czerwca 28, 2015

#czterdzieścitrzy. nienawidzę nadziei.


- … orzekam grzywnę w wysokości dwóch tysięcy dolarów oraz trzydzieści godzin prac społecznych – Luke osunął się na krzesło, luzując duszący go krawat. Czuł, jak strużka potu spłynęła po skroni, a serce na ułamek sekundy zamarło. Reszta słów sędziego praktycznie do niego nie trafiła. Spojrzał za siebie, dostrzegając zapłakaną matkę, która słysząc wyrok sądu wpadła w jeszcze większą rozpacz, ale przez jej łzy przebijał się blady uśmiech i wyraźna ulga. Dopiero w tamtej chwili poczuł całe to zmęczenie związane z ostateczną rozprawą. Zrozumiał, jak wielkie szczęście miał i jak bardzo powinien być wdzięczny losowi za to, jak to wszystko się zakończyło. Na nowo odzyskał wiarę w to, że jego koszykarska kariera miała jeszcze szansę na powodzenie. Że jeszcze nie wszystko stracił.
- Och, kochanie! – powiedziała z drżeniem w głosie Liz, siląc się na powstrzymanie płaczu. Objęła go troskliwie, cały czas powtarzając pełne wdzięczności słowa.
- Mamo! – szepnął w końcu, kiedy kobieta trochę zbyt długo trwała w tym matczynym uścisku. – Mamo! – powtórzył zdecydowanie ostrzej, odsuwając ją od siebie. Wiedział, jak wiele nerwów ją to kosztowało, ale przecież było już po wszystkim. Mogli zapomnieć o tym i ruszyć do przodu.
- Boże, Luke – westchnęła z rozrzewnieniem, chwytając jego twarz w dłonie. Zmusiła go do tego, aby lekko się pochylił. – Nigdy więcej tego nie rób. Kolejnego takiego wyskoku nie przetrwam!
- Mamoooo – jęknął błagalnie, kiedy pocałowała go czule w czoło, wciąż mocno do siebie tuląc. W tej samej chwili, kiedy drzwi do sali rozpraw uchyliły się, dostrzegł na korytarzu znajomą postać. – Już dobrze, mamo. Już dobrze, ale muszę iść – dodał, poklepując ją po plecach. Wyswobodził się z jej objęcia i przeciskając przez wychodzącą z pomieszczenia grupkę ludzi, wybiegł na zewnątrz. Zatrzymał się na środku, z uwagą przyglądając się skulonej sylwetce. Nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie przypuszczał, że mogła się tam pojawić. Całkowicie zaskoczyła go swoja obecnością, tym bardziej że ostatnio sama zmagała się z wieloma własnymi problemami. Nie wyglądała jednak najlepiej. Zapuchnięte oczy, nieuczesane włosy, te same ubrania, w których widział ją dwa dni wcześniej sprawiły, że jego wcześniejsza radość z usłyszanego wyroku ulotniła się momentalnie.
- I jak? – zapytała cicho, dzielnie walcząc z jego spojrzeniem. Poczuł lekkie ukłucie, kiedy tylko rozległ się jej słaby, pozbawiony jakiejkolwiek chęci do życia głos. Chciał jej opowiedzieć wszystko ze szczegółami, ale kiedy tylko otworzył usta, zabrakło mu odpowiednich słów. Nie potrafił się już cieszyć swoim szczęściem, widząc jej cierpienie. Podszedł bliżej i delikatnie dotknął dłonią jej zimnego policzka.
- Cieszę się, że tu jesteś – wyznał z ulgą.
- To trochę moja wina, że to wszystko się tak potoczyło. Nie chciałabym mieć na sumieniu twojej wielkiej kariery koszykarskiej – chciała zażartować, ale ton jej zmęczonego głosu zupełnie na to nie wskazywał. Wiedział, że za wszelką cenę próbowała nie pokazywać swoich słabości, ale puste, szare spojrzenie zdradzało wszystko. Od pogrzebu matki minęło już kilka dni, jednak ona nadal z trudem radziła sobie z sytuacją, w której tak nieoczekiwanie się znalazła.
- Jak się czujesz? – zmienił temat, całkowicie ignorując jej odpowiedź. Opuściła głowę i ciężko odetchnęła, po czym beznamiętnie wzruszyła ramionami, a kilka czerwonych kosmyków zsunęło się na twarz. Pochwycił jej podbródek i odgarnął włosy za ucho.
- Jest w porządku – odparła bez przekonania, celowo unikając kontaktu wzrokowego. Zsunął dłoń po jej ramieniu, splatając ciasno ich palce. Była beznadziejnym kłamcą w takich sytuacjach, dlatego nie był w stanie uwierzyć w ani jedno słowo. Chciała wyglądać na silną i nieustraszoną, ale on doskonale wiedział, że pod tą maską kryje się zagubiona, zlękniona dziewczynka, która potrzebowała pomocy. Był świadom tego, że nienawidziła rozmawiać o swoich problemach, dlatego nawet nie zamierzał ciągnąć dalej tej kwestii. 
- Masz może ochotę na małe wagary? I tak już niewiele zajęć nam zostało, nic nie stracisz. To jak? – spytał z chytrym uśmiechem, licząc na to, że uda mu się choć na chwilę ją rozweselić. Spojrzała na niego ponuro, ponownie wzruszając ramionami.
- Powinieneś teraz cieszyć się z najbliższymi – wyjaśniła, chcąc najwyraźniej kolejny raz mu uciec.
- Tak zamierzam właśnie zrobić – powiedział z nutką radości, wypuszczając jej dłoń z objęcia i podbiegł do czekających po drugiej stronie korytarza rodziców. Uściskał matkę, szepnął jej kilka słów na ucho i nim Ariel zdążyła jakkolwiek zareagować, on był już z powrotem przy niej.
- W takim razie życzę udanego świętowania – mruknęła cicho, gotowa do odejścia. Luke pospiesznie złapał ją za rękę i ruszył razem z nią w stronę wyjścia. Wiedział, że nie spodziewała się tego, dlatego nie zamierzał nawet kryć tego przebłysku triumfu na twarzy. Czuł jednak, jak stawiała mu opór.
- Musimy się tylko zatrzymać u mnie na chwilę, bo koniecznie potrzebuję się przebrać, gdyż ten garnitur zdecydowanie nie jest w moim stylu – zaczął jak gdyby nigdy nic, zsuwając z szyi uciążliwy krawat. Zrzucił również marynarkę, przerzucając ja niedbale przez ramię.
- Ale … - westchnęła zdezorientowana i zmarszczyła czoło. – Przecież powiedziałeś, że wracasz do rodziców.
- Nie, nie, powiedziałem, że idę świętować z najbliższymi – poprawił ją od razu, posyłając niedługi uśmiech w jej kierunku. Nie potrafił ukryć tego, że zaskoczenie malujące się na zmęczonej twarzy sprawiło mu małą radość.
- Kretyn – burknęła pod nosem, nie spodziewając się najwyraźniej tego, że przez panujący tam gwar mógł ją dosłyszeć.
- Doskonale słyszałem! – oznajmił nagle, a ona zdołała wywrócić tylko oczami w charakterystyczny dla siebie sposób.
- No i świetnie – westchnęła.
- No i świetnie – powtórzył za nią, kciukiem sunąc po wewnętrznej części jej dłoni.
Gdy odchodzili, obejrzał się po raz ostatni za siebie, napotykając pełne rozczulenia spojrzenie matki. W tej samej chwili poczuł, jak telefon zawibrował, oznajmiając nadejście kolejnej wiadomości.
Proszę Cię, kochanie, pilnuj jej.
Skinął głową, posyłając Liz krótki, uspokajający uśmiech. Mocniej chwycił rękę Ariel, spoglądając na nią niepewnie. Patrzyła gdzieś przed siebie, sprawiając wrażenie nieobecnej. Dopiero moment później potrząsnęła nieznacznie głową, zerkając na niego nieprzytomnie. Kącik zsiniałych ust delikatnie drgnął, gdy poczuła przyjemnie ciepły dotyk jego palców gładzących chropowatą skórę.
- Więc chodźmy!

#

Okryta śpiworem siedziała na przyczepce swojego pickupa, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Kolejny raz zaciągnęła się papierosowym dymem, z ust wypuszczając niewielki siwy dymek. Od kilku dni jedynym lekarstwem na zmniejszenie cierpienia była potężna dawka nikotyny, która na chwilę zagłuszała ból. Noc była taka cicha i spokojna. Słychać było cykające świerszcze i delikatny szum letniego wiatru. Nagle jednak cała ta atmosfera rozmyła się wraz z przybierającym na sile szeleszczeniem papierowych toreb. Opieszale odwróciła się za siebie, dostrzegając zbliżającą się od strony domu postać. Dość szybko wyrzuciła niedopałek, ruchem ręki próbując rozproszyć unoszącą się w powietrzu mgiełkę. Nie potrzebowała kolejnych morałów Hemmingsa na temat szkodliwości palenia.
 - Dwa razy BigMac, duże frytki i cola – oznajmił wesoło, wskakując na przyczepkę. Zajął miejsce obok niej i wyjął ze środka jeszcze ciepłe kanapki, wręczając jej jedną.
- Nie jestem głodna – powiedziała niepewnie, chcąc mu ją oddać, ale kiedy napotkała jego karcące spojrzenie, zrozumiała, że nie przyjmował żadnej odmowy.
- Jak ludzie mogą się zachwycać tym świństwem – bąknął niewyraźnie, siląc się na poważny ton i  wziął kolejny spory kęs. Długo jednak nie wytrzymał i roześmiał się. Ariel popatrzyła na niego krzywo, ale nie była w stanie skomentować tego. Wpatrywała się w niego przez chwilę, kiedy zachłannie przeżuwał bułkę, zapijając ją colą. – No co? – zapytał w końcu, poprawiając zsuwającą się na czoło czapkę. Ona tylko wzruszyła ramionami, niechętnie rozpoczynając konsumpcję swojej części. Kiedy tylko poczuła coś ciepłego w żołądku, zrobiło jej się niedobrze. Sięgnęła szybko po colę, chcąc ukryć ten niewygodny fakt przed blondynem. Odłożyła kanapkę na bok, skupiając się wyłącznie na tym, aby opanować nudności. Od kilku dni praktycznie nie jadła, bo każda próba kończyła się kolejnym mdłościami.
- Dziękuję, było pyszne – wyznała niepewnie, odwracając od niego wzrok. Luke spojrzał na prawie nienapoczętą kanapkę.
- Przecież praktycznie nic nie zjadłaś – oburzył się. – A dodatkowo tego typu jedzenie nie bywa pyszne.
- Już się najadłam.
- Nie zachowuj się jak dziecko – podsumował, próbując wcisnąć jej ponownie jedzenie, ale momentalnie odepchnęła jego rękę, posyłając pełne złości spojrzenie. Ku jej zdziwieniu dość szybko odpuścił, dając jej spokój. – Mam nadzieję, że wiesz, iż twoje głodzenie nie zwróci jej życia. Poza tym nie zasłużyła na to, abyś dla niej niszczyła swoje życie i zdrowie – dodał chwilę później, a ona poczuła dreszcz na plecach. Zacisnęła usta, które niebezpiecznie zaczęły drżeć. Nie przypuszczała, że wspomnienie matki tak mocno w nią uderzy. Chciała pokazać całemu światu, że poradziła sobie z tym odejściem, że była dzielna i silna, ale w tamtej chwili tak misternie budowany mur znowu legł w gruzach. Ścisnęła pięści, próbując zatrzymać to bolesne drżenie.
- Doskonale wiem, że moja matka nie była ucieleśnieniem dobra! Nie musisz mi tego przypominać. Ale nikt nie zasługuje, aby umierać samotnie. Nawet ona. I nie była potworem, jak ci się wydaje. Była chora, ale nikt nie potrafił jej pomóc.
Poczuła silne ukłucie w klatce piersiowej, odruchowo wstrzymując powietrze. Odetchnęła głębiej, zaciskając mocniej powieki. Tak wiele wysiłku musiała wkładać w to, aby całkowicie nie rozkleić się przed nim, że aż w końcu zaczęło jej brakować tchu.
- Przepraszam – mruknął niespodziewanie, jakby nieco przestraszony, podsuwając się bliżej. Jego ramiona nagle objęły ją troskliwie, przygarniając do siebie. Nie miała siły, aby mu się przeciwstawić, choć tak bardzo pragnęła, aby dał jej spokój, aby sobie wreszcie poszedł. Poczuła przenikliwe ciepło jego ciała, resztkami sił broniąc się przed okazaniem jakichkolwiek emocji, ale gdy pierwsza łza spłynęła po zaróżowiałym policzku, nie potrafiła już dłużej nad sobą panować. Nie umiała tego powstrzymać.
- Dlaczego? – zawyła żałośnie, tracąc kontrolę. Luke chwycił jej twarz w dłonie i zgarnął z niej opadające natrętnie włosy. Zmusił do tego, aby na niego spojrzała. – Co jest ze mną nie tak?
- Musisz się uspokoić – zarządził stanowczo, widząc jak powoli zaczynała odpływać. Oddychała coraz ciężej, ciągle zanosząc się histerycznym płaczem. – Ariel, kurwa, uspokój się! – krzyknął. Otarł z policzków łzy i przyciągnął ją do siebie. Wciąż trzęsła się i mimo iż próbowała, nie potrafiła zapanować nad tym. Wtuliła się w niego mocniej, czując jak z niesamowitą czułością gładził jej plecy, szeptając coś na ucho. Była tak rozhisteryzowana, że początkowo kompletnie nie rozumiała jego słów. Dopiero później, gdy płacz przeradzał się w tłumione, pojedyncze jęki, gdy oddech normował się, a szaleńczo bijące serce zdawało zwalniać tempo, zorientowała się, że to nie były zwyczajnie szeptane słowa. On dla niej śpiewał. Nie znała tej piosenki, melodia zupełnie z niczym jej się nie kojarzyła, ale kojący ton jego głosu sprawiał, że powoli odzyskiwała nad sobą kontrolę. Przymknęła zapuchnięte powieki, układając wygodniej głowę na jego ramieniu.
- Nie przestawaj – wychrypiała, kiedy zamilkł, kołysząc ją w takt szumiącego wiatru. Okrył ją swoją bluzą, kiedy tylko wyczuł, jak kolejny raz zadrżała i mocniej otulił ja ramionami, jakby była kruchą, porcelanową laleczką, którą pragnął ochronić przed całym złem świata. Śpiewał więc dalej, a ona wsłuchana w jego głos, przestawała myśleć o bólu. Wszystko się wyciszyło.
- Nie chcę cię stracić – wyznał niespodziewanie, sprawiając że raptownie zadarła głowę i z przerażeniem na niego spojrzała. Zerknął na nią nieśmiało, sunąc palcem po jej policzku. Ona jednak wciąż milczała, nie będąc do końca pewną, co powinna w tamtej chwili powiedzieć.
- Luke … - szepnęła, a na jego ustach pojawił się niewyraźny zarys uśmiechu. Podsunęła się i usiadła naprzeciw niego. Była w totalnej rozsypce, nie potrafiła się pozbierać, a jego słowa spowodowały jeszcze większe spustoszenie w jej i tak zdewastowanym już życiu.
- Nie musisz nic mówić – zapewnił ją, sięgając po obie dłoni. Otulił je czule. – Po prostu bądź tutaj, obok. Choćby na chwilę.
Zamarła. Dostrzegła w jego oczach coś, czego tak bardzo się obawiała. Coś czego za wszelką cenę chciała uniknąć. On miał nadzieję. Wierzył, że to nie koniec, a ta świadomość niszczyła ją jeszcze bardziej.
- Ale …
- Naprawdę nie musisz nic mówić – powtórzył, siląc się na nikły uśmiech. Zachłysnęła się powietrzem, ale czuła, że nie miała już siły, aby płakać. Podsunęła się tylko do niego, wpatrując się uparcie w ich złączone dłonie.
- To nie powinno się nigdy wydarzyć – wyszeptała. – Nie możesz mieć nadziei. Nie może dawać mi nadziei. Nie możesz – ostatnie słowa wypowiadała już bez żadnego przekonania, kiedy przyciągnął ją z powrotem do siebie. Ponownie zatracała się w jego czułym dotyku, zapominając o wszystkich złych rzeczach.
- Wiem – przyznał z pełną szczerością, sunąc ręka wzdłuż jej pleców. – Ale możemy o tym pomyśleć jutro?
Wstrzymała na moment oddech i odchyliła się lekko, by na niego spojrzeć. Przez niedługą chwilę wpatrywała się w jego jasne oczy, uparcie śledzące każdy jej najmniejszy ruch. W końcu skinęła nieznacznie głową, dostrzegając jak w tej samej sekundzie na jego twarzy pojawił się niewielki dołeczek. Uniosła dłoń i przesunęła opuszkami po jego nieogolonym policzku. Przeniosła niespiesznie lekko zmieszany wzrok na jego usta i pocałowała go.
- Pomyślimy jutro – powtórzyła cicho.