września 28, 2014

#dwanaście. nienawidzę, gdy cię potrzebuję.


- Stary! - wrzasnął nad uchem podekscytowany Ashton, kiedy schodzili po zakończonym meczu do szatni. Skoczył mu na plecy, zanosząc się głośnym śmiechem. Luke ugiął się lekko pod jego niespodziewanym ciężarem, czując delikatny zawrót głowy. Spojrzał zamglonym wzrokiem na wyszczerzonego w szerokim uśmiechu przyjaciela. W odpowiedzi stać go było jedynie na nikły półuśmiech. - To było genialne!
- Jestem pod wrażeniem – zawtórował mu Michael, poklepując przyjaźnie po ramieniu i z uznaniem pokiwał głową. Jemu też odpowiedział tylko ledwo dostrzegalnym uśmiechem, zaciskając mocniej drżące usta. Nerwowo przeczesał palcami mokre włosy i bez słowa udał się w kierunku własnej szafki, opierając się o nią z opuszczoną głową. Wszystko dookoła zdawało się niebezpiecznie wirować, a on czuł coraz większe nudności. Gdy zaczęło mu brakować tchu, pospiesznie przekręcił zamek i sięgnął po schowany za stertą ręczników foliowy woreczek. Trzęsącymi się palcami sięgnął po jedną tabletkę i niespokojnie rozejrzał się na boki. Kiedy tylko upewnił się, że już nikt nie zwracał na niego uwagi, wsunął pastylkę do ust i wziął spory łyk zimnej wody. Zbawienny chłód przyniósł chwilę ukojenia, gdy oparł się z szeroko otwartymi ustami o ścianę. Wziął kilka głębszych oddechów, starając się zapanować nad momentem słabości. Pozbawiony sił, osunął się na ławkę, zamykając oczy.
- Ej, wszystko ok? - zapytał Irwin, który przysiadł się obok. Luke niespiesznie podniósł powieki i zerknął w jego stronę.
- Ok, jestem po prostu wykończony – przytaknął, biorąc kolejny łyk wody. Otarł ze skroni strużkę potu, unikając pełnego wątpliwości i niedowierzania wzroku Ashtona. Znali się zbyt dobrze, by mógł tak po prostu go okłamać i doskonale zdawał sobie sprawę, że chłopak mu nie uwierzył. Musiał jednak nadal udawać, bo nie potrzebował w tamtej chwili kolejnych osądzających pytań. Przerzucił ręcznik przez szyję, wycierając nim zmęczoną twarz. Po kilku kolejnych głębokich oddechach poczuł, że wszystko powoli zaczęło wracać do normy, a on na nowo odzyskał siłę.
- Kurwa, Hemmings, to było coś! - krzyknął dosiadający się do nich Mike, lekko szturchając go w bok. Luke przewrócił tylko oczami. - No nie bądź taki skromniutki! Byłeś dzisiaj niesamowity, jakby mecz trwał jeszcze z pięć minut pobiłbyś rekord swojego ojca!
- Ale nie pobiłem – mruknął ze złością na samo wspomnienie wyczynu, do którego dążył od kiedy zaczął na poważnie zajmować się koszykówką.
- Z taką formą to tylko kwestia czasu – zapewnił go Clifford, nadal będąc pod ogromnym wrażeniem dokonań przyjaciela. Blondyn wzruszył obojętnie ramionami, bo tylko on znał całą prawdę i wiedział, że nie wszystko zawdzięczał wyłącznie wspaniałej formie i ciężkiej pracy. Nagle rozległ się denerwujący dzwonek w telefonie Irwina. Chłopak odczytał wiadomość, a z każdym kolejnym słowem uśmiech na jego twarzy poszerzał się.
- Andy organizuje imprezę z okazji naszego niebywałego zwycięstwa, wszyscy zaproszeni! - oznajmił podniesionym głosem, a po szatni rozległ się ogłuszający krzyk kilkunastu podekscytowanych graczy, którzy z niezwykłym entuzjazmem przyjęli tę informację. Ashton zatarł ręce i wesoło podśpiewując zaczął zrzucać z siebie strój, udając się w kierunku pryszniców.
- Jedziesz ze mną i Irwinem? - zapytał Mike, zarzucając ręcznik na mokrą głowę. Zielone stróżki potu spływały mu po skroni. Luke zerknął na niego bez przekonania i wzruszył ramionami. Nie czuł się najlepiej, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że jeśli tylko by odmówił, wszyscy nabraliby jakiś niepotrzebnych podejrzeń, a tego za wszelką cenę chciał uniknąć.
- Muszę coś załatwić i dojadę do was później – wyznał oschle, prostując nogi. Przyłożył zmrożoną butelkę do rozpalonego czoła, oddychając z niezwykłą ulgą.
- Takie zwycięstwo trzeba koniecznie w odpowiedni sposób uczcić! - dodał Michael i w dość sugestywny sposób zaczął poruszać brwiami, zanosząc się głośnym śmiechem. Blondyn dla spokoju zgodził się z nim, a gdy tylko ponownie został sam, bo Clifford ruszył w stronę swojej szafki, wyjął z torby telefon. Dłuższą chwilę obracał komórkę między palcami i zastanawiał się, czy to, co planował zrobić było dobre, ale i tym razem próżna chęć zagłuszenia pragnienia przejęła nad nim kontrolę. Poddał się jej w zasadzie bez walki, wybierając z listy kontaktów numer do Ariel.

#

- Co ty robisz?!
Ariel wypuściła z ręki pędzel, który z głuchym łoskotem upadł na ziemię, rozpryskując wszędzie czarną farbę, gdy tylko usłyszała za plecami podenerwowane i pełne napięcia głosy przyjaciół. Zaklęła cicho pod nosem. Z niemałym trudem zeszła z drabiny i rzucając krótkie, zawistne spojrzenie w stronę stojącej w progu Ronnie i chowającego się za jej plecami Caluma, westchnęła ciężko.
- A na co wam to wygląda bystrzaki, ha? - burknęła rozeźlona, ocierając z czoła pot i odgarnęła na bok grzywkę.
- Ale przecież to była … - zaczął zdezorientowany Calum, wskazując ręką na zamazaną ścianę.
- Była! Jak słusznie zauważyłeś – przerwała mu, podnosząc z ziemi narzędzie wcześniejszej pracy. - Jak mecz? - zmieniła momentalnie temat, nie chcąc z nimi o tym rozmawiać. Kiedy nikt się nie odezwał, spojrzała sugestywnie na zmartwionego Caluma.
- Wygraliśmy – odparł obojętnie, wciąż otępiałym wzrokiem wpatrując się w ciemną, wciąż morką od świeżej farby ścianę.
- Gratulacje – mruknęła, choć była daleka od tego, by ekscytować się tym wynikiem. Zgarnęła do kąta porozkładane po podłodze strony starych gazet i zebrała w jedno miejsce wszystkie pędzle, wałki oraz wiaderka z farbą. Poprawiła szelkę pobrudzonych jeansowych ogrodniczek i zdmuchując kolejny raz z czoła grzywkę, spojrzała na przypatrującą się jej w ciszy dwójkę przyjaciół.
- I co teraz z tymi wszystkimi marzeniami? - zapytała zasmuconym głosem Ronnie, nie do końca chyba godząc się z tym wszystkim, co właśnie zobaczyła. - Ta ściana przypominała ci, że wciąż jest jeszcze coś do zrobienia.
- To nie były marzenia! – syknęła Ariel, robiąc z posklejanych włosów kok na czubku głowy. Ruda wymieniła sugestywne spojrzenie z równie oniemiałym Calumem, który wzruszył obojętnie ramionami.
- Taaaa, to były tylko cele do zrealizowania – odparła złośliwie przyjaciółka, kręcąc bez przekonania głową. Złociste loki zafalowały nad jej ramionami. Ariel zawsze zazdrościła jej włosów i nigdy się z tym nie kryła, z podziwem wpatrując się w wirujące, gęste kosmyki.
- Proszę cię Ronnie, one były dziecinnym wymysłem, musiałam mieć jakieś zaćmienie mózgu, kiedy to tworzyłam – wyznała z nerwowym parsknięciem, lekko przekrzywiając głowę i dzielnie walczyła ze smutnym spojrzeniem dziewczyny. I była świadoma tego, że znowu nikt jej nie uwierzył.
- Ale … - zaczęła, jednak Ariel uniosła rękę i zmusiła ją do milczenia.
- Teraz ta czarna ściana idealnie współgra z moją duszą – wyjaśniła z dumą blondynka, umiejętnie wykręcając się i pełnym podziwu wzrokiem spoglądając przez ramię na swoje najnowsze dzieło. Podparła boki i westchnęła z rozrzewnieniem. Nie dostrzegła jak Ronnie i Calum kolejny raz bez słowa wymienili się zaniepokojonymi spojrzeniami.
- Wszystko w porządku? - zapytał w końcu Hood, z nutką zatroskania w głosie.
- Tak – odpowiedziała, wzruszając obojętnie ramionami, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. W tej samej chwili rozległo się brzęczenie jej telefonu. Odczytała pospiesznie wiadomość, a krótki, prawie dostrzeglany uśmiech przemknął przez jej usta. Chwyciła kulę i kluczyki od samochodu, wciskając komórkę do tylnej kieszeni spodni. Narzuciła na ramiona kurtkę, w stosie porozrzucanych na ziemi rzeczy próbując znaleźć paczkę z papierosami.
- Gdzieś wychodzisz? - spytała ze zdziwieniem Ronnie, cały ten czas obserwując tajemnicze i wyjątkowo podejrzane zachowanie blondynki. Ariel podniosła głowę i popatrzyła na nią.
- Muszę coś załatwić – odrzekła beznamiętnie, nie zostawiając żadnych wyjaśnień i ominęła ich, opuszczając pokój. Ruda skierowała wzrok na stojącego obok Caluma. Chwilę milczeli, ale ich przerażone spojrzenia mówiły same za siebie.
- Boję się o nią – wyznała moment później, gdy z dołu dało się słyszeć głośne trzaśnięcie drzwiami.
- Ja też.

#

Gdy tylko zbliżył się do domu rodziców na plaży, dostrzegł już z oddali tlące się przez okno nikłe światło. To miejsce było wręcz stworzone do sekretnych schadzek, dlatego kiedy jego dziwna umowa z Ariel okazała się trwać nieco dłużej, niż wcześniej mógł przypuszczać, nieużywany ostatnio przez nikogo domek okazał się być idealnym rozwiązaniem. Po cichu wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi na klucz. Rzucił treningową torbę pod ścianę i rozpiął bluzę. Podążył za smugą światła z kuchni, skąd dochodziły również bardzo podejrzane odgłosy szurania wymieszane z przeciągłymi westchnieniami i cicho szeptanymi przekleństwami. Zatrzymał się w progu, gdy dostrzegł siłującą się z wysokim stołkiem dziewczynę. Skrzyżował ręce na piersiach, opierając się o framugę. Z delikatnym uśmiechem przyglądał się, jak nieporadnie próbowała wdrapać się na siedzenie, aby sięgnąć po znajdującą się na górnej szafce puszkę z herbatą. Był bliski roześmiania się, kiedy koniuszkami palców próbowała przesunąć blaszane opakowanie bliżej krawędzi półki. Jej koszulka zadarła się, odkrywając fragment nagich pleców. Mógł podejść i bez żadnego problemu jej pomóc, ale obserwowanie tej komicznej niezdarności było zbyt wielką pokusą, z której czerpał niesamowitą przyjemność. W międzyczasie blondynka nie bez problemów wspięła się na kuchenny blat i opierając na nim jedno kolano, podniosła się i wreszcie sięgnęła po upragnioną zdobycz.
- Niezłe tyły, Keller – przyznał z delikatną, przedrzeźniającą nutą w głosie. Ariel najwyraźniej nie spodziewała się jego nagłej obecności i zdobywana z tak wielkim poświęceniem oraz trudem puszka wysunęła się z jej dłoni, gdy pisnęła z przerażenia. Przez krótki ułamek sekundy wydawało się, iż opanowała nerwową sytuację, chwytając ją ponownie, ale ku jej wielkiemu rozczarowaniu naczynko mimo starań spadło na ziemię. Przeraźliwy brzęk rozdarł panującą w pomieszczeniu ciszę, a kilka torebek herbaty rozsypało się po podłodze. Dziewczyna obejrzała się za siebie i z pełnym zawiści spojrzeniem zerknęła w jego kierunku.
- Kretyn – warknęła przez zaciśnięte zęby, po czym z pewnego rodzaju smutkiem spojrzała na turlającą się po posadzce puszkę. Westchnęła ciężko, siadając na brzegu z opuszczonymi nogami i wydętymi ustami, jak mała naburmuszona dziewczynka. Luke musiał włożyć ogromny wysiłek w to, aby się przypadkiem nie roześmiać. Bez słowa zrzucił z siebie bluzę i nie odrywając od niej uważnego spojrzenia, ruszył w jej stronę. Była lekko zaskoczona jego zachowaniem, gdy zbliżył się na bardzo niebezpieczną odległość, zatrzymując się między jej bujającymi się w powietrzu nogami. Znalazł się tak blisko, iż poczuła dokładnie świeży zapach szamponu i żelu do kąpieli. Nerwowo przełknęła ślinę, dzielnie walcząc z jego natrętnym spojrzeniem. Gdy ułożył dłonie po obu stronach, zamykając ją niejako w pozycji, z której nie miała ucieczki, wstrzymała oddech. Pochylił się, sprawiając, że poczuła ciepło jego wciąż rozgrzanego ciała. Była już gotowa protestować, bo to co planował zrobić przeczyło regulaminowi ich umowy, ale on w ostatniej chwili skręcił głowę i sięgnął po coś, co najwyraźniej znajdowało się za jej plecami. Gdy ponownie odchylił się, trzymał w dłoni jakieś pudełko, którym delikatnie potrząsnął. Wykrzywił usta w złośliwym uśmieszku.
- Herbata była tutaj – oznajmił z niczym nieskrywaną satysfakcją w głosie, po czym parsknął głośno śmiechem, gdy grymas wściekłości przebiegł przez jej twarz. Fuknęła obrażona, zadzierając wysoko głowę.
- Idiota.
- Wiesz, uwielbiam te twoje czułe słówka, uwielbiam kiedy mówisz do mnie w ten słodki sposób – odparł złośliwie, nadal stojąc wyjątkowo blisko niej. Ich pełne jadu i nienawiści oczy z wielką uwagą obserwowały się wzajemnie i żadne nie chciało pierwsze odwrócić wzroku, przyznając się tym samym do porażki.
- Debil.
- To naprawdę urocze, Keller, naprawdę – wyznał z udawanym rozmarzeniem, pochylając się delikatnie nad nią. Jego dłonie nieznacznie przesunęły się po śliskim blacie, a jeden kciuk niezamierzenie otarł się o jej udo.
- Palant.
- Mów do mnie więcej – szepnął na ucho, odgarniając za nie kosmyk jej włosów. Poczuł jak niepewnie zadrżała, gdy jego usta delikatnie musnęły wyjątkowo wrażliwą skórę szyi. Bez ostrzeżenia ułożył dłonie na dolnej części jej pleców i dość gwałtownie przyciągnął ją do siebie. Ich ciała przylgnęły do siebie momentalnie.
- Dureń.
- Oh, Keller, bo się zawstydzę – wypowiedział między kolejnymi składanymi na odkrytej skórze ramion muśnięciami. Ariel wzięła głębszy oddech, a jej ręce niespiesznie powędrowały do góry, oplatając jego szyję. Gdy wyczuła jak opuszkami palców zaczął przesuwać po plecach pod jej koszulką, wsunęła palce w jego miękkie, chociaż wciąż miejscami wilgotne włosy i ciche westchnienie wydobyło się z łapczywie chwytających powietrze ust.
- Świr – sapnęła i zachłysnęła się powietrzem, przymykając na chwilę oczy. Odchylił się i z niewypowiedzianym zadowoleniem przyjrzał się jej twarzy.
- Masz tu coś – powiedział z podejrzliwą nieśmiałością, wskazując palcem na jej policzek umazany resztkami farby. Dziewczyna obserwowała jak uniósł rękę i starł niewielką plamę. Mimo usilnych prób, nie zapanowała nad krótkim, przeszywającym całe ciało dreszczem. Niespodziewana, nie do końca zamierzona cisza, w której kolejny raz wymienili spojrzenia, przyniosła ze sobą dziwnego rodzaju napięcie, którego oboje musieli się przestraszyć, bo nerwowo odwrócili wzrok w tej samej chwili.
- Ty też coś tu masz – mruknęła, chcąc odwrócić uwagę od tego, co przed chwilą się wydarzyło. Luke raptownie potarł policzek. - A nie, to tylko pryszcze – dodała obojętnie i machnęła ręką. Chłopak wyraźnie się obruszył, burcząc coś pod nosem. Ariel powstrzymała się od wybuchu śmiechu, bo musiała z dumą przyznać, że ten żart wyjątkowo się jej udał, tym bardziej, że Hemmings musiał mieć spory kompleks na tym tle. Miała nawet przez chwilę wrażenie, że zarumienił się, wywracając w ten denerwujący sposób dla niepoznaki oczami.
- Bardzo zabawne – warknął urażony.
- Też tak sądzę – przytaknęła z tym niewzruszonym, wręcz kamiennym wyrazem twarzy. Blondyn potrząsnął w końcu głową, orientując się, że cały ten czas trwali złączeniu w objęciu.
- Mam tylko pół godziny, nie traćmy więcej czasu.
- Ostatnio wystarczyła ci przerwa między matematyką, a biologią. Nie dramatyzuj.
- Jakaś ty dziś dowcipna, Keller, no naprawdę – odparł oburzonym tonem, krzywiąc się z niezadowoleniem, bo kolejny raz osiągnęła nad nim przewagę, a on tego nie znosił. Nienawidził, gdy z tą obłudną beztroską kpiła z niego w taki sposób.
- Zamknij się już! – powiedziała tym swoim rozkazującym tonem i gdy ponownie przyciągnął ją do siebie, sięgnęła po spód jego koszulki, pomagając mu ją z siebie zrzucić. Wilgotny materiał bezszelestnie opadł na podłogę w akompaniamencie cichych pomruków i szeptanych co jakiś czas pełnych nienawiści epitetów.








#
spóźnione, urodzinowe dla świętujących przedwczoraj! :-)
ankietka niżej, miło będzie jak zajrzycie! 
xoxo