Orzeźwiający chłód
wody mineralnej wypełnił całe jego wnętrze, niosąc chwilę
zbawiennego ukojenia. Zakręcił butelkę i przyłożył zroszone
kropelkami opakowanie do rozgrzanego czoła. Z błogim westchnieniem
przerzucił przez ramię torbę treningową i ruszył niespiesznie za
wlokącymi nogami ze zmęczenia przyjaciółmi. Gdzieś z boku doszły
go podekscytowane dziewczęce szepty, dlatego delikatnie skręcił
głowę i spojrzał w bok na kończące swoją rozgrzewkę w rogu
sali gimnastycznej cheerleaderki. Kąciki ust drgnął delikatnie,
kiedy dostrzegł jak momentalnie zamilkły, odwracając speszone
spojrzenia. Zerknął prawie niezauważalnie na Irwina, który
właśnie przerzucił pomiętą koszulkę przez plecy, z premedytacją
chwaląc się swoim umięśnionym ciałem. Doskonale zdawał sobie
sprawę z jego próżności i nieustającej chęci popisania się
przed dziewczynami. Michael wcale nie był lepszy, choć robił to
chyba nieco bardziej dyskretnie.
- Ale musisz
przyznać, że ten nowy jest całkiem dobry – przyznał z uznaniem
Ashton, kozłując piłką do kosza między nogami. Odwrócił się
za siebie i rzucił nią w jego stronę, sprawdzając najwyraźniej
refleks przyjaciela. Przy okazji zdążył również przeanalizować
całą grupkę tancerek, mrugając do jednej okiem. Luke schował
piłkę do torby i otarł ręcznikiem wilgotną od potu twarz, po
czym zrobił kolejny łyk ochładzającego napoju. Wzruszył
obojętnie ramionami i wsunął palce w mokre włosy, mierzwiąc je
na wszystkie strony.
- Niezły – odparł
zdawkowo i sięgnął do kieszeni spodni po telefon. Cwany uśmieszek
przebiegł przez jego przemęczoną twarz, gdy tylko odczytał
wiadomość. Odetchnął głęboko i z nową siłą popatrzył na
dwóch chłopaków przed nim. W jego jasnych oczach pojawiły się
znajome ogniki, zwiastujące kłopoty.
- Znam ten uśmiech
– stwierdził po chwili ciszy z rozbawieniem Michael. - Będzie
ruchanko! - zawył donośnie, zanosząc się histerycznym śmiechem.
Hemmings rzucił mu pogardliwe spojrzenie i wzniósł wysoko oczy,
kręcąc z powątpiewaniem głową. Mimo że był przyzwyczajony do
głupoty swoich przyjaciół, to bywały chwile jak ta, kiedy wciąż
potrafili go przykro zaskoczyć.
- Za jakie grzechy –
mruknął z niezadowoleniem, mijając chłopaka. Stanowczym krokiem
ruszył w stronę wyjścia ze szkoły, zostawiając roześmianą
dwójkę za sobą. Czasami naprawdę zadawał sobie pytanie, dlaczego
wciąż ich tolerował. Zeskoczył ze schodków i bez obracania się
za siebie, podążył w kierunku parkingu. Obok swojego samochodu
dostrzegł zaparkowany czarny, lśniący motor, który należał do
Michaela. Starał się ukrywać swoją zazdrość za każdym razem,
kiedy Clifford podjeżdżał nim pod szkołę, bo sam mógł jedynie
o takim pomarzyć, odkąd matka dobitnie oznajmiła mu, co sądziła
na temat tego niebezpiecznego środka transportu.
- Ej, Hemmings! –
Ashton krzyknął za nim, kiedy wrzucał torbę na tylne siedzenie,
gotów ruszać w drogę powrotną do domu. Zatrzymał się i
niechętnie spojrzał na wychodzących z budynku kolegów.
- Czego?
- Wyluzuj! - odrzekł
i uspokajającym gestem dłoni dał mu do zrozumienia, że zamiary
miał całkowicie pokojowe.
- Widzisz przecież,
że spieszy się do panienki – ocenił z typowym dla siebie
rozbawieniem Mike, sięgając po schowany pod siedzeniem soczyście
zielony kask o metalicznym połysku. Luke obrzucił go lekceważącym
spojrzeniem i głęboko odetchnął, ignorując tak dziecinne
zaczepki. Zwrócił się ponownie do Irwina z wyczekująco
uniesionymi brwiami.
- Szukałeś kiedyś
swojej niebieskiej koszuli – zaczął beznamiętnie, zmieniając
temat i podszedł do zaparkowanego po drugiej stronie samochodu. Z
bagażnika wyjął coś zapakowanego w niewielką, papierową
torebkę. - Moja matka sprzątała ostatnio domek na plaży i
znalazła to w ostatnim pokoju na górze – dodał, wręczając
pakunek. Luke rozchylił opakowanie, wyjmując z delikatnym uśmiechem
na ustach swoją zgubę. Bardzo lubił tę koszulę i miał do niej
ogromny sentyment, dlatego tak ucieszył go fakt, że jednak
odnalazła się.
- Podziękuj mamie –
mruknął radośnie, ale w tej samej chwili poczuł ten niedający mu
od jakiegoś czasu spokoju zapach.
Czekolada.
Wymieszana z charakterystycznym papierosowym dymem.
Czubek jego nosa
zadrgał delikatnie, jakby próbował dokładniej wyczuć specyficzną
woń. Zmarszczył czoło i rozłożył pognieciony materiał na całą
jego szerokość. Koszula wyglądała dokładnie tak samo jak ta,
którą zgubił, ale istniała jedna istotna różnica. Ta trzymana
przez niego w dłoniach była kilka rozmiarów mniejsza. I nie miała
małej dziurki po przypadkowo wyrwanym ostatnim dolnym guziku.
- Czy to wygląda
jak moja koszula? - bąknął zażenowany jego bezmyślnością,
machając mu kraciastym materiałem przed oczami. Ashton cofnął się
na krok, z grymasem na twarzy odpychając sprzed nosa rękę
przyjaciela.
- Odwal się,
przecież praktycznie jest identycznie – odparł obronnym tonem,
wykrzywiając usta w geście całkowitego rozżalenia.
- Chyba troszkę
skurczyła się w praniu, czy coś – zażartował Mike i wyrwał
niebieską flanelę z rąk blondyna. Przyłożył ją do klatki
piersiowej, zatrzepotał w typowo dziewczęcy, nieco przerysowany
sposób rzęsami, zakręcił biodrami i kolejny raz zaniósł się
głośnym rechotem. Luke wymienił tylko krótkie spojrzenie z
Ashtonem, który obojętnie wzruszył ramionami, nie poświęcając
kulącemu się ze śmiechu koledze nawet chwili uwagi.
- Nie mam bladego
pojęcia, dlaczego ja wciąż zadaję się z taką bandą idiotów –
wyznał z cichym westchnieniem Hemmings i nie czekając już na
reakcję któregokolwiek z nich odebrał od Mike'a koszulę, bez
słowa wsiadając do samochodu. Odrzucił ją na boczne siedzenie,
przekręcając kluczyk w stacyjce.
- Bo nas kochasz, to
jest najprawdziwsza miłość Lucasku – krzyknął za nim Ash, gdy
ten starał się wyjechać z parkingu, nie potrącając przy okazji
pchających się na maskę chłopaków. W końcu jednak udało mu się
ich ominąć i z piskiem opon opuścił szkolny teren.
Gdy z radia zaczęła
płynąć doskonale znana mu melodia, zrobił głośniej, wystukując
palcami charakterystyczny rytm na kierownicy. Kątem oka spojrzał na
zwisającą z oparcia koszulę, nie mogąc pozbyć się tego dziwnego
przeczucia, które pojawiło się wraz z wyczuwalną nawet w tamtej
chwili czekoladową woń. Próbował się skupić, by odgrzebać w
pamięci jak najwięcej szczegółów, ale nie był w stanie
przywołać żadnych konkretnych wspomnień, poza kilkoma rozmazanymi
obrazami. Jego rozmyślania przerwał sygnał nadchodzącej
wiadomości. Sięgnął po telefon, spoglądając z uśmiechem na
ekran i mimo że wiadomość pochodziła od zupełnie nieznanego mu
numeru, doskonale wiedział kto był nadawcą.
Świeża dostawa.
Stary magazyn. 22.00. Zainteresowany?
Już miał wystukać
odpowiedź, kiedy niespiesznie uniósł wzrok, zerkając przelotnie
na ulicę. W ostatniej chwili udało mu się wyhamować przed
przechodzącą przez pasy dziewczyną, a pisk hamulców dało słyszeć
się w całej okolicy. Samochód zakołysał się niebezpiecznie, a
zderzak znalazł się kilka centymetrów przed nogą blondynki.
Gwałtownie wstrzymał oddech i z szeroko otwartymi z przerażenia
oczami spojrzał znad kierownicy na równie przestraszoną
nieznajomą, która zamarła w bezruchu. Kula, na której do tej pory
się podpierała z głuchym łoskotem upadła na asfalt, a plecak
przewieszony przez jej ramię zsunął się z ręki, z pełnym
impetem lądując u jej stóp. Kilka książek wysypało się na
ulicę. Kaptur bluzy, który dotąd skrywał przed nim jej tożsamość
zsunął się z włosów, a kaskada jasnych kosmyków opadła na
plecy. Niespiesznie skręciła głowę, a pełne strachu błękitne
spojrzenie zatrzymało się na nim. Znieruchomiał, a mrożący
dreszcz przebiegł wzdłuż jego pleców, powodując nieprzyjemny
ucisk w żołądku. Z całej siły zacisnął palce na kierownicy,
zagryzając wargi. Kiedy zaczęło brakować mu tchu, zaczął
szaleńczo chwytać każdy haust powietrza, nadal czując na sobie
spojrzenie jasnych tęczówek. Podsunął się bliżej przedniej
szyby, potrząsając lekko głową. Nie mógł pozwolić, by
ktokolwiek dostrzegł jego niezaprzeczalne przerażenie, dlatego czym
prędzej otworzył okno i wychylił się przez nie. Za wszelką cenę
musiał ukryć swoje zdenerwowanie pod maską wściekłości.
- Jak łazisz,
kretynko! - wrzasnął na nią, kiedy nieporadnie zaczęła zbierać
wszystkie swoje rzeczy z jezdni. Znowu się zatrzymała w połowie
kroku i z lekko zmrużonymi powiekami popatrzyła w jego stronę.
- Jak jeździsz,
kretynie! - odkrzyknęła z furią, czerwieniejąc ze złości. Luke
pokręcił bezradnie głową i ponownie zajął wygodną pozycję w
fotelu, gotów ruszyć z miejsca, kiedy tylko dziewczyna miała
uporać się z całym tym bałaganem. Zaczął nerwowo postukiwać
kciukiem, widząc jak ociężale ze wszystkim sobie radziła. Co
chwilę wypadała jej kolejna rzecz, a ona z trudem schylała się,
aby na nowo podnieść ją z ziemi.
- Cholerna kaleka! -
syknął rozzłoszczony i wycofując nieznacznie samochód, ominął
ją, nie poświęcając nawet krótkiego spojrzenia.
#
Z trudem odpychała
się od ziemi, końcówkami palców zahaczając o wydeptaną kępę
trawy, by huśtawka nadal się bujała. Stare, zardzewiałe łańcuchy
trzeszczały przeraźliwie nawet przy najmniejszym ruchu, ale Ariel
zupełnie to nie przeszkadzało. Przywykła do tego osobliwego
hałasu, z zamkniętymi oczami rozkoszując się ostatnimi
promieniami chowającego się za horyzont słońca. Nagle błogą
ciszę zakłócił tak dobrze znany jej warkot silnika, a tuż przy
wysokim, rozłożystym drzewie zatrzymał się stary, ciemno bordowy
ford. Za kierownicą siedział uradowany Calum. Zmrużyła mocniej
oczy i z uwagą przyglądała mu się. Kiedy wyłączył auto i
otworzył drzwi z przeraźliwym skrzypieniem, dziewczyna skrzywiła
się z grymasem na twarzy. Czarnowłosy w swojej euforii nie
zauważył, że stopa zaplątała się w poluzowany pas
bezpieczeństwa i gdy tylko chciał zrobić pierwszy krok, poleciał
z pełnym impetem twarzą prosto na ziemię. Ariel parsknęła
prześmiewczo i potrząsnęła lekko od niechcenia głową, bo mimo
upływu lat niezdarność jej przyjaciela wciąż była nieodłącznym
elementem jego istnienia i śmiało mógł używać jej jako drugiego
imienia. Hood w mgnieniu oka pozbierał się i z przygłupim
uśmieszkiem podbiegł do niej, strzepując z kolan resztki piasku.
Zajął miejsce na drugiej huśtawce, próbując doczyścić
pobrudzone dłonie.
- Nadal zaskakuje
mnie fakt, że ty żyjesz, a co lepsze, jesteś cały i zdrowy –
westchnęła z udawanym podziwem, za co Calum wykrzywił tylko
śmiesznie usta, walcząc ze świeżymi plamami na nogawkach spodni.
Postanowił zignorować jej niepotrzebną uwagę.
- Chyba przyjęli
mnie do drużyny – pisnął nagle podekscytowany, a promienny
uśmiech rozjaśnił jego przemęczoną twarz. Dłużej nie potrafił
ukrywać przed nią tego faktu. Zeskoczył na ziemię i bez żadnego
ostrzeżenia chwycił ją w ramiona, z całej siły ściskając.
- Hood! - wrzasnęła,
okładając go pięściami. - Nienawidzę tych twoich
niezapowiedzianych czułości! W dodatku śmierdzisz! - dodała z
obrzydzeniem, odsuwając go od siebie. Jednak nawet jej zniesmaczenie
nie było w stanie zepsuć jego dobrego nastroju. Odstawił ją z
powrotem i poprawiając podciągniętą koszulkę, spojrzał na nią
z niesamowitą radością w brązowych oczach. Ariel obrzuciła go
pogardliwym wzrokiem, ale chwilę później krótki półuśmiech
przemknął przez jej twarz.
- Nie może być! -
Calum klasnął w dłonie. - Panienko Keller, czy to był uśmiech na
twym zafrasowanym obliczu?
- Spierdalaj –
szepnęła mu na ucho z typowym dla siebie jadem w głosie i
poklepała go przyjaźnie po ramieniu. Chłopak roześmiał się i z
dezaprobatą popatrzył na przyjaciółkę.
- Ale tylko spójrz,
dostałem nawet całkiem nowiutki treningowy komplet – oznajmił
podnieconym głosem i z dumą zrobił koślawy piruet, prezentując
nowy dres. Dziewczyna popukała się w czoło.
- Jesteś skończonym
głupkiem – oceniła, ale on uśmiechnął się jeszcze szerzej,
gładząc dłonią śliski materiał swojego ubrania, z którym jak
mogła się łatwo domyślić nie miał zamiaru rozstawać się przez
kolejny miesiąc. A może nawet do końca życia.
- Od dziś
przyjaźnisz się z najprawdziwszym członkiem drużyny, która
aspiruje do tytułu mistrzowskiego w rozgrywkach stanowych! -
powiedział doniośle, wypinając pierś. Ariel skinęła bez
przekonania głową, bo tak naprawdę nigdy nie rozumiała tego
zafascynowania Caluma koszykówką.
- I tylko dlatego
kazałeś mi tutaj przychodzić? - zapytała ze znudzeniem, a on
pokiwał z entuzjazmem głową. Kilka niesfornych, ciemnych loczków
opadło mu na czoło.
- Czyż to nie
wspaniałe?
- Nie – burknęła
obojętnie, krzywiąc się. Schyliła się po leżący obok huśtawki
plecak i z niemałym trudem przerzuciła go przez ramię.
- Okaż choć trochę
udawanego zainteresowania! - Hood szturchnął ją lekko w ramię,
sprawiając że delikatnie zachwiała się, tracąc na chwilę
równowagę.
- Nie mam czasu –
odparła, dopinając wypchaną po brzegi podręcznikami torbę –
Muszę iść do jakiegoś idioty i uczyć go poprawnego komunikowania
się w jego ojczystym języku. A dodatkowo ledwo uszłam dziś z
życiem, bo jakiś inny kretyn prawie we mnie wjechał – sapnęła
zdegustowana i wzniosła bezradnie ręce. Calum cicho westchnął i
odebrał od niej ciężki plecak.
- Ale masz się
dobrze, jak widzę – stwierdził spokojnie, lustrując uważnie
całą jej sylwetkę. Dziewczyna prychnęła urażona, nie mogąc
pogodzić się z tym, jak obojętnie podszedł do sprawy jej zdrowia
i życia. - Już dobrze, dobrze. Podwiozę cię, moja biedna
orędowniczko niosąca te nieocenione pokłady wiedzy zacofanemu
ludowi! - przyznał patetycznie, obejmując ją mocno ramieniem.
Ariel wbiła mu łokieć w żebra, co skończyło się jego
przeciągłym jękiem.
- I gratuluję tego
miejsca w drużynie – szepnęła w końcu, pociągając go lekko za
spód koszulki, gdy szli objęci w stronę forda. Calum popatrzył na
nią z góry i troskliwie pocałował w czoło, po czym głośno się
roześmiał, pomagając wsiąść jej do samochodu.