- Popatrz! - pisnęła
z podekscytowaniem Ariel, rzucając na stolik pomiętą kartkę w
kolorze jaskrawej zieleni z wielkimi czarnymi literami i jednym,
raczej nie rzucającym się w oczy koślawym rysunkiem perkusji.
Lokalne radio organizowało konkurs, w którym główną nagrodą
była możliwość nagrania własnego demo w profesjonalnym studio.
Calum przełknął resztkę szkolnego obiadu i oblizując usta,
spojrzał na nią z nieudawanym niezrozumieniem. Dziewczyna
przewróciła tylko oczami i westchnęła bezradnie, biodrem
delikatnie go popychając. Wcisnęła się na zajmowaną przez niego
ławkę i porwała z plastikowej tacki resztkę czekoladowej
babeczki. Z błogim uśmiechem na ustach pochłonęła słodką
muffinkę, wskazującym palcem sunąc po wielkim tytule na papierowym
ogłoszeniu. Bez żadnego skrępowania poczęstowała się również
colą z otwartej przez chłopaka puszki.
- Super, świetnie,
fantastycznie – przytaknął czarnowłosy, siorbiąc swój napój
przez kolorową słomkę, po tym jak dość stanowczo, mimo jej
protestów i oburzonej miny, odzyskał swoją własność. - Ale co
to ma wspólnego ze mną?
- Oh głuptasku! -
Keller odparła przez zaciśnięte zęby, ostatkiem silnej woli
hamując swoje rozdrażnienie. Zmierzwiła palcami jego czuprynę i
posłała krótki, nieco sarkastyczny uśmiech. Usiadła wygodniej,
potrząsnęła głową i dumnie wypięła pierś do przodu, po czym
odchrząknęła znacząco. - Prezentuję ci nowy, niezwykle
utalentowany i obiecujący zespół: Małe Syrenki! - dodała i
rozpostarła na całą szerokość ręce, po czym wyszczerzyła zęby,
zalotnie pomrugując powiekami. Lekko oszołomiony Calum rozejrzał
się na boki po wypełnionej uczniami stołówce z uniesioną w
geście zdezorientowania brwią. Wykrzywił usta, zerkając w stronę
Ariel.
- Kogo masz na
myśli? - zapytał bojaźliwie, a wyraz jej twarzy spowodował, że
niezauważalnie odsunął się na kilka centymetrów. Znowu pokręciła
głową, próbując udawać, że nie usłyszała jego pytania.
Opuściła ręce i z dezaprobatą uderzyła dłońmi w swoje nogi.
Odetchnęła głęboko i podsunęła się do niego, obejmując go
ramieniem. Przytuliła się do chłopaka.
- Mówię o nas,
idioto! – syknęła z wymuszonym, anielskim uśmieszkiem na twarzy,
a Calum przełknął jedynie nerwowo ślinę, otwierając szerzej
oczy.
- Chyba żartujesz –
jęknął przerażony.
- Nie. Poza tym
mieliśmy już debiut, jako duet – wyjaśniła spokojnie, chwytając
leżącą na blacie kartkę. Rozprostowała ją w dłoniach i z
malującym się w oczach podekscytowaniem prześledziła kolejny raz
wzrokiem treść ogłoszenia. Czubek jej języka sunął po wardze.
- Ariel, to były
urodziny mojej przygłuchej babci.
- I? - dopytywała
ze wzruszeniem ramion, jakby ten fakt zupełnie nie miał dla niej
żadnego znaczenia.
- Tylko się
ośmieszmy.
- Pieprzysz głupoty,
twoje piosenki są genialne! Dodając do tego mój niebanalny głos i
dobre gitarowe brzmienie, zmieciemy ich wszystkich! - wyznała z
ogromną pewnością w głosie, dla przypieczętowania swoich racji
uderzając pięścią w stolik. Calum aż drgnął, mrużąc
nieznacznie oczy.
- Nie –
odpowiedział krótko, ale nie miał odwagi by spojrzeć jej w oczy.
Ariel parsknęła prześmiewczo.
- Calum – odezwała
się do niego nad wyraz ostrożnie, obejmując jego dłoń. Chłopak
podniósł zlękniony wzrok, a kąciki jej ust delikatnie uniosły
się.
- Nie! - powtórzył
niespodziewanie, jakby nieco bardziej zdecydowanie, ale to tylko
spotęgowało jej rozbawienie. Z zaciekawieniem uniosła jedną z
brwi i znowu zbliżyła się do niego. Zakręciła kosmyk włosów
wokół palca, wysuwając do przodu usta.
- Calum, słońce
moje – westchnęła ciężko. - Nie zapomniałeś o czymś?
- O czym?
- Punkt dwudziesty.
Hood patrzył przez
chwilę otępiałym wzrokiem na blondynkę, analizując jej słowa,
kiedy wyczekująco spoglądała na jego reakcję. Nie miał pojęcia,
o co mogło jej chodzić. Jednak gdy sugestywnie zaczęła poruszać
brwiami, wszystko stało się jasne. Sekundę później opuścił
zrezygnowany ramiona, pochylając pokornie głowę.
- OK! - zgodził się
i mimo iż ta akceptacja była wymuszona szantażem, to Ariel
klasnęła z radością w dłonie, po czym pocałowała go przelotnie
w policzek i chwytając opartą o bok stołu kulę, podniosła się z
siedzenia. Odwróciła się przez ramię i puściła do niego oczko,
ale Calum najwyraźniej nie podzielał jej szampańskiego nastroju. -
Tylko musimy wymyślić nową nazwę! - zastrzegł od razu, a ona
przytaknęła dla świętego spokoju, choć chyba oboje doskonale
wiedzieli o tym, że decyzja podjęta przez dziewczynę była wiążąca
i niemożliwa do zmiany.
- Muszę powiedzieć
o tym Ronnie! - oznajmiła pobudzonym głosem. - A tak w ogóle, to
gdzie ona jest? - zapytała z wahaniem, rozglądając się po gwarnym
pomieszczeniu w poszukiwaniu przyjaciółki. Dopiero teraz odkryła
brak jej obecności.
- Pewnie mizia się
z tym swoim tajemniczym chłopakiem, którego jeszcze nikt nie
widział – odparł z nutką odrazy Cal, ale Ariel wzruszyła tylko
obojętnie ramionami, nie zamierzając się na razie tym zupełnie
przejmować.
- Lecę, bo mam
stawić się zaraz w biurze dyrektorki.
- Tylko nie połam
nóg – zażartował na odchodne, a jego twarz po raz pierwszy tego
popołudnia rozjaśniło prawdziwe szczęście, zwłaszcza, że
rzadko wychodziły mu podobne riposty. Ariel w typowy dla siebie
sposób wzniosła oczy, machnęła na niego ręką i opierając się
na kuli, dokuśtykała do wyjściowych drzwi stołówki.
#
Przechodząc obok
sekretariatu, posłał w kierunku pani Clark ciepły uśmiech, a
kobieta bez wahania odpłaciła mu tym samym. Doskonale zdawał sobie
sprawę z własnego uroku, któremu nawet pracujące dla jego matki
sekretarki nie były w stanie się oprzeć. Poprawił czapkę,
przekręcając daszek do tyłu, a kilka niesfornych kosmyków nad
uchem wysunęło się spod nakrycia. Sięgnął do kieszeni po
telefon i przeskoczył kolejne piosenki na playliście, zatrzymując
się dopiero na dziesiątej pozycji. Ze słuchawki popłynęła
znajoma muzyka, a na jego usta wpełzł błogi uśmiech zadowolenia.
Nie miał pojęcia, dlaczego został wezwany w trybie
natychmiastowym, jednocześnie musząc zrezygnować z przerwy
obiadowej. Z niedbale przewieszonym przez ramię plecakiem zajął
jedno z wolnych miejsc w poczekalni, nie mogąc uwierzyć w to, że
musiał czekać w kolejce, by spotkać się z własną matką.
Wysunął przed siebie długie nogi, opierając głowę o ścianę i
z przymkniętymi oczami wsłuchiwał się w kolejny kawałek na
liście.
Równie szybko
uniósł powieki, kiedy tylko wyczuł gdzieś nieopodal zapach
czekolady. Rozejrzał się nerwowo dookoła, ale dostrzegł tylko
siedzącą w kącie po drugiej stronie korytarza dziewczynę. Między
nogami trzymała wypełniony po brzegi książkami plecak,
niespokojnie ugniatając w dłoniach jego skórzany pasek. Opuścił
obojętny wzrok, choć nie potrafił się pozbyć tego dziwnego
wrażenia, które czasami nawiedzało go po felernej nocy, podczas
której został okradziony z ulubionej koszuli. Jeszcze raz spojrzał
na siedzącą w kompletnej ciszy blondynkę. Miała na sobie stare,
poprzecierane jeansowe ogrodniczki, pod którymi dostrzegł rozdarty
t-shirt Nirvany. Westchnął ciężko, bo był przekonany, że nie
zdawała sobie nawet sprawy, kim ten zespół był, nie wspominając
już nawet o ich muzyce, a takich ludzi nigdy nie tolerował.
Dziewczyna musiała wyczuć jego namolne przypatrywanie się, bo w
pewnej chwili uniosła głowę, a przesłaniająca dotąd jej twarz
grzywka rozsunęła się na boki. Puste, błękitne spojrzenie
uważnie zlustrowało jego oblicze, a cały ten czas żadna z jej
powiek nawet nie drgnęła. Luke miał przez ułamek sekundy
wrażenie, że kąciki jej ust uniosły się, ale wyraz twarzy
dziewczyny pozostawał niezmiennie kamienny, dlatego wmówił sobie,
że musiało mu się coś przywidzieć. W końcu blondynka wróciła
do bazgrania w swoim pokrytym czarną skórą szkicowniku, który
trzymała na kolanach. Ciszę burzyło teraz szuranie końcówki
długopisu po papierze.
Drzwi do gabinetu
Liz otworzyły się z cichym skrzypieniem, a ze środka wyszedł
jakiś uczeń. Zaraz za nim Hemmings ujrzał matkę, która
uśmiechnęła się szeroko na jego widok. W jej spojrzeniu było
jednak coś niepokojącego. Jego entuzjazm był nieco mniejszy, bo
właśnie tracił długą przerwę na jakieś tajemnicze spotkania,
które równie dobrze można było przeprowadzić po zajęciach w
domu.
- Luke, Ariel,
zapraszam – oznajmiła uroczyście kobieta i ruchem ręki nakazała
wejść do środka. Kątem oka dostrzegł, że towarzysząca mu
wcześniej dziewczyna również podniosła się z niewygodnego
krzesełka, po czym chwyciła kulę i ruszyła w jego stronę,
starając się nie wypuścić ciężkiego plecaka. Z zaciekawieniem
obserwował jak kuśtykając, zbliżała się do niego. Stał w
przejściu, dlatego kiedy tylko dotarła, również się zatrzymała,
nie mając jak go ominąć. Niespiesznie zadarła głowę, posyłając
mu krótkie, wymowne spojrzenie. Nie wiedział dlaczego, ale kąciki
jego usta zadrżały delikatnie.
- Ariel? - powtórzył
dla pewności imię z malującym się na twarzy niedowierzaniem,
spoglądając z zainteresowaniem za jej plecy, jakby czegoś
poszukiwał.
- Co ty robisz?! -
zapytała z nagłą wściekłością, odpychając go od siebie.
Ścisnęła mocno usta, rzucając gromem złośliwych spojrzeń w
jego stronę. Luke zaśmiał się tylko głośno, widząc jej
zdenerwowanie.
- No wiesz,
rozglądałem się za jakimś ogonem, płetwą, czy co wy tam
hodujecie w tym syrenim świecie – wyjaśnił z powagą,
gestykulując żywo dłonią. Uniesiona brew dziewczyny i drgające
co jakiś czas mięśnie twarzy świadczyły o tym, że resztkami sił
walczyła ze sobą, aby nie wybuchnąć. Policzki momentalnie
poczerwieniały.
- No chodźcie! -
ponaglający głos Liz dobiegł ze środka pomieszczenia, przerywając
tym samym wymianę iskrzących spojrzeń między nimi. Ariel fuknęła
rozeźlona i dzielnie dzierżąc na ramieniu plecak, potraciła
chłopaka w wejściu, udając się w stronę biurka dyrektorki.
- Kto nazywa swoje
dziecko Ariel?! - zapytał szeptem samego siebie, podążając zaraz
za blondynką, ale chyba nie spodziewał się, że mogła go
usłyszeć. Przystanęła w połowie kroku i z mordem w oczach
odwróciła się do niego.
- Lepsza Ariel, niż
dupek.
#
Bez obracania się
za siebie, czym prędzej wydostała się z gabinetu pani Hemmings,
marząc jedynie o tym, aby znaleźć się w możliwie dalekiej
odległości od jej syna. Początkowo chciała zignorować jego
pierwszą nieobecność, ale okazał się być zwykłym kretynem, dla
którego nie warto było tracić cennego czasu. Jego matka próbowała
wymusić na nim przeprosiny, ale Ariel nie miała nawet na nie
ochoty. Podziękowała obojgu i bez słowa opuściła pomieszczenie.
Miała teraz inne, zdecydowanie ważniejsze sprawy na głowie.
- Ej! - usłyszała
za sobą zachrypnięty głos, ale nie zamierzała reagować. Nadal
dumnie kroczyła przed siebie, próbując dostać się z powrotem na
stołówkę z nadzieją, że tym razem uda jej się odnaleźć
Ronnie. Jednak uporczywe nawoływaniem nie ustawało. Wsunęła
słuchawki do uszu, ustawiając głośność prawie na maksimum.
Próbowała skupić się na muzyce, ale wciąż miała wrażenie, że
pokrzykiwanie przebija się przez gitarową melodię. Westchnęła
ciężko, nie zwalniając kroku. Z trudem udawało jej się jednak
utrzymywać tak mordercze tempo, dlatego zanim minęła salę
gimnastyczną, zaczęło brakować jej tchu i musiała przystopować.
W tej samej chwili poczuła szarpnięcie w ramieniu. Stanęła twarzą
w twarz z Hemmingsem. Dzielnie znosiła jego świdrujące, niebieskie
spojrzenie. Jedynie strzępki jego słów dochodził do niej, kiedy
tłumaczył zaciekle, jak bardzo zależało mu na tym, aby jednak
podjęła się próby i udzielała mu korepetycji.
- Musisz mi pomóc!
- dodał na sam koniec, a ona z parszywym uśmieszkiem na ustach
wyjęła w końcu słuchawki.
- Mam gdzieś to, że
mamusia dała ci szlaban i zabrała kluczyki od samochodu, telefon
oraz całą resztę dobrodziejstw techniki. Poszukaj sobie innego
korepetytora – postawiła sprawę jasno, dla wzmocnienia efektu,
przytupując nieznacznie stopą. Chłopak wpatrywał się w nią z
prawdziwym smutkiem w oczach. Albo był tak niesamowitym aktorem.
- The Kooks? -
zapytał nagle z nieskrywanym zaskoczeniem oraz podziwem, wskazując
dłonią na zwisające z jej ramion słuchawki, z których płynęła
muzyka, słyszalna nawet dla niego. Ariel wywróciła oczami.
- Słuchaj –
westchnęła zmęczona, opuszczając z bezradnością ramiona. - Nie
zamierzam zmieniać zdania, daj sobie spokój. Bajerować w ten
sposób możesz swoje tępe koleżanki, na mnie to nie działa –
dokończyła i nie czekając na jego reakcję, odwróciła się
plecami, ruszając w przeciwnym kierunku. Przez krótką chwilę
miała nadzieję, że odpuścił, ale wtedy ponownie rozległ się
jego irytujący głos.
- Zapłacę ci
jeszcze raz tyle, ile oferuje moja matka – krzyknął za nią,
celnie trafiając w jej potrzeby. Zatrzymała się, walcząc ze sobą
w myślach. Przymknęła oczy, klnąc cicho pod nosem. Zacisnęła
palce na szeklach plecach i odetchnęła głęboko. Nienawidziła,
kiedy ktoś stawiał ją w sytuacji bez wyjścia, albo celowo
wykorzystywał jej słabości dla własnych korzyści.
- Dobra! - zgodziła
się niechętnie przez zaciśnięte zęby, nie spoglądając nawet na
niego. Wiedziała, że przez najbliższy tydzień nie będzie mogła
spojrzeć na swoje oblicze w lustrze. Była taka naiwna. - Stoliki
nad rzeką, jutro, osiemnasta!
Nie spojrzała za
siebie, nie mogąc już dłużej znieść jego obecności. Miała
sobie za złe, że tak łatwo uległa, ale wizja dodatkowych
pieniędzy była zbyt kusząca, by tak lekkomyślnie z nich
zrezygnować. Opierając się na kuli, ruszyła w końcu w stronę
stołówki.