listopada 28, 2014

#dwadzieścia. nienawidzę trzeciej nad ranem.

Panujący na szkolnej hali gwar nie pomagał jej w skupieniu się nad myślami kłębiącymi się w głowie, które pragnęła w tamtej chwili przenieść na papier. Ze znudzeniem rozejrzała się dookoła i jej wzrok przypadkiem padł na grupkę koszykarzy, którzy rozgrzewali się za boczną linią boiska przed ostatnią kwartą. Dziewczyna z długimi ciemnymi włosami, ubrana w kusy strój cheerleaderki rzuciła się na obracającego w dłoniach piłkę Luke'a, całując go w wyjątkowo odrzucający sposób w usta. Ariel aż skrzywiła się, wywracając oczami. Sama próbowała wyrzucić z pamięci to niefortunne zdarzenie, które przytrafiło się im w domku na plaży, po tym jak oboje zgodnie uznali, że nigdy nie powinno mieć miejsca i było jednym, wielkim nieporozumieniem. W tej samej chwili blondyn zdołał oderwać się od swojej tymczasowej partnerki, zerkając na nią przelotnie. Wychwyciła jego ukradkowe spojrzenie i ten krótki, prawie niezauważalny uśmieszek. Odwróciła głowę i wróciła do zapełniania swojej listy kolejnymi punktami.
Nie wiedziała, dlaczego zgodziła przyjść się na ten nudny mecz, ale jęczący pół dnia do telefonu Calum przyprawiał ją o migrenę, więc ostatecznie przyjęła jego zaproszenie. Uporczywie przygryzała wewnętrzną część policzka, zawzięcie zapisując białą kartkę kolejnymi pozycjami. W pewnej chwili tak zdecydowanie przycisnęła ołówek, że rysik połamał się. Zacisnęła zęby i chowając zniszczony pisak do plecaka, zaczęła przekopywać jego przednie kieszenie w poszukiwaniu czegoś zastępczego.
- Czego w tobie nienawidzę... – usłyszała nad głową zaciekawiony głos Caluma, który niespodziewanie przysiadł się na ławce obok niej. W ogromnym pośpiechu wcisnęła kartkę do teczki i z przerażeniem wymalowanym w oczach popatrzyła na wyszczerzonego w szerokim uśmiechu przyjaciela. Strużki potu spływały po jego zmęczonej twarzy, gdy przeczesywał palcami mokre włosy. Plecak, który dotąd zajmował wolne miejsce po jej prawej stronie zsunął się z łoskotem na ziemię, a jego zawartość rozsypała się pod stopami dziewczyny. Zaklęła cicho, zbierając porozrzucane rzeczy.
- O, przypomniałeś sobie o moim istnieniu – syknęła z ironią, wykrzywiając usta. Poprawiła opadającą na oczy grzywkę i dzielnie stawiała opór jego brązowemu, uważnemu spojrzeniu.
- Co to za interesująca lista? Kogo tak nienawidzisz? - rzucił z zawadiackim uśmiechem, próbując sięgnąć po ciemną teczkę na kolanach Ariel. W międzyczasie zdążył naciągnąć górę koszulki i przetarł nią wilgotne czoło.
- Ciebie – fuknęła złośliwie i wyrwała swoją własność, pakując ją do plecaka. - Gdzie byłeś w piątek wieczorem? - zagadnęła jakby od niechcenia, z uwagą wyczekując jego reakcji.
- Ummm – Calum podrapał się po głowie, robiąc minę niewiniątka. - Ashton organizował małą imprezę po zwycięstwie w domku na plaży, więc ...
- Oczywiście – weszła mu w słowo, ironicznie potakując głową. Chłopak niespokojnie zaczął bawić się sznureczkami od bluzy, nie mając w sobie tyle odwagi, by na nią spojrzeć.
- Trochę się zabawiliśmy ...
- Tak że nie mogłeś odebrać ode mnie telefonu? - ponownie mu przerwała, a jej ton stawał się coraz bardziej ostry, mimo iż starała się nad nim zapanować.
- Dopiero rano zobaczyłem, że dzwoniłaś, ale nie byłem w stanie odpowiedzieć, a później chyba zapomniałem – przyznał ze wstydem, a ona machnęła tylko ręką, odwracając się do niego bokiem. Nie miała już ochoty na niego patrzeć.
- Hemmings był na tej imprezie?
- Był, a co? - poderwał się, nie rozumiejąc do czego zmierzała. W odpowiedzi wzruszyła tylko z udawaną obojętnością ramionami, choć od środka rozrywała ją wściekłość. Nie mogła uwierzyć, że ktoś, kogo nienawidziła ze wszystkich sił był w stanie rzucić wszystko i przybyć jej z pomocą, a osoba, która nosiła miano najlepszego przyjaciela tak po prostu postanowiła ją zignorować, na rzecz kolejnej pijackiej nocy.
- Nieważne – burknęła, nie poświęcając mu nawet jednego spojrzenia. - Wracaj na boisko do swoich nowych przyjaciół i baw się dobrze. Przekaż również moje najszczersze pozdrowienia dla Ronnie i jej cudownego chłopaka. Proszę bardzo, zostawcie mnie, nowi znajomi są na pewno zdecydowanie lepsi. Przynajmniej nikt nie jest pieprzoną kaleką, z której wyśmiewa się cała szkoła. Najlepiej po prostu wszyscy idźcie do diabła i nie pokazujcie mi się na oczy! - warknęła, podnosząc się z ławki. Potrąciła go kulą, kiedy próbowała ominąć jego nogi. Zarzuciła plecak na ramię i z trudem zeszła jeden rząd niżej, nie mając najmniejszej ochoty przebywać dłużej w jego towarzystwie.
- Skoro wszyscy cię rzekomo zostawiają, to może powinno dać ci to do myślenia. Może to w tobie jest problem. Nie w nas – powiedział jej na odchodne, ale kiedy zdecydowała się na niego spojrzeć, zbiegał już w kierunku szatni, odwrócony do niej plecami.
Dłuższą chwilę zajęło jej zrozumienie tych słów. Pustym spojrzeniem wpatrywała się w biegającego po boisku Hooda, który co jakiś czas posyłał jej krótkie, obojętne spojrzenia. Z dumnie uniesioną głową celowo udawała całkowitą oziębłość, nie chcąc odkrywać przed nim swoich emocji.
Nagle halę wypełniło pełne trwogi westchnienie publiczności, kiedy na parkiet niespodziewanie osunął się jeden z graczy. Konspiracyjne szepty i okrzyki przerażenia mieszały się z ogólnym gwarem, gdy oczy wszystkich zgromadzonych spoczęły na nieruchomo leżącym ciele, nad którym zaczęli gromadzić się inni zawodnicy. Ariel zmrużyła lekko oczy, dostrzegając jasną czuprynę. Odruchowo wstrzymała oddech, wytężając mocniej wzrok. To był Luke.
- Niech ktoś wezwie karetkę! Szybko! - potężny, przepełniony rozpaczą i żałosnym błaganiem krzyk pani Hemmings rozdarł chwilową ciszę. Kobieta chwyciła w dłonie nieprzytomną twarz syna, całując go gorączkowo po czole. Chłopak jednak nie reagował, a jego bezwładne ręce co chwilę wysuwały się z jej drżącego uścisku.

#

Od kilku godzin nieustannie zmieniała pozycję, wiercąc się na swoim łóżku, które tej nocy wydawało się jej wyjątkowo niewygodne. Nie mogła zasnąć, a im bardziej się starała, tym gorzej się czuła. Gdy tylko przymykała powieki, przed oczami powracał obraz nieprzytomnego Luke'a, który ani na moment nie chciał jej opuścić. Podświadomie wciąż o nim myślała, mimo iż usilnie chciała zablokować to wspomnienie. Sięgnęła po telefon, podświetlając ekran. Niedługo wpatrywała się w rządek cyferek, który nagle się zmienił, wskazując trzecią nad ranem. Westchnęła bez przekonania, a w tej samej chwili rozległ się przerażająco głośny sygnał nadchodzącego połączenia. Ariel z wrażenia upuściła telefon na twarz, jęcząc z bólu.
- Kur … - powstrzymała się w ostatniej chwili, przesuwając palcem po monitorku. Podparła się na łokciach, odgarniając z czoła grzywkę.
- Śpisz? - Luke burknął bez przekonania do słuchawki, a ona wywróciła oczami, opadając bezwładnie na poduszkę. Brzmiał nienaturalnie, posępnie i bezsilnie.
- Śpię Hemmings, a to jest po prostu przekaz myśli. To wszystko dzieje się tylko i wyłącznie w twojej głowie.
- Co?
- Nieważne.
- Mogę wpaść? - zapytał, ignorując jej wcześniejszą uwagę. W jego głosie było coś dziwnego i niepokojącego. Sprawiał wrażenie wyczerpanego i smutnego. Nie było w nim słychać dotychczasowej pewności i wyższości, którą zawsze próbował zaimponować. Odetchnęła głęboko i przymknęła na moment oczy, zaciskając mocniej usta.
- Yhmmm – mruknęła, wciskając policzek w poduszkę. Usłyszała jego zaskoczone odchrząkniecie, bo najprawdopodobniej nie spodziewał się takiej odpowiedzi i miał przygotowane argumenty, aby jednak go wpuściła. Ona sama była zdumiona tym, że bez żadnego oporu się na to zgodziła. Nie była jednak w stanie myśleć nad słusznością i powodami tego, co właśnie zrobiła.
- To dobrze – odparł cicho. W tej samej chwili gdzieś na dole trzasnęły drzwi i schody złowrogo zaskrzypiały, a ona aż podskoczyła ze strachu. - Bo właśnie wchodzę do twojego pokoju.
- Idiota – szepnęła, rozłączając połączenie. Rzuciła telefon na kołdrę i z niemałym trudem zaczęła wygrzebywać się ze zbudowanego z wszystkich możliwych koców, które udało jej się znaleźć domku. Naciągnęła na siebie starą bluzę i lekko utykając, sunęła leniwie stopami po podłodze, kierując się w stronę wejścia. W progu stał już skulony Luke, a jego nikły, wymuszony uśmiech błąkał się po zagryzionych ustach. W policzku dostrzegła niewielki dodający niesamowitego uroku dołeczek, który tak bardzo nie pasował do zapadniętych powiek i pozbawionych blasku niebieskich tęczówek. Blada twarz i zasinienia pod oczami potęgowały jedynie jego marny stan. Nie byli w stanie ocenić jak długo wpatrywali się w siebie w kompletnej ciszy, wymieniając wyłącznie zaniepokojone spojrzenia, które chłopak mimo wszystko starał się ukrywać za półuśmiechem, ale ten nie wychodził mu zbyt przekonująco.
- Mówiłam ci, że z tym gównem nie ma żartów i prędzej czy później ląduje się na samym dnie – powiedziała obojętnie na przywitanie. - Im szybciej zaczniesz zdawać sobie z tego sprawę, tym lepiej dla ciebie. I nie zamierzam się nad tobą litować, więc nie rób takich szczenięcych oczu, bo to na mnie nie działa.
Luke przyglądał się jej ze zmarszczonym czołem, ledwo utrzymując się na nogach. Opuścił w końcu głowę, podpierając się bokiem o ścianę.
- To miało być tylko kilka razy, tylko na chwilę, tylko żeby być lepszym – zaczął się tłumaczyć, a głos co chwilę mu się łamał. Ariel poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku, kiedy tego wszystkiego słuchała.
- Ktoś wie, że tu jesteś? - zapytała cicho, robiąc niewielki krok w jego stronę. W ostatniej chwili jednak się wycofała.
- Po tym jak wróciłem ze szpitala do domu rodzice bez przerwy się ze sobą kłócą. Nie mogłem już znieść tego ciągłego gadania ojca, który za wszelką cenę nie dopuszczał do siebie myśli, że coś takiego mogło się stać. On chce wierzyć, że wszystko to zawdzięczam talentowi, że jestem prawie tak idealny jak on – wyjąkał, łapiąc się za głowę. Zaczął nerwowo uciskać skronie, pochylając się do przodu. W każdym jego najmniejszym ruchu widać było ogromne cierpienie. - A ja nie jestem idealny – dodał już zdecydowanie ciszej, choć głos nadal mu drżał. Dziewczyna wstrzymała na moment oddech, obserwując go w milczeniu. Zbyt dobrze wiedziała, jak w tamtej chwili się czuł. Założyła ręce na piersi, naciągając rękawy bluzy.
- Możesz tu sobie zostać na noc, moje łóżko jest wolne – zaproponowała, nie będąc do końca przekonaną o tym, czy dobrze postępowała. Rzuciła mu krótkie spojrzenie, wzruszyła ramionami i bez słowa dokuśtyka z powrotem do swojego niewielkiego fortu, niedołężnie wczołgując się do środka. Zakopała się pod puchowym okryciem, naciągając kołdrę pod sam nos. Usłyszała skrzypienie sprężyn w łóżku i niespokojne szeleszczenie pościeli. Cały czas się wiercił, a jego ciężki oddech rozpraszał nocną ciszę. Nie pomogła nawet narzucona na głowę poduszka, bo wciąż go słyszała.
- Tańczyłaś kiedyś balet? - zapytał znienacka, a Ariel aż drgnęła, nie będąc kompletnie przygotowaną na takie pytanie. Z przerażeniem wstrzymała oddech, otulając obiema rękami pachnącą różanym płynem poduszkę. Zamknęła oczy, nie odzywając się dłuższą chwilę. Miała wrażenie, że łomoczące serce za moment wyskoczy jej z klatki piersiowej.
- Tak – wychrypiała, pokasłując nerwowo. Luke musiał zauważyć stojącą w rogu pokoju gablotkę z pozostałościami z jej dawnego życia. Za szklaną szybką zawieszone były różowe pointy, kilka medali i pucharów oraz podziurawione body z pomiętą tiulową spódnicą. Ścianki oklejone były przeróżnymi fotografiami z występów. Gdy pulsujący ból w skroniach zaczął dawać się we znaki, usłyszała kolejny raz skrzypienie podłogi.
- Wiesz – zaczął z nutką nostalgii w głosie, powodując że jej serce ponownie mocniej zabiło. - Nigdy nie widziałem jak się uśmiechasz, a tutaj na tych zdjęciach wydajesz się być taka szczęśliwa – kontynuował, a dziewczyna poczuła napływające do oczy łzy. Ucisnęła je pospiesznie palcami, nie mogąc pozwolić, aby ta krótka chwila słabości przejęła kontrolę nad jej ciałem.
- Ariel ze zdjęć umarła.
- To ma jakiś związek z tym wypadkiem?
- Tak – szepnęła, przewracając się na drugi bok. Wbiła pusty wzrok przed siebie, wsłuchując się w miarowe, bębniące o szybę krople szalejącej za oknem ulewy.
- I z narkotykami? - zapytał zdecydowanie bardziej niepewnie, z nutką przerażenia w drżącym głosie. Dziewczyna usłyszała jak spróchniałe deski podłogi złowieszczo zazgrzytały, gdy Luke ruszył się z miejsca. Poczuła jak dłonie zaczęły jej nieprzyjemnie drżeć, a serce znowu mocniej zabiło.
- To bardziej skomplikowane.
Chwilę później, kiedy zapadła błoga cisza przerywana jedynie uderzanymi o parapet kroplami deszczu, u wejścia do jej osobliwej, przywołujące wspomnienia z dzieciństwa bazy pojawiła się zatroskana twarz Luke'a. Dokładnie zlustrował całą osłoniętą przestrzeń, przyglądając się z podziwem zawieszonym wokoło świątecznym lampkom, z których połowa była przepalona. Miała wrażenie, że krótki uśmiech przebiegł przez jego twarz, gdy pod jednym z krzeseł dostrzegł stertę czekoladowych batoników. W końcu przeniósł wzrok na nią, unosząc zadziornie brew.
- Nawet o tym nie myśl! - pisnęła, pojmując co zamierzał zrobić. Jednak on nie zamierzał przejmować się jej zakazami. Mimo braku miejsca, wcisnął się obok niej. Rozkopał przykrycie i wciąż dzielnie walcząc z wymierzającymi kolejne ciosy pięściami dziewczyny, wsunął się pod kołdrę. Zacisnął wokół niej swoje ramiona i przytulił ją do siebie.
- Idiotko, nie gryź mnie! - krzyknął, gdy tylko poczuł zaciskające się na przedramieniu zęby dziewczyny. Triumfujący uśmieszek pojawił się na jej twarzy, gdy chłopak rozluźnił uścisk, a jej udało się wydostać spod ciężaru jego ramion.
- Boże, Hemmings! Nienawidzę twoich zimnych stóp! - Ariel odepchnęła go ponownie, dopiero moment później orientując się, jak wielki błąd popełniła. Luke nie czekając zbyt długo rzucił się na nią, owijając swoje długie, przemarznięte nogi wokół jej łydek, celowo dotykając zimnymi stopami jej rozgrzaną skórę. Mimo jej przeraźliwych pisków i jęków nie zamierzał odpuszczać, z pełną premedytacją robiąc jej na złość.
Zdyszani tą dziecinną przepychanką opadli jednocześnie na rozkopane poduszki, z trudem panując nad rozszalałymi oddechami. Nagle Luke parsknął śmiechem, oddychając ciężko.
- Dlaczego chowasz się w domku z koców? - zapytał, nie potrafiąc złapać tchu.
- Bo tu jest najbezpieczniej, duchy nie przenikają przez koce, nie wiedziałeś? - wysapała z trudem.
Blondyn powstrzymał się przed wybuchem śmiechu, rzucając jej pobłażliwe spojrzenie.
- Ta cała sytuacja jest chora, nie uważasz? - zapytał, ale była zbyt skupiona nad łapaniem powietrza, aby mu odpowiedzieć. Kątem oka spojrzał na nią, przez niedługą chwilę przyglądając się rozchylonym ustom, które zachłannie chwytały każdy oddech. - Wszystko jest takie dziwne, niezrozumiałe, wszystko sobie przeczy. Nie możemy siebie znieść, nienawidzimy się z całych siły, a mimo wszystko zawsze kończmy razem. My jesteśmy naprawdę popieprzeni.
- Nie ma żadnego 'my' – zaoponowała stanowczo, opuszczając bezwiednie ręce wzdłuż ciała.
- Ale całowaliśmy się.
Znudzone westchnienie wydobyło się z jej ust, gdy postanowiła obdarować go jednym ze swoich osądzających spojrzeń. Parsknęła prześmiewczo, wykrzywiając usta w taki sposób, iż nie był w stanie odczytać jej nastroju.
- I co? Od tego czasu całowałeś pewnie z tuzin innych, więc to żaden argument.
Nie odezwał się już. Gdy odwróciła się do niego plecami, wyczuła że zrobił to samo, bo fragment kołdry, którą była przykryta, zsunął się z jej uda. Nie zastanawiając się zbyt długo, odebrała pospiesznie swoją własność, narzucając ponownie na siebie ciepłe okrycie. Luke z typowym dla siebie poczuciem humoru pociągnął ją z powrotem w swoją stronę. Ariel poderwała się i wbijając w niego wściekłe spojrzenie, zabrała całość dla siebie, zakopując się w ciepłej pościeli. Gdy tylko spróbował się roześmiać, kopnęła go w łydkę. Z udawaną rozpaczą jęknął żałośnie.
- Mówiłem, że jesteś popieprzona! – syknął, rozmasowując bolące miejsce.
- Idź spać – poleciła, zwijając się w kłębek.
- Dobranoc w takim razie – szepnął, układając się na niewygodnym fragmencie twardej podłogi. Ariel znowu westchnęła, nie mogą dłużej znieść uporczywej ciszy.
- Trochę się ciebie boję – przyznała z pełną szczerością i obracając się na plecy, ułożyła obie dłonie na brzuchu.
- Mnie? Dlaczego? - zapytał zaskoczony jej niespodziewanym wyznaniem. Przekręciła głowę na bok i krótką chwilę wpatrywała się w niego bez słowa. Uważnie obserwowała jego zdziwiony wyraz twarzy i lekko rozbiegany wzrok.
- Bo mówię ci rzeczy, do których przed samą sobą czasami nie jestem w stanie się przyznać – wyjaśniła niepewnie, a on uśmiechnął się. - I właśnie dlatego cię nienawidzę! - dodała chwilę później, już zdecydowanie bardziej stanowczym głosem. Luke roześmiał się i opadł na drugą poduszkę. Kiedy nie przestawał się śmiać, uderzyła go pięścią w ramię. Wysunął z obrażoną miną usta, udając wielkie cierpienie.
- Podobno łatwiej rozmawia się o trudnych sprawach z kimś, komu na tobie nie zależy, z kimś, kto jest ci obojętny – powiedział moment później, przyjmując podobną pozycję. Założył na piersiach ręce i pustym wzrokiem zaczął wpatrywać się w stworzony z krwisto czerwonego koca sufit nad ich głowami.
- Pewnie masz rację – przytaknęła ze znużeniem, zaczynając ziewać. - I jeszcze jedno! Kiedy rano się obudzimy, to wszystko co teraz się dzieje odejdzie w niepamięć. Tak jakby nigdy nie miało miejsca. Najlepiej jakbym po otwarciu oczu już na ciebie nie trafiła.
- Właśnie miałem to zaproponować – odparł ozięble, przekręcając w jej stronę głowę, ale ona leżała już na drugim boku, wciskając policzek w miękką poduszkę.
- Świetnie – wymamrotała, zamykając oczy.
- Świetnie.