lipca 22, 2014

#trzy. nienawidzę tracić przez ciebie czasu.


Skrzypiące drzwi forda zatrzasnęły się z przeraźliwym łoskotem, a Ariel skrzywiła się tylko z grymasem, machając na pożegnanie Calumowi, gdy samochód znikał za pierwszym zakrętem. Westchnęła cicho i poprawiła ramię plecaka, kierując się wysypaną rażąco białymi kamyczkami ścieżką wzdłuż idealnie przystrzyżonego, soczyście zielonego trawnika. Co jakiś czas gumowe zakończenie kuli grzęzło w drobnym żwirku, ograniczając jej ruchy. W końcu jednak udało jej się pokonać niedługi, ale wyjątkowo morderczy dystans. Zatrzymała się przed przeszkolonymi, białymi drzwiami i z pewnego rodzaju niepewnością uniosła rękę, naciskając dzwonek. Z wewnątrz doszedł ją delikatny odgłos brzęczenia i chwilę później jej oczom ukazała się niewysoka starsza kobieta.
- Dzień dobry – przywitała się radośnie, a jej zmęczone oczy rozbłysły na moment.
- Dzień dobry – odpowiedziała lekko skonsternowana Ariel, przyglądając się jej podejrzliwie. - Byłam umówiona na korepetycje... - zaczęła cicho, ale nagle za plecami staruszki pojawiła się pani Hemmings.
- O! Cieszę się, że już jesteś – przerwała jej w połowie zdania i podziękowała gosposi, która wciąż z zamiłowaniem obserwowała blondynkę. Dziewczyna posłała krótki, wymuszony uśmiech na pożegnanie, gdy ta znikała za rogiem korytarza. - To była Maggie, zajmuje się naszym domem od kilkunastu lat – wyjaśniła Liz, zapraszając ją do środka. Gdy tylko przekroczyła próg, z podziwem rozejrzała się po zapierającym dech w piersiach holu. Otworzyła szerzej oczy, podziwiając prezentujące się niezwykle majestatycznie wnętrze domu.
- Wow – wymsknęło jej się niezamierzenie, ale szybko się zreflektowała, kiedy usłyszała cichy chichot dyrektorki.
- Napijesz się czegoś? Zimne? Ciepłe? Może jesteś głodna? Maggie z chęcią coś dla ciebie zaraz przygotuje - zarzuciła ją gradem pytań, ale Ariel pokręciła tylko przecząco głową. Kobieta uśmiechnęła się szeroko i zaczęła pocierać o siebie dłonie, próbując walczyć ze swoją dziwną ekscytacją.
- Możemy już zaczynać, bo muszę wrócić na czas do domu – wyznała nazbyt ponaglającym tonem, siląc się na ukrycie swojego zniecierpliwienia. Liz odetchnęła głośno, opuszczając ramiona.
- Oczywiście – przytaknęła. - Luke! Luke! Zejdź tutaj natychmiast i pomóż Ariel z jej plecakiem! - krzyknęła, podchodząc w stronę schodów prowadzących na górne piętro, ale mimo donośnego głosu żadna odpowiedź nie nadeszła. Kobieta uśmiechnęła się z delikatnym zawstydzeniem, po czym zaczęła ponownie nawoływać syna, ale efekt był dokładnie taki sam, jak za pierwszym razem.
- Ja mogę sam … - chciała coś powiedzieć, ale nauczycielka znowu jej przerwała.
- Pewnie jak zwykle siedzi ze słuchawkami w uszach i nic nie słyszy – powiedziała bardziej do siebie i zrobiła krok w stronę blondynki. - Zaprowadzę cię. Może pomogę ci z tym wszystkim? - zapytała w końcu, gestem ręki wskazując zapakowany po brzegi plecak dziewczyny i kulę, na której wciąż się podpierała.
- Dam sobie radę – zapewniła z nutką poirytowania w głosie, choć bardzo starała się to ukryć i ruszyła za pokonującą kolejne stopnie schodów kobietą. Wspinanie się do góry z ciężkim plecakiem i kulą w ręku zajęło jej zdecydowanie więcej czasu niż można by przypuszczać, dlatego kiedy tylko dotarła już na sam szczyt, spotkała się z pełnym współczucia spojrzeniem Liz. Nienawidziła ludzkiej litości. Przymknęła na chwilę powieki i westchnęła przeciągle, mając nadzieję, że ta dobitna aluzja, by się nie przejmować jej osobą była dostrzegalna. Pani Hemmings potrząsnęła głową i z uśmiechem odwróciła się w drugą stronę, po czym bez pukania wtargnęła do najbliższego pokoju, a Ariel niepewnie podreptała za nią. Zatrzymała się w wejściu, zaskoczonym wzrokiem lustrując przyciemnione pomieszczenie.
- Luke, już kiedyś ci mówiłam … - zaczęła podniesionym głosem, ale gdy zorientowała się, że w środku nikogo nie było, momentalnie zamilkła. W oknie powiewała firana. Spojrzała przez ramię na blondynkę i wykrzywiła usta w przepraszającym uśmiechu. Zaczęła zbierać z podłogi porozrzucane koszulki oraz puste opakowania po słodkich przekąskach. Zabrała z fotela stertę brudnych ubrań, a na łóżko zarzuciła ciemną narzutę. - Usiądź sobie, a ja spróbuję go poszukać – oznajmiła z ciężkim westchnieniem, dzierżąc w rękach stos rzeczy do prania. Ariel skinęła głową i dokuśtykała powoli do fotela, opadając na niego ze zmęczeniem. - Zaraz wracam.
- OK – przytaknęła, podążając lekko zdezorientowanym wzrokiem za wychodzącą z pokoju kobietą. Ułamek sekundy później doszły ją stłumione pokrzykiwania Liz, która próbowała odnaleźć swojego syna. Blondynka oparła się wygodnie w miękkim siedzeniu i z niemałym zainteresowaniem zaczęła wodzić wzrokiem po ciemnych ścianach. Typowy pokój zbuntowanego nastolatka. Jeden wielki chaos, pośród którego dopatrzyła się telewizora, konsoli, laptopa, a wszystko to było utrzymane w dość mrocznym klimacie. I tylko stojące na szafce różowe głośniki psuły cały ten obraz rebelii. Parsknęła śmiechem i schyliła się po leżącą u jej stóp gumową piłeczkę do kosza, który zawieszony był nad łóżkiem. Z ogromnym skupieniem wycelowała w jego stronę, rzuciła, ale piłka odbiła się od plastikowej obręczy, upadając po drugiej stronie pomieszczenia. Ariel westchnęła obojętnie i pokręciła bezradnie głową nad widocznym brakiem umiejętności koszykarskich i była pewna, że Calum wyśmiałby ją w tym momencie. Wtedy też w rogu, za niewielką komodą dostrzegła stojak z gitarami. Jedna klasyczna, druga elektryczna. Zaintrygowana tym odkryciem, podeszła bliżej i przykucając, przesunęła dłonią po gryfie jednego z instrumentów. Jej spojrzenie zatrzymało się jednak na stercie płyt, które porozrzucane zajmowały wolne miejsce na dywanie między szafą, a ścianą. Bez wahania sięgnęła po pierwsze lepsze opakowanie i mimowolnie uśmiechnęła się do siebie, choć równocześnie nie kryła zaskoczenie tym, że słuchał tak dobrej muzyki. W jej wyobrażeniach był on tą typową szkolną gwiazdką, pupilkiem mamusi, z wyjątkowo ograniczonym gustem muzycznym, skupiony wyłącznie na własnej osobie, ale najwyraźniej musiała się mylić. I przez chwilę przeszła jej przez głowę myśl, że może całe to nauczanie go nie miał być jedynie przykrą koniecznością.

#

Wystukiwał palcem rytm płynącej z głośników piosenki, zagryzając delikatnie zębami dolną wargę. Kiedy męczące oczekiwaniu zaczęło się przedłużać, spojrzał na zegarek, wzdychając obojętnie. Brakowało jeszcze minuty do umówionej godziny. Na zewnątrz szalała ulewa, a ciężkie krople uderzały o dach samochodu, roznosząc drażniący stukot po wnętrzu pojazdu. Luke zrobił głośniej, próbując zagłuszyć irytujące bębnienie. Co jakiś czas uruchamiał wycieraczki, starając się zwiększyć widoczność przez przednią szybę. Było już późno, a ogarniający miasto mrok stał się zdecydowanie większy, gdy na niebie pojawiły się deszczowe, ciemne chmury. Jedynym źródłem światła w okolicy była tląca się pomarańczowym światłem latarnia i słupy jaskrawego światła reflektorów samochodu Hemmingsa. Deszcz zdawał się z każdą kolejną chwilą przybierać na sile.
W pewnym momencie z ciemnego zaułka wyłoniła się zakapturzona postać, która stanowczym krokiem podążała w jego kierunku. Kącik jego ust nieznacznie drgnął, a w policzki mimowolnie ukazało się niewielkie wgłębienie. Opuścił szybę, gdy tajemniczy nieznajomy zapukał dwa razy w okno.
- W końcu! - burknął ze zniecierpliwieniem i sięgnął ręką do kieszeni skórzanej kurtki, wyjmując z niej rulonik zwiniętych banknotów.
- Jak coś ci kurwa nie pasuje, to szukaj sobie kogoś innego – odparł chłopak, nachylając się jeszcze bardziej. Woda z kaptura skapnęła na rękę Luke'a. Blondyn spojrzał gniewnie na swojego towarzysza, ale postanowił nie komentować już tego. Wyrwał mu z dłoni woreczek z tabletkami i cisnął w niego pieniędzmi. Ledwo je złapał, w ostatniej chwili chroniąc zwitek przed kąpielą w ogromnej kałuży pod jego stopami. Hemmings zdawał się już jednak nim nie przejmować, zasunął szybę i spoglądając na wypełnione białymi pastylkami opakowanie, wykrzywił usta w podejrzliwym uśmiechu. Podrzucił paczuszkę w górę, po czym w dość widowiskowy sposób chwycił ją z powrotem w palce, obracając między nimi z dumą. Dopiero po chwili zorientował się, że chłopak stojący na zewnątrz wciąż domagał się jego uwagi, stukając pięścią w okno.
- Czego? - warknął nienawistnie, przebijając się przez szum uderzającej o ziemię wody.
- To jest silniejsza dawka, jedna tabletka naraz, nie więcej – ostrzegł go, ocierając twarz z intensywnie opadających na nią kropli deszczu. Blondyn przewrócił teatralnie oczami i kolejny raz zasunął mu szybę przed nosem, bo przecież doskonale znał możliwości własnego organizmu. Odrzucił woreczek na boczne siedzenie i sięgnął po leżący w niewielkim schowku telefon. Kiedy tylko odblokował ekran, poraziła go ilość nieodebranych połączeń. I wszystkie od jednej osoby. Matka.
- Zwariowała – mruknął do siebie, nie racząc nawet oddzwonić do niej. Wyłączony telefon chwilę później dołączył do rozrzuconych pastylek, a on przekręcając kluczyk w stacyjce, wycofał samochód z opuszczonego parkingu, wracając do miasta.

#

Przemoczona wpadła do przedpokoju, zatrzaskując za sobą wejściowe drzwi. Z wściekłością cisnęła mokrym plecakiem w kąt korytarza, próbując zdjąć z siebie przemoczone ubrania, które przylgnęły do rozdygotanego z zimna ciała. Nagle z kuchni dobiegły ją podejrzane odgłosy, a chwilę później dom wypełniło przeraźliwy łomot tłuczonego szkła. Drgnęła ze strachu, ale była prawie przekonana, kto był sprawcą tego całego zamieszania, dlatego nawet nie racząc zajrzeć do środka, od razu wspięła się po schodach do swojego pokoju.
- Cześć zmokła kuro! - pisnęła radośnie dziewczyna, która nagle podniosła się z jej łóżka i nie zważając na możliwość pomoczenia się, zarzuciła długie ręce na szyję blondynki. Gęste, rude loki przykleiły się do twarzy Ariel, kiedy przyjaciółka z całej siły ją ściskała.
- Ronnie – westchnęła bezradnie, odpychając ją od siebie. Nie była w nastroju na przyjacielskie czułości. Obdarowała ją pełnym litości spojrzeniem mimo że od dawna powinna przywyknąć do szalonego usposobienia swojej najlepszej przyjaciółki. Czasami rozmyślała nad tym, dlaczego tak naprawdę się przyjaźniły, bo ich światy różniły się diametralnie. Na pierwszy rzut oka nie łączyło je praktycznie nic, ale pomimo wielu różnicy potrafiły stworzyć niezwykle silną, siostrzaną więź.
Dziewczyna nagle zachichotała radośnie, podskoczyła w miejscu i klasnęła kilka razy w dłonie, a chwilę później leżała z powrotem na łóżku, w dłoniach dzierżąc jakiś magazyn poświęcony modzie.
- Jak tam korepetycje? - zapytała znudzonym głosem, podziwiając kolejne sukienki na stronach czasopisma. Ariel wydała z siebie trudny do określenie dźwięk, po czym spróbowała pozbyć się mokrych i poprzyklejanych do zmarzniętego ciała ubrań.
- Wyobraź sobie, że podjęłam to wyzwanie, okazałam serce, któ ...
- Którego nie masz – wtrąciła szybko Ronnie, dalej zaczytując się w gazecie, a blondynka wzniosła tylko oczy ku górze. Machnęła ręką, kontynuując wcześniejszą wypowiedź.
- Którego nie mam – zaakcentowała wyraźnie, przeciskając głowę przez ciasną koszulkę. - Byłam na tyle wspaniałomyślna, że zabrałam z biblioteki najbardziej użyteczne podręczniki, przygotowałam nawet specjalny sprawdzający test, wydaje mi się, że naprawdę profesjonalnie podeszłam do tego zadania … - przerwała na moment i podparła rękami boki, rzucając rudej gniewne spojrzenie. Przyjaciółka najwyraźniej w ogóle jej nie słuchała, zachwycając się oglądanymi ciuchami. Gdy cisza zaczęła się przedłużać, podniosła swoje ogromne zielone oczy i z przygłupim uśmiechem na twarzy zerknęła na Keller. Wyszczerzyła zęby.
- I co dalej? - zapytała piskliwym głosikiem, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że w ogóle jej wcześniej nie słuchała.
- Przecież i tak cię to nie obchodzi – powiedziała oschle i wyjmując z szafy suche ubrania, wyszła z pokoju. Nie minęło kilka sekund, a doszedł ją odgłos spadającej z łóżka Ronnie, która moment później stała już przed nią, rozcierając stłuczone kolano.
- Obchodziiiiiiiiiii – jęknęła z grymasem bólu na twarzy, a Ariel opuściła bezradnie ramiona, załamując ręce nad nieogarnięciem swojej przyjaciółki.
- Nie pojawił się – wyznała z niepokojącą nutą gniewu w zmęczonym głosie. - To znaczy nie wrócił do tego swojego ogromnego, przepięknego, pałacowego domu! Nienawidzę, kiedy ktoś w tak bezczelny sposób marnuje mój drogocenny czas.
Ronnie zmrużyła lekko oczy, a jej wydatne usta wysunęły się nieco do przodu.
- Co za szczyt bezczelności! - przytaknęła z powagą, ale moment później zanosiła się gromkim śmiechem, naśladując naburmuszoną minę blondynki.
- Jesteś głupia! - odgryzła się momentalnie, popychając ją lekko. Ruda roześmiała się jeszcze bardziej, po czym kolejny raz rzuciła się na dziewczynę, wytrącając ją z równowagi. I tylko nieprzeciętny refleks Keller uratował obie przed bolesnym upadkiem.
- Musimy iść jutro na zakupy, bo w piątek mam randkę! - zapiszczała tak przeraźliwie, że Ariel skrzywiła się z cierpiącym wyrazem twarzy, próbując zakryć dłońmi uszy.
- Tylko nie to – westchnęła lękliwie, nie podzielając ani przez chwilę entuzjazmu Ronnie. 








#
role-players łihej! 
@wihay_ariel & @wihay_luke @wihay_ashton