojrzał na nią z góry i zaniemówił. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w nią, nawet nie mrugając. Wydawał się być niezwykle zaskoczony tym, co właśnie zobaczył, wciąż nie mogąc wyjść z podziwu. Otwierał co chwilę usta, ale nie był w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. Dziewczyna zaśmiała się głośno, kiedy potrząsnął głową, licząc na to, że jak przymknie powieki, to wszystko powróci do normalności.
- Co się stało? - zapytała z udawanym zdziwieniem, zdmuchując ostentacyjnie grzywkę znad oczu. Wiedziała, co wywołało w nim tak szczere poruszenie, dlatego od razu zsunęła z głowy kaptur. Blondyn skrzywił się, kiedy zarzuciła włosy za siebie, cały czas poprawiając je dłonią.
- Co to jest? - wydusił w końcu z siebie, przywołując na jej usta kolejny triumfalny uśmiech. Zebrała włosy na bok, przesuwając palcami między kosmykami. Wzruszyła obojętnie ramionami, kiedy nadal przyglądał się jej z niedowierzaniem, chyba nie do końca wciąż wierząc w to co widział.
- Hmm, pomyślmy Hemmings, może to moje włosy? - zironizowała, wywracając oczami, a Luke skrzywił się kolejny raz.
- Co ty nie powiesz – odburknął złośliwie. - Ale dlaczego one są … czerwone?
- Zaczęła się moja transformacja w prawdziwą Ariel-syrenę. Za kilka dni pojawi się ogon i wreszcie będę mogła stąd odpłynąć. Na zawsze – powiedziała konspiracyjnym szeptem, przybliżając się w jego stronę, jakby to była największa tajemnica na świecie. Chłopak pokręcił z dezaprobatą głową, kiedy chwilę później wybuchła gromkim śmiechem, widząc jego przerażoną minę. Nagle spoważniała, ponownie wbijając obojętny wzrok w ocean. Czuła na sobie jego spojrzenie, ale nie zamierzała już reagować. Przymknęła powieki, sycąc się pierwszymi promieniami słońca, które delikatnie zaczęły ogrzewać zziębniętą twarz. Doszło ją jego przeciągłe, zmęczone westchnienie.
- Nie sądziłem, że po tym, jak napiszę ci tę wiadomość, pojawisz się tutaj – powiedział niespodziewanie, robiąc niewielki krok w jej stronę. Otarł się ramieniem o jej rękę, sprawiając że nieporadnie zachwiała się i zadarła głowę, by posłać mu wściekłe spojrzenie. On jednak nie patrzył na nią, udając wielkie zainteresowanie wschodzącym słońcem.
- W takim razie jest nas dwoje – mruknęła cicho, ściągając na nowo jego rozproszoną uwagę. Niedługą chwilę wpatrywali się w siebie, a otaczająca ich cisza mieszała się z oblewającymi plażę falami i szumem wody. Luke pierwszy odwrócił głowę, oddychając ciężko.
- W takim razie po co przyjechałaś? - zapytał z wahaniem w głosie, zerkając na nią niepewnie, jakby się obawiał jej odpowiedzi.
- Nie wiem – westchnęła z nutką zamyślenia. - Naprawdę nie wiem – dodała zrezygnowana, opuszczając bezradnie ręce. Rzuciła mu krótkie spojrzenie, ale kiedy i on popatrzył, momentalnie odwróciła wzrok. Poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Wiedziała, że nie powinna się tam pojawiać, a mimo to wystarczył jeden krótki sms, by zerwała się wczesnym rankiem i przyjechała do niego.
- To wszystko nie tak miało wyglądać – zaczął, a w jego głosie słychać było smutek i rezygnację. - Jak udało ci się z tym wszystkim pogodzić? Jak ty to zrobiłaś? - spytał, a ona parsknęła śmiechem, uśmiechając się ironicznie.
- To proste – odparła lakonicznie, co spotkało się z jego pełnym niezrozumienia spojrzeniem. - Kiedy nie zostaje ci już zupełnie nic, kiedy wszystko co miało jakikolwiek sens zostaje ci zabrane, to przestajesz się przejmować, przestaje ci zależeć i po prostu czekasz na koniec – wyjaśniła, dostrzegając jednak jego zmieszanie. - Ale ty wciąż możesz jeszcze wszystko odzyskać, tak naprawdę niczego jeszcze nie straciłeś, dlatego nie umiesz sobie z tym poradzić.
- Taaa – burknął z przekąsem. - Na kolejnej rozprawie ma zapaść wyrok i wtedy wszystko się skończy.
- Brak koszykówki w twoim życiu to nie koniec świata! - podniosła głos, nie mogąc znieść jego narzekania. - Masz przed sobą jeszcze tysiące innych opcji i możliwości, idioto skończony! Masz całą rodzinę, która cię kocha, masz dwie sprawne nogi, masz zdrowe serce, a to że jakaś uczelnia nie przejmie cię, to nie znaczy, że całe życie ci się zawali! Więc z łaski swojej przestań się użalać nad tym, jak marne życie cię czeka, bo inni nie mają naprawdę nic, a nadal jakoś muszą sobie radzić!
Wpatrywał się w nią, kiedy wyrzucała z siebie kolejne słowa. Słyszał ją, ale sens tego monologu kompletnie do niego nie trafiał. Skupił całą swoją uwagę na jej ustach, a gdy lekko zdyszana i zmęczona swoim wielkim przemówieniem zamilkła w końcu, pochwycił w dłonie jej twarz i nie zastanawiając się nad słusznością swoich czynów, pocałował ją. Czuł słodki smak czekolady na jej chłodnych ustach, nie zważając na wymierzające mu kolejne ciosy małe piąstki dziewczyny. W końcu jednak udało jej się wyrwać z objęcia, więc demonstracyjnie otarła wargi rękawem, śląc w jego stronę grom morderczych spojrzeń. Z trudem oddychała, a jej zimne policzki pokryły się delikatnymi rumieńcami.
- Nie rozumiem tego, naprawdę tego nie rozumiem – odezwała się i bezradnie opuściła ramiona. - W chwili, kiedy wydaje mi się, że mogłabym na moment przestać cię nienawidzić, ty dajesz mi kolejny powód, aby ta nienawiść tylko rosła i stawała się silniejsza. Niesamowite.
- To nieprawda – zaprzeczył raptownie, a przebłysk uśmiechu przemknął przez jego twarz. Zmęczone, pełne smutku oczy nagle pojaśniały. - To nie jest nienawiść, to jest strach. Boisz się tego, co czujesz. Boisz się tego, co czujesz do mnie. Boisz się zaangażować. Boisz się przyznać, że mimo wszystko ci zależy. Boisz się śmierci.
- Nie boję się śmierci. Boję się nadziei – odpowiedziała tak cicho, że jej słaby głos był ledwo dosłyszalny przy szumie oceanu. Luke spojrzał na nią, starając się ukryć przerażenie, które wywołały w nim jej słowa. W kompletnym milczeniu stali naprzeciw siebie, nie do końca będąc pewni, co dalej. Kiedy zbliżył się i bez żadnego ostrzeżenia wziął ją w swoje ramiona, dreszcz wstrząsnął jej całym ciałem. Z całej siły zacisnęła drżące palce, wtulając się w niego ufnie.
- Za późno – szepnął, opierając brodę na czubku jej głowy. Troskliwie sunął dłoń wzdłuż pleców, próbując dotykiem ją uspokoić. Jej rozdygotane ciało wydawało się być niezwykle kruche w jego silnych ramionach. Czuł szaleńcze bicie jej serca i ciężki oddech. - Też się boję tej nadziei, ale jak podzielimy ten strach na dwa, to może będzie trochę łatwiej – zaproponował, siląc się na żartobliwy ton tej wypowiedzi, ale niewiele mu z tego wyszło. Ariel westchnęła, bo przecież oboje doskonale wiedzieli, że to wszystko miało być od teraz wyłącznie trudniejsze. Bardzo powoli wysunęła się z jego objęcia, podnosząc wzrok.
- Muszę już wracać – zaczęła się tłumaczyć, oddalając się od niego. - Dzisiaj muszę być wcześniej w szkole, a powinnam się jeszcze wykąpać, przygotować, sprawdzić co z matką i w ogóle – kontynuowała, starając się znaleźć najbardziej racjonalne argumenty na to, aby móc go tam zostawić i jak najprędzej uciec stamtąd. Skinął ze zrozumieniem głową, gdy ruszyła w stronę swojego samochodu.
- Keller! - zawołał, kiedy wspinała się po betonowych schodkach, prowadzących na parking, gdzie zostawiła swój samochód. Odwróciła się za siebie, dostrzegając jak biegł w jej stronę. - Poczekaj! Wracam z tobą, bo podobno te patałachy z drużyny nie dadzą sobie dziś beze mnie rady.
Bez zastanowienia chwycił jej dłoń i mocno ją uścisnął, pomagając jej wejść na górę. Mimo iż skutecznie uciekał wzrokiem, udało jej się dostrzec zarys uśmiechu, kiedy razem wsiadali do pickupa.

#

Cała hala zamilkła. Wszyscy z zapartym tchem wpatrywali się w stojącego naprzeciw kosza Luke'a, który z ogromnym skupieniem wpatrywał się w piłkę. Do końca meczu została ostatnia sekunda, a na tablicy wyników wyświetlał się niekorzystny dla nich wynik, który oznaczał eliminację z dalszych rozgrywek. Potrzebowali tego jednego trafienia, aby awansować dalej. Wszystko w tamtej chwili leżało w jego rękach, a celny rzut mógł uczynić go na nowo szkolnym bohaterem. Ariel nerwowo ściskała kciuki, ani na moment nie odrywając wzroku od chłopaka. Wstrzymała oddech, gdy ostatni raz przekozłował piłkę i ugiął kolana, unosząc w górę ręce. Nim rzucił piłkę, wyraźnie dostrzegła wgłębienie w jego policzku i choć nie patrzył na nią, była przekonana o tym, że się uśmiechnął.
- I tak, proszę państwa, to prawda, liceum z Blue County w półfinale rozgrywek! - rozległ się ogłuszający ryk komentatora, kiedy piłka przeleciała przez obręcz, a cała sala wybuchła okrzykiem radości. Luke spojrzał w jej stronę, nim wszyscy rzucili się na niego w dzikim szale. Znowu na chwilę stał się kimś ważnym, wracając do swojego małego świata bożyszcza tłumów. Miała wrażenie, że udało mu się na moment zapomnieć o tym wszystkim co działo się w jego życiu. Wydawał się być szczęśliwym.
- Wygraliśmy! - pisnął Calum, który pojawił się niespodziewanie i objął ją z całej siły, delikatnie unosząc w górę.
- Hood, głupku, jesteś cały mokry! - jęknęła z odrazą, wyswabadzając się z uścisku przyjaciela, który raczej nie przejmował się jej uwagami, wciąż jak mały chłopiec ciesząc się z tego zwycięstwa. Zdawała sobie sprawę, jak wielką wagę przywiązywał do koszykówki i jak bardzo jego przyszłość zależała od tych wyników.
- Wiesz? - zagadnął po chwili, ocierając koszulką spoconą twarz. - Miałem przez moment taki tyci tyci cień nadziei, że razem ze zmianą koloru włosów, twoje nastawienie do świata też się zmieni, ale och, ja naiwny, tak bardzo się pomyliłem! - westchnął teatralnie, a Ariel klepnęła go mocniej w ramię, marszcząc brwi.
- Wiesz? - naśladowała ton jego wypowiedzi w wyjątkowo przedrzeźniający sposób, robiąc przy tym dziwne miny. - Wracaj lepiej do tych swoich spoconych koleżków i razem świętujcie to swoje wymęczone zwycięstwo!
- Za co ja cię tak lubię i wciąż toleruję – westchnął ciężko, kręcąc głową. Otulił ją na pożegnanie ramionami, celowo ocierając się o nią swoim mokrym ciałem. Dziewczyna odepchnęła go, ale kiedy dostrzegła jego zmęczony, aczkolwiek wyjątkowo radosny uśmiech, wcześniejsza złość szybko się ulotniła. - I masz zbyt szybko nie odjeżdżać, poczekaj chwilę przy samochodzie – dodał na koniec, całując ją w policzek.
- O nie, nie! - zaoponowała momentalnie. - Nie będę twoim cholernym, prywatnym taksówkarzem! Znajdź sobie kogoś innego! – krzyknęła za nim, kiedy zbiegał już po schodach. Przystanął i odwrócił się z podejrzanym uśmiechem na ustach.
- Jak wolisz – odparł, wzruszając ramionami, po czym pospiesznie wrócił do drużyny, zostawiając ją samą.
Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem zachowania Caluma wydawał jej się fakt, że chłopak nie miał z kim wrócić do domu i z pewnością liczył na darmową podwózkę z jej strony, dlatego postanowiła na niego poczekać. Włączyła muzykę i ze znudzeniem obserwowała pustoszejący parking, wypatrując w każdej wychodzącej z budynku postaci Hooda. Była tak skupiona, że nie dostrzegła, jak ktoś podszedł do niej, opierając się o uchyloną szybę.
- Cześć! - rozbrzmiał zbyt dobrze znany jej głos, sprawiając że aż podskoczyła na siedzeniu, kompletnie nie spodziewając się niczyjej obecności. Rzuciła chłopakowi mordercze spojrzenie, zaciskając mocno usta, by przypadkiem nie wypowiedzieć na głos kilku nieprzyjemnych słów.
- Idiota – warknęła cicho, a blondyn roześmiał się. Dłonią przeczesał wciąż wilgotne włosy i wsunął na głowę czapkę. Wrzucił na tylne siedzenie swoją torbę i otworzył drzwi, pociągając ją za rękę. - Czy ciebie do reszty popieprzyło? Co ty robisz? Nie mam czasu na twoje bzdurne zabawy! Mógłbyś mnie puścić? Czekam tylko na Caluma i jadę do domu.
- Twój azjatycki kochaś już dawno temu pojechał na imprezę z resztą chłopaków – wyjaśnił z rozbawieniem Luke, wyciągając ją z auta.
- Acha, świetnie, bardzo fajnie, rzekłabym wręcz fantastycznie, zabiję go, jak tylko go spotkam, ale w takim razie, dlaczego ty jesteś tu? Dlaczego nie pojechałeś z nimi? O co do jasnej cholery chodzi? - zarzuciła go pytaniami, kiedy prowadził ją na drugą stronę pickupa i posadził na miejscu pasażera, zapinając pas. Miał ten dziwnie niepokojący wyraz twarzy i błąkający się na ustach uśmieszek. Kiedy lekko się pochylił, poczuła świeży zapach i woń jego perfum. Gdy usiadł za kierownicą od razu podłączył swój telefon pod radio i włączył własną muzykę. Spojrzał na nią, kolejny raz uśmiechając się szeroko. Miała wrażenie, że jej zdezorientowanie sprawiało, że czerpał z tego wszystkiego jeszcze większą radość.
- Dobra, powiem ci – odezwał się w końcu, kiedy znaleźli się już na drodze, skręcając w stronę miasta. Ariel westchnęła bez przekonania, krzyżując przed sobą ręce. - Chodzi o to, że postanowiłem wykorzystać twoje życiowe rady i przestałem się nad sobą użalać.
- No brawo – bąknęła z ironią, wywracając oczami i nadal nie rozumiejąc do czego zmierzał.
- Tak – potwierdził z zadowoleniem, dumny ze swojego osiągnięcia. - A więc …
- Od 'a więc' nie zaczyna się zdania – weszła mu w słowo, ale on posłał jej tylko krótkie spojrzenie, nie zamierzając wdawać się w żadne dyskusje.
- Potrzebuję do tego twojej pomocy, bo jest w szkole taka jedna dziewczyna, którą chciałbym zaprosić, ale nie bardzo wiem, jak się za to zabrać. Wiesz, jest ciężka w kontaktach międzyludzkich, ale czuję, że warto zaryzykować. Jest nawet trochę do ciebie podobna w podejściu do życia, dlatego wpadłem na ten pomysł, że mogłabyś mi pomóc – tłumaczył, a Ariel spojrzała na niego zdumiona. Poczuła krótkie, prawie niezauważalne ukłucie, starając się ukryć przed nim ten moment słabości. - Pokażę ci kilka miejsc, w które chciałbym ją zabrać, a ty mi powiesz, które będzie najbardziej odpowiednie, ok?
- To jest chyba jakaś kpina, Hemmings! – odparła w końcu, nie potrafiąc zapanować nad chwilą złości. - Niby z jakiej okazji miałabym ci pomagać? Nie jesteśmy nawet przyjaciółmi, ani niczym w tym rodzaju, żebyś miał czelność myśleć, iż mogłabym ci doradzać w takich sprawach! - dodała oburzona, nie panując już nad sobą. On jednak zdawał się nie przejmować jej wściekłością, wciąż z uśmiechem wymieniając przygotowane wcześniej miejsca.
- Od dawna próbuję, ale ona wciąż ucieka, ciągle czegoś się obawia, już nie wiem, co robić, żeby w końcu mnie zauważyła. Bo to nie jest taka zwyczajna dziewczyna, jest naprawdę wyjątkowa i nie chciałbym jej przestraszyć. Wiesz, ona bardzo się boi – kontynuował, niezrażony zachowaniem Ariel. Wydawał się być niezwykle podekscytowany spotkaniem z tą dziewczyną, a to tylko wzbudzało w niej jeszcze większą złość. Nie mogła jednak pokazać przed nim, jak bardzo wytrąciło ją to z równowagi. - Myślałem nad jakąś kolacją w restauracji, albo może lepiej sam bym coś ugotował? Co o tym sądzisz? A może na początek kino? Albo jakaś impreza? Co? Gdzie ty byś chciała się wybrać?
- Odwieź mnie do domu – poleciła, siląc się na spokojny ton. Głos jednak nadal nerwowo drżał, gdy patrzyła na jego rozradowaną twarz. Spojrzał na nią, robiąc maślane oczy, po czym zamrugał kilkakrotnie. Nie poznawała go.
- No Keller, jesteś moim jedynym ratunkiem! Pomóż mi wybrać i dam ci już spokój! - prosił błagalnie, wciąż spoglądając na nią z tym rozmarzonym spojrzeniem. Ta dziewczyna musiała być naprawdę kimś wyjątkowym, bo stary Hemmings, którego dotąd znała nie przywiązywał wagi do takich rzeczy. Dla tamtego Hemmingsa liczyła się tylko dobra zabawa, alkohol i szybkie zaliczenie kolejnej panienki, a tym razem było w nim coś innego. I choć próbowała walczyć z falą nagłego, niespodziewanego rozczarowania, doszła do wniosku, że im szybciej zakończy tę jego dziwną gierkę, tym prędzej znajdzie się we własnym domu, z daleka od niego.
- Nie znam jej …
- Oj no! Ale co ty byś wybrała? – nalegał, zmuszając ją do odpowiedzi, aż w końcu poddała się.
- Jeśli chodzi o mnie, to pewnie wybrałabym McDonaldsa na wynos i wieczór na przyczepce mojego pickupa pod gołym niebem z trzeszczącą muzyką z tego rozwalającego się radia – wyznała z nostalgią w głosie, wpatrując się w krajobraz za oknem. - Ale po cholerę mnie o to pytasz?! Nie jestem nią, nie wiem, czego ona mogłaby chcieć! - uniosła się, niespokojnie wymachując rękami. Nie dostrzegła krótkiego uśmiechu na jego ustach, kiedy skończyła mówić, a on zatrzymał samochód przed podjazdem jej domu.
- Dzięki! - powiedział uradowany, wyskakując z samochodu. Pomógł jej wysiąść i podprowadził ją pod drzwi. - Czasami jednak jestem w stanie cię nie nienawidzić – dodał radośnie na pożegnanie, a ona nie raczyła nawet na niego spojrzeć, od razu zamykając się w domu. Dopiero wtedy zrobiło jej się słabo i niedobrze. Osunęła się na ziemię, chowając głowę między kolanami. W tej samej chwili telefon zawibrował w kieszeni. Z ogromną niechęcią sięgnęła po niego, odczytując wiadomość.
Mam zniżki na Big Maca i dwa śpiwory idealne na przyczepkę pickupa. Za godzinę bądź gotowa. L.
Uśmiechnęła się.